sobota, 24 listopada 2012

Jeszcze kwartał.

Muszę się pochwalić, że ubiegły (w rzeczywistości aktualny)tydzień był dla mnie niezwykle owocny. Do najważniejszych z moich działań zaliczę przedstawienie, poemat, zaliczony test i wykład matematyczny. Zabawne. Przypomniałam sobie, jak kiedyś gdzieś napisałam, że "nie jestem zakompleksioną nastolatką z(...) chorobami psychicznymi". Czy teraz mogłabym to z czystym sumieniem stwierdzić? Dojrzałam od tamtego czasu, ale czy wyleczyłam się z niskiej samooceny? Występuje tu swoisty paradoks. Nie wydaje mi się, żebym miała jakiekolwiek kompleksy, ale czuję się mało znacząca. Mój mózg dochodzi do perfekcji. Wykreował taką abstrakcję, że nie wiem, czy sam Dali poradziłby sobie ze zrozumieniem lub zobrazowaniem moich procesów myślowych. Może po prostu zbliżam się do modelu stereotypowej zasiedziałej kury domowej? Owa kobieta ma proste zadania do zrobienia, ale gnębi ją samotność i znajduje problemy do rozwiązania, choć one mogą nawet jeszcze nie istnieć (gdyby wszystkie kury domowe były matematyczkami, system kodowania oparty na liczbach pierwszych już dawno by upadł :)), co mi przypomina akcję "Julita Wócik i ziemniaki", czyli w skrócie - samotna kobieta w Galerii Sztuki na Zachęcie, obierająca 60 kg ziemniaków. Czy potrzebuje tyle jedzenia? Nie. Stąd pytanie: po co ona to robi? Chce urosnąć do rangi bohatera? Poczuć, że nie ma problemu, któremu by nie zaradziła? Może po prostu stara się znaleźć sens swojego działania i istnienia albo tylko cel, stający się wypełniaczem nadmiaru czasu? Piętrzy niepotrzebne zadania. Tak jak ja zbieram problemy. Można powiedzieć, że je kolekcjonuję. Każdego dnia przybywa przynajmniej pięć nowych. W ciągu tygodnia jestem w stanie zaradzić maksymalnie czterdziestu. Jak to mawia się w moich kręgach: "Trywialna matematyka" - zostaje trzydzieści lub więcej. Co z tym faktem można zrobić? A, no właśnie! NIC! Problemy zbierają się w stos, a ja zgarniam spadające spowrotem na górę i tak w kółko. Prawdziwy problem zaczyna się, kiedy problemy przekroczą problematyczną granicę ilości problemów. Wtedy eksploduję wewnętrznie. Czuję się źle psychicznie i nieraz fizycznie. Psychoanalityk mógłby stwierdzić, że mam skłonności do depresji i może miałby rację, ale najprawdopodobniej nie udzieliłby żadnej prawdziwie pożytecznej rady. Moje emocje sięgają zenitu, a ja i ludzie, którymi jestem otoczona, muszą sobie z nimi radzić. Koszmar. Jednakże ostatnio dostrzegłam nieśmiertelne "światełko w tunelu", ponieważ odczuwam większy spokój. Uczę się panować nad sobą i wcale nie wydaje mi się to syzyfową pracą. Już dzisiaj czuję się o niebo lepiej niż to było tydzień temu. Powoli, powoli, a może znowu stanę się niepoprawną optymistką i będę zarażać ludzi swoją energią? A nuż dowiem się jak więcej mówić?
Wrócę do swoich działań. W zasadzie to nie do końca swoich. Byłam w sobotę na premierze wspaniałego przedstawienia. Bardzo chętnie udałabym się tam jeszcze raz. Podobno dostanę zdjęcie z dedykacją od człowieka w niebieskich okularach :)
Lubię spotykać ludzi, z którymi mnie wiele w przeszłości łączyło. Tak jest właśnie z jedną z aktorek na przedstawieniu. Miałam zaszczyt wręczać jej różę :)
Starczy może kuracji na dziś. Życzę wszystkim słodkich koszmarów :)
SweetPear