niedziela, 28 października 2012

Ukryta pod ciepłym kocem, chowam się przed mrozem tego świata.

Pada śnieg, a ja, jak co roku, nie daję spokoju swojej wyobraźni (lub to ona nie daje spokoju mi?). Wczoraj czułam zapach świeżo upieczonej, ciepłej babki mojej mamy. Unosił się w powietrzu jak lekka mgiełka i pobudzał moje receptory smakowe. Niestety, był to fałszywy alarm, bo żadnego ciasta w naszym domu nie pieczono, ale mimo to skosztowałam (zakupionego)orzechowego. Ono zaś przywiodło mi na myśl pysznego i słodkiego chałwowca. Odchodząc od tematu, zastanawiam się, dlaczego nie można już kupić u nas w sklepie donutów polanych czekoladą i posypanych kawałkami orzechów? Bardzo mi smakowały i to chyba były najtańsze poprawiacze nastroju, jakie kiedykolwiek znalazłam (cena wynosiła 1,60 zł lub około tego). Nie, w sumie są inne, za które się jeszcze mniej płaci, ale nie poprawiają aż tak humoru i czasem wprowadzają w zbyt refleksyjny nastrój. Mowa o nieśmiertelnych "ciutach" (ok. 24 zł za kg), czyli malutkich cukiereczkach kupowanych mi przez zmarłego już dziadka, od którego przed lotem samolotem (ciekawe brzmienie :))dostałam pluszowego króliczka/zajączka (jest to zajączek, ale zwykle mówiłam króliczek)ochrzczonego przeze mnie jako Pysio. Siedzi sobie teraz na biurku z wyciągniętymi kończynami w moim kierunku i patrzy swoimi czarnymi oczami, będącymi odrobinę zbyt blisko siebie, ale właśnie to dodaje mu uroku. Oczywiście pluszak, nie dziadek. Ten drugi już od prawie 8 lat leży pod ziemią. Na dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem odszedł, a na wspomnienie jego pozostało mi niewiele materialnych rzeczy: pierścień, który nosił, pastele olejne, pluszak Pysio i pianino. Podobno razem z babcią bardzo nas kochali. Niestety, jej już prawie wcale nie pamiętam. Zmarła ponad rok przed dziadkiem, a w mojej pamięci wiecznie pozostanie jako uśmiechnięta, szczupła staruszka, do której  jestem najbardziej podobna zdaniem krewnych, znających ją. Wiem, że miała zawsze czysty dom, była uczynna, prowadziła sklep, a w czasie wojny, jako młoda dziewczyna musiała ciężko pracować. Czy dowiem się kiedyś czegoś więcej, czy ta księga historii została już zamknięta na klucz?
Nie rozwinęłam tematu pasteli olejnych. Zawsze, kiedy przyjeżdżaliśmy do nich, wyciągali z szafki ze szklanymi drzwiczkami dwa pudełka z małymi, kolorowymi kredkami i czyste kartki lub zeszyt. To był prosty sposób na zajęcie nas, ale też przy okazji rozwijanie twórczej pasji. Tak bardzo podobały mi się te pastele, że kiedyś zainspirowana jakimś filmem, zdjęciem, czy kreskówką, otrzymałam możliwość narysowania czegoś na szklanej płycie, znajdującej się w garażu. Tak powstała duża, czerwona (lub bordowa, nie pamiętam)róża, która bardzo się spodobała dziadkowi. Najbliższa rodzina długo o niej mówiła, a ja, kiedy byłam w odwiedziny u nich, sprawdzałam, czy róża jeszcze tam jest. Była oparta o ścianę garażu i, choć wystawiona na wszelkie warunki pogodowe, nie starła się. Była ciągle tak świeża jak w dniu, w którym ją narysowałam. Miłe wspomnienie. Na każdą myśl o dzieciństwie wszystkie moje troski się ulatniają.
To była taka dygresja związana z nadchodzącymi Zaduszkami i amełykańskim Helołin, które tak do końca wcale z Ameryki nie pochodzi. Teraz czas na zimę za oknem i zmartwienia, co do kozaków, kurtek zimowych, czapek, szalików i rękawiczek, które trzeba będzie eksploatować. "Let it snow, let it snow, let it snow". Niedługo trzeba będzie zacząć ćwiczyć kolędy i zimowe piosenki. Brrr... Aż mi się chłodno zrobiło. Tak, jakbym dostała śnieżną kulką lub została wrzucona do śniegowej zaspy. Na szczęście mam przy sobie gorący rosół, który ogrzeje mnie jeszcze lepiej niż letnie słońce w Hiszpanii, a gdyby tak nie było, wciąż pozostaje możliwość okrycia się ciepłym kocem.
SweetPear

sobota, 20 października 2012

Pump Up the Volume

Uwielbiam buntowniczą filozofię nastolatków z lat 90. Kiedy oglądam filmy z tamtego okresu, widzę w nich tyle pasji i uczuć, że brakuje mi ich w nowszych produkcjach. Mogę tu przytoczyć chociażby "If Lucy fell" (choć o samych nastolatkach raczej mało traktuje)albo moją ulubioną "Zakochaną złośnicę", o której pewnie jeszcze  nie jeden raz napiszę. O czym tak w ogóle jest film "Więcej czadu!"? Myślę, że o łamaniu konwenansów głównie, ale poza tym o młodzieńczej miłości i pożądaniu. Mark, uczeń prestiżowej szkoły, dj radia grającego każdego dnia o 22, pozwala nam zrozumieć, że wcale nie jesteśmy tacy, za jakich chcemy uchodzić. Nieraz bardzo pewne i kontrowersyjne słowa wypowiadane są przez osoby na pozór ciche i konformistów, kiedy indziej ktoś odważny pokazuje swoją wrażliwą część duszy.
Takie zdemaskowanie budzi niepokój. Boimy się przyznać do drugiej strony swojej natury, odsłonić maskę, ponieważ ktoś może nas zranić. Chwila zastanowienia i rodzi się pytanie: po co w ogóle żyć w społeczeństwie, skoro ze wszystkich stron jesteśmy narażeni na obrażenia? Dlatego, że warto zaryzykować utratę twarzy, aby mieć okazję doświadczenia prawdziwego uczucia między ludźmi. Nie myślę tylko o miłości, ale o wszystkich interakcjach. Stanę w opozycji do niedowiarków lamentujących żałośnie, że nic dobrego ich w życiu nie spotka, limit szczęścia został już wyczerpany, a ich życie nie ma sensu. Każde, nawet najmniejsze istnienie jest bezcenne. Każdy, nawet najbardziej udręczony człowiek ma szansę na szczęście. Każdy, nawet najbardziej doświadczony przez życie zazna jeszcze czegoś dobrego.
Co jeśli właśnie teraz jest nasz najlepszy czas? Zmarnujemy go i przeleci nam przez palce przez lęk przed nieznanym? Nie można do tego dopuścić. Błąd. Nie mogę do tego dopuścić. Powinny się tu znajdować moje osobiste przemyślenia, może zapis walki wewnętrznej lub proces decyzyjny, ale ostatnio nie potrafię się otworzyć. Nie mam czasu? Wytłumaczenie dobre na wszystko. Usprawiedliwiam się, ale to przecież nie szkoła, gdzie jestem zobligowana do wyjaśniania każdej sekundy swej nieobecności. Moralnie mnie nie ma. Może jestem? Nie istnieję.
Jestem w końcu dobrym człowiekiem czy nie?
Przepraszam. Kieruję prosto z serca do wszystkich, których zraniłam.

SweetPear

piątek, 12 października 2012

Wycieczka integracyjna

Minął miesiąc. Wpisy nie były już dość długo dodawane, czego bardzo żałuję, ale postaram się poprawić. Nowa szkoła, nowe wrażenia, nowi ludzie. Co na to powiem? Bezkrytycznie stwierdzę, że jest cudownie! Wreszcie czuję, że jestem we właściwym miejscu. Atmosfera tutaj bardzo mi się podoba i chwilowo nie wyobrażam sobie, iż mogłabym dostać się do innej społeczności.
Wycieczka integracyjna była. Na Turbacz nie wyszliśmy i trudno. Przedzieraliśmy się przez gęsto zarośnięty las, gdyż zeszliśmy ze szlaku. Czułam się jak prawdziwy podróżnik, stąpając po mokrych gałęziach, ześlizgując się z wilgotnych kamieni i chwytając wymarłych korzeni. Pierwszy (i zapewne jedyny)raz znalazłam czterolistną koniczynkę! Ten weekend był dla mnie szczęśliwy. Spędziłam miło czas na rozmowach z ludźmi z klasy, którzy okazali się być jeszcze bardziej interesujący niż myślałam. Można tu przytoczyć ilość osób grających na gitarze (jak na mat-fiz przystało - specjalistyczna terminologia) - ile dusza zapragnie, kolegę, który sam stworzył grę karcianą, choć on sam używa raczej wyrażenia "planszowa", indywidua rozwiązujące zadania z fizyki na ognisku, operatora rożna, chłopaka składającego kostkę rubika w czasie krótszym niż 5 minut nawet z zamkniętymi oczami i wielu innych, o których można by długo pisać.
Otoczenie dość sprzyja, ale zaczyna mi przeszkadzać nadmiar - emocji, nauki, braku czasu, testów i coraz gorszych ocen. Dam radę? Nie mam wyboru. Jeśli jednak będzie bardzo źle, nie ma sensu wypruwać z siebie flaków dla osiągnięcia idealistycznego celu, jakim jest dla mnie bycie perfekcyjną uczennicą, wtedy pójdę do normalnej szkoły z normalnymi ludźmi i zostanę normalnym, a nie znerwicowanym (chociaż, kto wie...)człowiekiem.

SweetPear