niedziela, 6 listopada 2011

Kraków :)

Byłam wczoraj w niegdysiejszej stolicy Polski. Pogoda dopisała i to bardzo, z czego jestem wyjątkowo zadowolona. Przed wyjazdem zatrzymaliśmy się na chwilę u cioci (bo to z nią mieliśmy jechać)i zostaliśmy uraczeni przepysznymi pierogami z grzybami i kapustą w wykonaniu babci mojej kuzynki. O dziwo, zjadłam je nawet ze skwarkiem i smakowały nieziemsko :)
Wyruszyliśmy grubo po godzinie dziesiątej, co spowodowało delektowanie się wspaniałym dziełem kulinarnym. Droga nie trwała długo. Wstąpiliśmy po kuzynkę, która od tego roku studiuje w Krakowie. Myślę, że jest zadowolona, bo ma ku temu powody. Trafiła na bardzo ładne mieszkanie, jednak ma trochę do przejechania na uczelnię, ale za takie warunki to chyba warto. Po dokładnych oględzinach jej nowego domu udaliśmy się na Cmentarz Rakowicki, bo to był główny cel wyprawy.
Zaczęło się od... szukania przejścia przez ulicę, a później wejścia na cmentarz. Na szczęście nie zajęło to szczególnie dużo czasu. Oglądnęliśmy plan i zaczęliśmy szukać odpowiednich kwater. Pierwszą był pas 33b. Trochę pracy z planem i udało się go wreszcie znaleźć. Mieliśmy odszukać jeszcze 2 groby, a każdy w innej kwaterze. Kolejnym celem była kwatera LXXIVb i z nią był problem, bo przeszłam alejkę za dużo i przeszukiwałam złą, o nazwie "L". Mimo utrudnień, udało się w końcu znaleźć odpowiedni nagrobek. Najłatwiej było zlokalizować ostatnią kwaterę (chyba XVb). Problem sprawiło odszukanie grobu. Patrzę po nazwiskach i nie mam zielonego pojęcia, gdzie są te, których szukam. Starszy pan stojący niedaleko, doradził mi, jak powinnam patrzeć. Z jego poleceń wywnioskowałam, że szukam dobrze. Bezskutecznie. Postanowiłam przejrzeć wszystkie nagrobki i znalazłam. Grób był zapadnięty, aż szkoda patrzeć. Matka chrzestna mojej rodzicielki zmarła w 2004 roku, a nikt nie raczył poinformować mamy o tym fakcie. Obchód cmentarza zakończyłam przy grobie Jana Matejki i Heleny Modrzejewskiej. Spodziewałam się czegoś bardziej efektownego, ale cóż...
Później udaliśmy się na Kazimierz. Spacerek ul. Miodową, ul. Szeroką i ul. Józefa. Przy tej ostatniej zatrzymaliśmy się i wstąpiliśmy do "Satori Cafe" (ul. Józefa 25). Urzekł mnie klimatyczny nastrój. Przyciemnione pomieszczenie oświetlone świecami i lampkami do czytania. Sala ozdobiona świeżymi kwiatami. Za sofą, na której siedzieliśmy, na półce umieszczone były książki, między innymi "Nad Niemnem" Elizy Orzeszkowej, dzieła św. Tomasza z Akwinu, niemiecki przekład jakiegoś dzieła George'a Orwell'a i "Wojna futbolowa"  Ryszarda Kapuścińskiego. Zamówiłam dla siebie zupę marchewkową z imbirem i pomarańczą oraz mieloną jagnięcinę z bakłażanem i ryżem z pomidorami i papryką. Do tego, jedną z najlepszych, jakie dotąd piłam, gorącą czekoladę. Muszę przyznać, że z początku bałam się tego ryzykownego połączenia, ale okazało się, że było dość smaczne, a bardzo lubię kulinarne eksperymenty, więc jestem zadowolona. Reszta zamówiła tagliatelle z kurczakiem i gruszką. Z powodu pewnej omyłki kelnerki miałam czas poczytać. Wzięłam do ręki "Wojnę futbolową" i po skończeniu pierwszego rozdziału stwierdziłam, że chyba przeczytam całą. Niestety musiałam odłożyć ją, bo już wychodziliśmy. Szczerze polecam ten lokal, bo w porównaniu do cen, jakie widzi się w menu innych restauracji przy ul. Szerokiej, te były porządną alternatywą.
Dzień był bardzo udany, nie mogę narzekać. Dzisiaj wzięłam się do roboty i częściowo upiekłam sernik z galaretką :) Większość pracy, co prawda, wykonała mama, ale również miałam swój wkład.
SweetPear

wtorek, 1 listopada 2011

Moja ciemna strona

Dlaczego ludzie dookoła robią mi wciąż pranie mózgu? Jeszcze te bezsensowne pytania... Na co komu wiedzieć, co się dzieje w mojej psychice, skoro i tak nie jest w stanie pomóc mi w żaden sposób. Nudzi mnie ciągłe życie z dnia na dzień. Bez zmian. Ciągle ta sama polityka, brak emocji lub ich nadmiar. Dlaczego coraz więcej osób staje się egocentrykami? Nastawieni na większy zysk. Mam ochotę zwyzywać takich ludzi od najgorszych, ale, w zasadzie, co by to dało? Przecież nic się nie zmieni...
Dajcie mi wreszcie chwilę wytchnienia! Nie wierzę, że mam czekać na nią aż do śmierci. Szczeniak ze mnie. Udaję, że rozumiem wszystko, jestem lepsza od innych, poradzę sobie, nie liczą się dla mnie niektóre sprawy i potrafię żyć zgodnie z samą sobą. To tylko złudzenie. Bardzo dobre, bo przez pewien czas udało mi się nabrać nawet samą siebie...
Nie rozmyśla o upadku, kto na rychły liczy wzlot.
Rzeczywistość jest taka, że ja potrzebuję pomocnej dłoni, wręcz o nią błagam na kolanach, ale, kiedy ktoś mi już ją podaje, odrzucam, bo boję się konsekwencji. Strach przed oszustwem, długiem i bezinteresowną postawą. Jak to możliwe? Nie mam pojęcia.
Niech myśli w mojej głowie przestaną się bić nawzajem i ułożą w jakieś sensowne wnioski. Ta plątanina jest gorsza od węzła gordyjskiego. Słyszę ciągłą paplaninę i już nie wiem, co powinnam robić. Wiara czyni cuda. Mówiłam tak parę dni temu. CO się stało, że moje poglądy zmieniają się tak szybko? Tamta postawa była chyba stokrotnie lepsza. Uwierzyć w siebie. To wcale nie takie proste. Wiara czyni cuda. Wiara czyni cuda. Wiara czyni cuda. Trzykrotne powtarzanie chyba naprawdę działa :)
Będzie dobrze. Wszystko będzie dobrze.
P. S. Pamiętajcie o zmarłych, bo w nich Wasza nadzieja.
SweetPear