czwartek, 27 lipca 2017

Studium cierpliwości I

Siedząc na krześle, przycisnęłam stopy do krawędzi stołu. W ten sposób odchyliłam się nieznacznie. Chwyciłam blat palcami.

- Jak mówisz mi takie rzeczy, to z jednej strony wewnętrznie się buntuję i jest mi przykro, bo wiem, że taka nie jestem...
- Źle o sobie myślisz.
- ...ale z drugiej strony jest to niezwykle motywujące, bo chcę stać się taka, jak twoje wyobrażenie mnie.
- Wiesz, że nie musisz nic zmieniać.
- Muszę czy nie muszę - i tak w końcu zmienię. Świat nie może się zatrzymać, choćbyś bardzo sobie tego życzył. Albo nawet my oboje.
- Świat nie musi - wystarczy, że my staniemy.

Opuściłam stopy na ziemię. Wstałam i przesunęłam bliżej granatowy fotel z drewnianymi nogami. Wróciłam na swoje krzesło.

- Nie lubię stać. Wolę, żebyś też usiadł.

Spojrzał zrezygnowany. Już od dłuższego czasu nie widziałam tego wzroku. Kryło się za nim rozczarowanie i znużenie moją pasywną postawą. Gdybyśmy mieli stanąć, musiałabym działać. Teraz po prostu poddaję się wszystkiemu, co mnie dotyczy i nie myślę o tym, jakie będzie miało konsekwencje. Czy to w porządku, że pozwalam innym manipulować sobą? Właściwie to nie. Nie zgadzam się na to, moja bezradność nie wywołuje lawiny prób wykorzystania mnie. Nikt nie próbuje, ponieważ wie, że nie byłoby z tego żadnego pożytku, nic by nie zyskał, a tylko stracił nerwy, usiłując przekonać mnie do konkretnej aktywności. W tej chwili biorę i nie daję nic od siebie.

Zauważyłam ścierki gumki do mazania na powierzchni stołu. Przesunęłam stos kartek. Wzięłam notatki i parę razy uderzyłam nimi o blat, aby zsypać z nich pozostałości. Wyszłam do kuchni po ścierkę.

- Tęsknię za tobą - usłyszałam miękki głos. - Chcę ci pomóc, ale mnie ignorujesz. Wymyślasz powody, które mają mnie zniechęcić. Myślę, że zdajesz sobie jednak sprawę, że nie działają.

Wrociłam i przetarłam stół, zbierając resztki nieudanych pomysłów do szmatki. Zacisnęłam ją w dłoni, a drugą pogłaskałam swojego gościa po policzku.

- A ty doskonale wiesz, że gdybym naprawdę chciała się od ciebie oderwać, bez problemu znalazłabym pretekst, który zniszczyłby wszystko.

- Zmieńmy temat. Piszesz coś jeszcze? - uśmiechnął się i wyglądał na niecierpliwie wyczekującego odpowiedzi. Zaskoczył mnie tym pytaniem. Przeniosłam wzrok z niego na stos kartek. Pierwsze zdanie: "Wyjścia były dwa: boczne i awaryjne, ale każde prowadziło do dokładnie tego samego pomieszczenia." Za nim ciąg kolejnych bardziej lub mniej udanych konstrukcji, które prowadziły linię opowieści oplatającej moje rozważania. Wyglądał szczerze. Odpuściłam ironiczny komentarz z zamiarem wykorzystania go przy kolejnej okazji. Odwzajemniłam uśmiech.
- Piszę.

niedziela, 2 lipca 2017

Czekając na ryż

Chwyciłam nóż i, sprawnie posługując się ostrzem, posiekałam cebulę. Nie uroniłam ani jednej łzy. Słyszałam, że postawienie szklanki z wodą w pobliżu pomaga, ale wciąż nie mam potrzeby sprawdzenia. Wydaje mi się to komiczne, jak łatwo przychodzi mi płakać w nieoczekiwanych sytuacjach, bez żadnej kontroli, a mimo to nie reaguję na cebulę. Może to nie przypadek tylko wskazówka, że moja kariera powinna zboczyć w stronę gastronomii? Czasami chciałabym wierzyć, że jest mi pisany los szefa kuchni. Moja kreatywność miałaby ujście, a stworzone przeze mnie arcydzieła byłyby konsumowane. Każde pociągnięcie pędzlem z marynatą dawałoby zysk. Każda dekoracyjna plamka na talerzu wzmacniałaby efekt i zwiększała doznania. Obecnie tworzę jedynie plamy na obrusie - zawsze w nietypowy sposób rozlewając herbatę. Moja niezdarność nie służy środowisku, gdyż nie mam cierpliwości do ręcznego prania.

Czas na imbir. Fascynuje mnie jego intensywny zapach, a jeszcze bardziej tęsknię za jego smakiem. Podchodzę do niego ostrożnie i z wielką uwagą. Badam strukturę opuszkami palców. Przez chwilę myślę o czymś innym. Otwieram oczy i wracam do tego, co zaczęłam. Przypominam sobie przepis. I herbatę. Zostawiłam ją na starym fortepianie, kiedy ściągałam ze stołu obrus. Jest już lodowata. Powinnam zamknąć okno, jednak nie czuję się pewnie w domu z nie pierwszej młodości instalacją gazową. Ciężko jest posługiwać się nożem moimi skostniałymi palcami. Decyduję się zakończyć tę wolność płatków śniegu i zamknąć okno. Zmarzłam tylko na zewnątrz, ale ogrzanie zajmie chwilę. Patrzę na zegarek - czas ucieka. Szukam na podłodze cytryny. Niepotrzebnie doszywałam do krzeseł dodatkowy materiał. Miało być dostojnie, a wyszły mi kurtyny warzywnego teatru, do którego sięgam, gdy chcę wyciągnąć cytrynę zza kulis. Zresztą, czemu się dziwię? Też lubię się za nimi schować i oglądać przedstawienie z boku, nie przeżywając go w tłumie. Izoluję się i zmieniam perspektywę, żeby mieć poczucie, że obserwuję coś wyjątkowego. Często nie zdaję sobie sprawy, że zmiana pozycji wymusza zmianę nastawienia, a przy okazji umyka mi esencja spektaklu. Mimo wszystko, wierzę, że to niewielka cena za możliwość ogarnięcia podwodnej części góry lodowej razem z ważnymi dla mnie szczegółami. W pewnym momencie przestaje być dla mnie istotnę, czy wpadnę w jej szczyt, czy kolejny raz przypadkowo acz szczęśliwie uda mi się ją opłynąć. Nic trudniejszego nie może się stać.

Wydaje mi się, że gotuję od rana, a już nadchodzi wieczór. Rozkładam czysty obrus na drewnianym stole. Sięgam po filiżankę z przykurzonego fortepianu i wylewam zawartość do doniczki z gardenią o śnieżnobiałych kwiatach. Składam rozrzucone po podłodze nuty. Zrezygnowana opadam na fotel. Za oknem dostrzegam czarne ptaki bijące się o łupinę z orzechem włoskim. Któreś z dzieci sąsiadów musiało rzucić ją dla zabawy, a teraz patrzeć, niczym widz w cyrku przekonany o nieprawdziwości wydarzeń, na ich okrutną walkę. Wyrywają sobie skarb, przerzucają i przelatują z miejsca na miejsce. Kto z nich lepszy, kto zwinniejszy, kto ma najwięcej szczęścia, ten zdobędzie odrobinę pokarmu. Chyba że orzech po kolejnym upadku stoczy się do studzienki kanalizacyjnej i przepadnie w spływie ściekowym, jak zdarzyło się tym razem. Młodzi upajają się chwilą obserwacji zdezorientowanych i cierpiących z głodu ptaków.

Dlaczego czuję się lepsza? Też patrzę zahipnotyzowana.

niedziela, 19 lutego 2017

Wszystko sprawiedliwe

Wreszcie dojechaliśmy. Stanę się kolejnym pretensjonalnym bohaterem czyjejś historii. Przełom w moim życiu, upadek w innym. Wchodzę do przestrzeni, w której nie jestem narratorem. Nie jestem kreatorem historii.

Uchylił szybę wymarzonego wiśniowego cadillaca, wpuszczając więcej czystego powietrza do starego wnętrza. Deska rozdzielcza jest pokryta okazałą warstwą kurzu. Dokąd zaprowadzi go droga? Zerka na odbicie we wstecznym lusterku. Upewnia się, że srebrny peugeot przestał za nim jechać. Mimo to odrobinę przyspiesza. Skręca za budynkiem z czerwonej cegły. Przejeżdża obok biblioteki i zatrzymuje się na najbliższym wolnym miejscu. Wysiadłszy z auta, sprawdza, czy drzwi po tej stronie są zamknięte. Zatrzymuje się dwa kroki od samochodu i wzdycha, przyglądając się mu. Podchodzi do przedniej maski i głaszcze ją ręką. Przechodzi na drugą stronę i wyciąga z cadillaca skórzaną torbę leżącą na przednim siedzeniu. Mężczyzna zapina płaszcz, zawiesza torbę na ramieniu, a następnie pewnym krokiem udaje się do szarego budynku z okazałymi kolumnami.

- Nadal nie rozumiem, czego pan szuka. Jak mam znaleźć panu książkę, jeżeli nie poda mi pan ani jej tytułu, ani autora? - słychać głos zrezygnowanej bibliotekarki rozmawiającej z mężczyzną w szarej, przydużej marynarce i filcowym kapeluszu.
- Czy pracuje tutaj ktoś bardziej kompetentny od pani, z kim mógłbym poważnie porozmawiać? Ta sprawa jest pilna. Muszę zdążyć... - zamilkł, słysząc wchodzącą postać. Nerwowo obrócił się w jej kierunku. - Muszę zdążyć... na obiad - dokończył. Popatrzył na zegarek, przybierając pewną ledwie zauważalną sztuczność tej pozy.
- A, zresztą już jestem spóźniony. Przykro mi, że nie ma już tak dobrych bibliotekarzy, jak kiedyś. Do widzenia. Mam nadzieję, że nieprędko - powiedział, artykułując pewne wyrazy w taki sposób, żeby jeszcze bardziej okazać swoje niezadowolenie, po czym spiesznie wyszedł na korytarz, patrząc w podłogę, nieznacznie odwracając głowę od przybysza i opuścił gmach. Zdezorientowana bibliotekarka wróciła do swojej pracy.

Wchodzący mężczyzna przymknął drzwi pomieszczenia. Przywitał się z bibliotekarką i zaczął spacer między regałami. Zatrzymał się na dłużej przy poezji angielskiej, przyjrzał się paru tytułom. Obejrzał kilka okładek i przekartkował trzy książki. Chwycił za pasek torby wiszącej mu na ramieniu i powoli podszedł do pracującej tu kobiety. Przywitał się jeszcze raz.

- W czym mogę panu pomóc? - zapytała niepewnie bibliotekarka, bojąc się, że trafiła na kolejny ekstrawagancki charakter, który znów prawie lub może tym razem skutecznie doprowadzi ją do łez. Mężczyzna odpowiedział na pytanie uśmiechem, co ją w pewnym stopniu uspokoiło.
- Zwracam się do pani z nietuzinkową prośbą. Ta sprawa jest dla mnie bardzo ważna. Wie pani, niedługo będę miał operację i... Mam tutaj coś bardzo cennego. Nie materialnie, oczywiście. Podchodzę z wielkim sentymentem do tej rzeczy - zaczął spokojnie, wyciągając pakunek z torby. - Bardzo cenię sobie tę bibliotekę i postanowiłem... Wie pani, ja nie wiem, czy przeżyję, a chciałbym, żeby ktoś zaopiekował się nią. Moja prośba polega na tym, że chciałbym dać pani tę paczkę, a pani ją przyjmie i nie będzie sprawdzała, co w niej jest. Do której dzisiaj otwarte? - zapytał i zajrzał do kalendarza, mamrocząc niezrozumiałe słowa pod nosem, nie oczekując odpowiedzi na zadane pytanie. - Cóż, jeżeli... Jeżeli za tydzień się po to nie zgłoszę, to proszę przekazać to do zbiorów bibliotecznych.
- Dlaczego nie zawarł pan tego w testamencie? Wtedy mógłby pan mieć tę książkę, czy co tam się znajduje, u siebie, a wykonawcy testamentu przekazaliby ją do nas. Nie musiałby się pan sam tym zajmować - zdziwiła się kobieta.
- Wie pani, bo to dla mnie bardzo ważne. Ja... ja chciałem dopilnować wszystkiego osobiście. Zobaczyć bibliotekę możliwe że ostatni raz w swoim życiu.
- Rozumiem. To nie jest przyjęta praktyka, ale zrobię dla pana wyjątek. Moja kuzynka przechodziła ostatnio operację na glejaka mózgu. Obudziła się i chirurdzy byli dobrej myśli, ale kilka dni później zmarła. Jej organizm nie wytrzymał. Rozumiem pana strach. Och, ta historia nie jest dla pana zbyt pokrzepiająca. Pan nie wygląda na ciężko chorego, więc to pewnie nic złego. Zresztą, moja kuzynka umarła, więc ma pan większe szanse. Ktoś w końcu musi składać się na ten procent pomyślnych zmagań z chorobami. Zgadzam się spełnić pana prośbę. Potrzeba zrozumienia dla ludzi chorych.
- Dziękuję. Jest pani wspaniałą kobietą o złotym sercu. Proszę nikomu nie mówić, że dostała pani taki pakunek. Kiedy będę odbierał, proszę zadać mi jakieś proste pytanie. Wiem! Niech pani sobie zapisze: proszę zapytać, jaki jest klucz do wolności? Odpowiem, że złoty. Bardzo dziękuję. Do widzenia!

Uśmiechnął się, skłonił lekko. Odwrócił i wyszedł skupiony. Wrócił do samochodu. Obszedł go dookoła, przyglądając się dokładnie. Wsadził złoty kluczyk do zamka w przednich drzwiach samochodu i przekręcił. Wsiadł do środka. Zapisał coś w swoim skórzanym kalendarzu. Ruszył, wsłuchując się w ryk silnika. Uspokoił auto i włączył "All in love is fair" w wykonaniu Barbry Streisand. Zerknął na zegarek, uśmiechnął się przebiegle i postukał w kierownicę palcami do rytmu.

Zjechał na wiejską drogę, po której szły dwie postacie. Jedna niska, dość okrąglutka z długimi włosami zaplecionymi w dwa drobne warkocze, a druga wysoka, koścista. Długie chude palce trzymały pulchną rączkę. Głowa wyższej postaci zwrócona była w kierunku niższej i słuchała z zaciekawieniem.
- Musimy się zgęsić! - powiedziała stanowczo dziewczynka.
- Zgęsić? Chyba zagęścić? - podsunął jej propozycję dziadek.
- Nie! - odpowiedziała dziewczynka z pełnym przekonaniem w głosie. Westchnęła, uzbrajając się w cierpliwość potrzebną do tłumaczenia tak podstawowych rzeczy. Wzięła głębszy oddech i zaczęła mówić powoli i wyraźnie. - Zgęsić. Jak się nie idzie gęsiego po ulicy, a jedzie samochód z drugiej strony, to trzeba się zgęsić. Proste.

Dziadek uśmiechnął się na myśl o inteligencji swojej wnuczki. Podobało mu się, w jaki sposób potrafiła uzasadniać wszystkie swoje działania. Oglądnął się za mijającym ich samochodem. Pogłaskał wnuczkę po główce.

- Twój plecaczek jest dzisiaj dość ciężki! Nauczyłaś się już czytać? - zagaił.
- Dziadku! Przecież wiesz, że ja już dawno umiem.
- Te książki to chyba więcej tekstu mają niż obrazków, co?
- Tak. Ja już dobrze czytam. Płynnie - odpowiedziała z dumą. Uśmiechnęła się szeroko, a jej policzki wyglądały jak dwie różowe piłeczki. Cienkie wargi odsłoniły drobne ząbki.
- To ładnie. Musisz mi coś kiedyś przeczytać. Wiesz już, co chcesz wypożyczyć?
- Jakąś lekturę.
- Przecież jeszcze nie chodzisz do szkoły. Nie masz jeszcze lektur.
- Ale mama mówiła, że jak pójdę do szkoły to będę tam czytać lektury. To musi być coś super, skoro mama mówiła - powiedziała, pochylając główkę w dół.

środa, 28 grudnia 2016

Miłe złego początki

- Weź ze sobą buty do chodzenia.

Siedziałam na schodach, czekając. Z Beckettem w głowie wszystko szło nieoczekiwanie szybciej. Powinnam znać umiar. Zachowywać się lepiej. Może nie do końca tak, jak wszyscy oczekują, ale trzymać się pewnych granic.

Wyjeżdżam za granicę. Muszę przyznać, że to uroczy przypadek. Człowiek czasem chce zostać na miejscu, nie ruszać się, nie doświadczać kolejnych zmian, a jednak jakaś siła ciągnie go na zewnątrz. Wypycha na świat, żeby mógł boleśnie zachłysnąć się pierwszym oddechem. I tak wzrasta, wydaje mu się, w cierpieniu. W cierpieniu przyjemnym, przeszywającym, którym nasiąkają wszystkie tkanki. Wyciąga wnioski. Najczęściej takie, że nie ma żadnych wniosków. To też pocieszająca wiadomość.

- A coś do jedzenia masz?
- Tak, spakowane. Coś jeszcze?

Sięgam do szuflady po notatki. Trzymam się papierowych, bo przez to, że chodzę z głową w chmurach, wiem, że nie warto przechowywać tam cokolwiek ważnego. Otwieram na stronie z niedbale przerysowaną mapą. Mam nadzieję, że nie zbudowali nowych ulic. Jest ich tam już wystarczająco dużo, żeby pomylić drogę. Dopisuję komentarz, który akurat przyszedł mi na myśl i uznałam, że warto go zachować. Te notatki to zbiór pomysłów, bez których byłabym niczym. A tak, wmawiam sobie, że dzięki nim stanowię jakąś wartość. Może rzeczywiście tak jest? Nie zaprzątam sobie tym głowy. Wyjeżdżam, trzeba pić. Tfu, żyć. Świętować, przecież są okazje.

Sprawdzam godzinę, notuję. Jeszcze chwila i udam, że zapomniałam o tym wszystkim. Ludzie tak robią, nie jestem wyjątkiem. Zostaje po nich tylko stos papierów i śmieci w internecie. Udam, że znikam. Wszyscy zapomną. Głodna wrażeń czekam.

Podjechał samochód. Wsiadam. Z jedzeniem, butami do chodzenia. Butów do stania nie mam.


piątek, 25 listopada 2016

Powtórzenia do znudzenia

Odciskam plecy. Słyszę wielokrotne trzaski. Urywki rozmów przeplatają się z moimi myślami.

- Jak jesteś taka zła, to co on robi z Tobą? Ja bym się wyprowadził od tak niedobrej kobiety.

Wyciągam ręce i planuję. Bo życie to plany. Obserwacja to życie, a może nie?

Prostuję nogi, żeby odpocząć. Przerwać to napięcie. Odzywam się w końcu:

- Podoba mi się to wszystko. Gdybym jeszcze tylko lepiej sobie radziła. Stałabym się człowiekiem, jakim zawsze chciałam być. Jakim każdy, taki jak ja, chce być. Czyli właściwie, jakim tylko ja chcę być. Czy w takim razie przyda się komuś taki człowiek? Pewnie wydaje mi się, że znam zastosowanie, podczas gdy to kolejny wynalazek pokroju butów z parasolkami.

Stoję na światłach i otwieram parasol. Nie mam takich butów, więc czuję strużkę wody zwilżającą mój duży palec u stopy. Moknę sobie, ale przecież jestem szczęśliwa.

Zanurzam się, żeby przypomnieć sobie, w czym pływam. Wydaje mi się, że to jakieś lepiące świństwo. Chyba że to ja się tak tego życia uczepiłam. Z wielkim wysiłkiem odklejam kończyny. Kawałki jeszcze ciągną się za mną. Ja to tak lubię czasem się przykleić.

Światło zielone. Czas ruszać. Przejść po czarno-białym. Przedstawić sprawy jasno.

- Bycie miłym nie polega na mówieniu kłamstw. Nie ograniczaj się do wypowiadania tego, co ludzie chcą usłyszeć.

Jestem niezmiernie wdzięczna. Tobie i wszystkim. Składam parasol. Deszcz przestał padać. Składam słowa, sklejam zdania i przeciskam je przez struny głosowe. Trochę za cicho. Powtarzam więc. Mówię. Splatam palce, drapiąc paznokciami skórę. Jest w tym dużo miłości.

Odsłaniam kurtyny, żeby lepiej widzieć. Zgadnij, z której strony stoję. Czy jestem widzem, czy odgrywam jakąś rolę? Liczę twarze. Ciągle zaskoczona tym, kogo widzę.

Jestem ciągle zaskoczona.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Opanowanie

Czy mi się wydaje, czy się poddałam? Teraz? Kiedy potrzebuję najwięcej siły woli do tego, żeby być tym, kim chcę.

Przynajmniej próbowałam.

Uchyliłam okno, żeby wpuścić do tego zatęchłego pomieszczenia choć odrobinę względnej świeżości. Ściągnęłam zakurzone zasłony i odpięłam zszarzałe firany. Okna z zewnątrz pokryte były brudnożółtym pyłem. Czeka mnie dużo sprzątania, ale to sprawa warta zachodu. Już wyobrażam sobie wspaniałe zakończenie. Nie wierzę ponurym prognozom, jakoby eksperymenty metafizyczne miały obrócić się przeciw człowiekowi. Powodzenie uzależniam od wyboru badanego tematu. Odkryłam w sobie niezawodną intuicję, która podpowiada mi, jakie działania zakończą się sukcesem. Brakuje mi jedynie umiejętności rozpoznawania, które z nich będzie najmniej społecznie szkodliwe. Ufam ludziom na tyle, że nie chciałabym sprawiać im zawodu. To nieuczciwe wiedzieć, że przynosi się kłopoty, nie przygotowując innych na ich nadejście. Przemawia do mnie idea zupełnej szczerości. Imponuje mi wola uprzedzania o swoich zamiarach, jeśli tylko wyczuwa się najmniejsze zagrożenie względem tych, którzy powinni czuć się bezpieczni. Zresztą, to nie moja sprawa. Nie mam żadnego wpływu na to, co może się wydarzyć. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek mogła mieć. W związku z tym pozostaje mi tylko obserwacja.



Gdybym tylko znał cię wcześniej, zareagowałbym. Powiedziałbym, że nie musisz stać i patrzeć. Przechodziłem pod tym oknem tego samego dnia, kiedy je odsłaniłaś. Znam to miasto znacznie dłużej. Jestem w stanie rozpoznać, kto do niego nie pasuje i kto nigdy nie zazna w nim szczęścia. Sam byłem jedną z tych osób, a jednak trzymała mnie tutaj nieodparta chęć doświadczenia magii, o której snuto niezliczone opowieści. Urodziłem się w pokoleniu ludzi, na których nawet największe osiągnięcie nauki nie robi najmniejszego wrażenia, stąd moje usilne próby odkrycia tutejszych tajemnic. Błąkałem się między regałami najstarszych zbiorów, przeszukiwałem piwnice, tworzyłem kompletne mapy najstarszych ulic, łącznie z kanałami. Widziałem swój cel, nie dostrzegając, że wcale go tu nie ma. Podążając za swoimi pragnieniami, kierując się wyłącznie tęsknotą za dotychczas nieznanymi wrażeniami, ufałem swoim zmysłom i byłem niestrudzony w poszukiwaniach, ale też bardzo zaślepiony. Odkrywałem fakty, nie rozumiejąc ich znaczenia. Jak często nam, ludziom, się to zdarza. Nie brakuje nam umiejętności łączenia informacji. Mamy też spore zdolności służące do interpretacji różnych zdarzeń. Jednak nie wychodzi nam rozpoznawanie prawdziwego sensu tego, co nas otacza.


Zdarza się że trzeba zacząć od nowa wszystko, co zaczęliśmy.

piątek, 8 lipca 2016

Homo viator

Ludzie, którzy piszą historię, zbyt dużo uwagi poświęcają tzw. głośnym momentom, a za mało badają okres ciszy. Jest to brak intuicji tak niezawodnej u każdej matki, kiedy usłyszy, że w pokoju jej dziecka raptem zrobiło się cicho. Matka wie, że ta cisza oznacza coś niedobrego. Że jest to cisza, za którą coś się kryje. Biegnie interweniować, ponieważ czuje, że zło wisi w powietrzu. Tę samą funkcję spełnia cisza w historii i w polityce. Cisza jest sygnałem nieszczęścia i często - przestępstwa. Jest takim samym narzędziem politycznym jak szczęk oręża czy przemówienia na wiecu. Cisza jest potrzebna tyranom i okupantom, którzy dbają, aby ich dziełu towarzyszyło milczenie.

Ryszard Kapuściński, Wojna futbolowa


Wyrwałam się z zamyślenia, idąc powoli zatłoczoną ulicą, dopiero wtedy, kiedy usłyszałam starszego mężczyznę gwiżdżącego Trepak z "Dziadka do orzechów" Czajkowskiego. Nieświadomie dorównałam mu kroku. Jako dwoje nieznajomych byliśmy obok siebie przedzieleni innymi ludźmi niezdolnymi do zagłuszenia tej niesamowitej melodii. Zapomniałam, czym się zamartwiałam. Przyglądnęłam się tej postaci, czując, jak gdyby miała odegrać w moim życiu ważną rolę. Szarawa koszula z podwiniętymi mankietami, które kończyły się lekko nad nadgarstkami. Jasne, lniane spodnie. Niemalże białe, niezwykle gęste jak na ten wiek, włosy. Zapatrzone w dal, błękitne, szczęśliwe oczy. Czy tak wygląda mój bohater? Zwróciłam wzrok na punkt, w który najprawdopodobniej wpatrywał się mężczyzna, wierząc, że znajdę tam coś, co zagwarantuje mi nieskończone szczęście. Nie dostrzegłam jednak nic godnego uwagi. Chciałam upewnić się, że to właśnie ten kierunek, ale staruszka już nie było. Zniknął. Musiał skręcić gdzieś w momencie, gdy straciłam go z oczu.

Dokąd idę?

Może właśnie powinnam przekraczać granice. Przechodzić oczekiwania. Iść, żeby coś znaleźć. Pójść na całość.

Zdarza się, że szukam mniej aktywnie. Wszystko jest w porządku, to dlaczego mam się ruszać? Nawet ten deszcz jest znośny. Nic mi nie brakuje. Dlatego, że mam wszystko. Dlatego, że nie mam potrzeb. Trzeba było raz w życiu zareagować, ale dokładne sprawdzanie poprawności każdego dnia doprowadziłoby mnie do zaburzeń urojeniowych. Jestem sparaliżowana czy nie? Nie widzę, bo subiektywnie wiem, że nic nie jest uszkodzone. Nie widzę, bo nic nie jest uszkodzone. Ciężko wybrać i zdecydować. Niech podświadomość wybiera za mnie.

Idę dalej.
____________



Piotr Czajkowski
Trepak, suita z baletu "Dziadek do orzechów", op. 71a