poniedziałek, 30 grudnia 2013

Lista życzeń

Co muszę zrobić w przyszłym roku?

przyswoić cały kodeks drogowy i umieć z niego korzystać w praktyce,
przeczytać więcej książek, niż udało mi się w tym roku,
kontynuować wszystko to, co zaczęłam,
zmienić się (najlepiej na lepsze),
przestać myśleć o nowej fryzurze - albo ją zmienić, albo zostawić obecną w spokoju taką, jaka jest,
dobrze się bawić,
ogarnąć,
mieć więcej motywacji,
spełnić przynajmniej jedno małe marzenie,
wprowadzić w życie przynajmniej jeden prosty plan,
sprawić, żeby czyjeś życie było lepsze.

Co powinnam zrobić w przyszłym roku?

upiec coś nowego,
nauczyć się gotować,
zmontować przewspaniały filmik z naszych przewspaniałych nagrań,
sprawić, żeby moja lista książek do przeczytania się skurczyła (tak, to niemożliwe, bo książek wciąż przybywa, ciągle dowiaduję się o nowych, które mogą mnie zainteresować, no a czasu nie ma więcej, wręcz przeciwnie),
słuchać dobrej muzyki,
przyzwyczaić się do gruszek,
dobre wrażenie (i lepiej, żeby rzeczywistość okazywała się co najmniej tak samo dobra :)),
poćwiczyć grę,
pójść na lekcje śpiewu,
rozwijać się we wszystkich możliwych kierunkach,
zacząć biegać,
pływać,
spełniać marzenia innych.

Czego chcę w przyszłym roku?

dobrej pogody,
ukierunkowania się,
dużo, dużo, dużo śmiechu,
inspiracji,
cierpliwości,
miiiiiiiłości (wymawianego z tą spółgłoską półotwartą boczną dziąsłową welaryzowaną),
dobrego humoru,
więzi (nie więzów) z ludźmi,
nowych nut,
lepszej organizacji czasu (chociaż na tę w czasie roku szkolnego wcale nie narzekam),
odpowiedniej ilości snu (jak zwykle było dotychczas),
gorącego lata.


Kartie

czwartek, 26 grudnia 2013

Zabierz mnie na Księżyc

Zaczynam się stresować. Co jeśli okaże się, że nie umiem? Chciałabym wiedzieć, że wszystko, co zrobię, na pewno zadziała. To niemożliwe, przecież zdaję sobie z tego sprawę. Cieszę się z przerwy świątecznej. Cieszę się z przerwy w ogóle. Zaczynałam tracić swoje motywacje.

Co tym razem sprawi, że będę nieszczęśliwa? Nic. Będę szczęśliwa cały czas. Utrzymam ten stan. Podzielę się nim z innymi. Już zaczęłam. Pełna kontrola nad swoim życiem, bo zaczyna mi uciekać przez palce. Cała rzecz polega na tym, aby zapanować nad moimi "chcę" i "nie chcę". Najlepiej, żeby zachowała się równowaga. Taka polityka balansu. Znaleźć wielokrotnie wymieniany złoty środek.

Szukam, szukam, szukam i jestem coraz bliżej odnalezienia skarbu. Przekopałam youtube'a, przesłuchałam większość moich przyjaciół, dzięki czemu powoli w mojej głowie formułuje się ostateczna lista. Mam wydrukowane już parę arkuszy nut. Pozostaje tylko zastanowić się, czy upokorzyć siebie występując całkiem samodzielnie, czy może w bardziej wyrafinowanej formie, pytając kogoś o towarzyszenie mi? Teraz zamień słowo "upokorzyć" na bardziej adekwatne, bo wcale nie to miałam na myśli.

Brakuje mi trochę tego szyfrowania. Stałam się otwartą książką pisaną w ojczystym języku. Bez tłumaczenia. Bez przypisów. Bez prologu. Bez posłowia.

Piszę krótsze rozdziały. Po kilkunastostronicowej pracy moja lekkość pisania bzdur została wypompowana z palców rąk. Miejmy (właściwie to tylko ja, bo wydaje mi się, że większość ludzi woli krótsze teksty) nadzieję, że niebawem moja "wielka" moc powróci. Tymczasem - niech moc będzie z Wami, bo ja zamierzam zagrać w Lego Star Wars. Śniegu nie ma, cóż poradzić? :)

PS. Na przyszły rok w trakcie wieszania światełek należy pamiętać, aby wszystkie "warstwy" przywiązywać tylko do górnej belki, a nie na zmianę, jak to zrobiłam parę dni temu, bo daje to efekt tak mizerny, że aż komiczny.

Kartie

środa, 25 grudnia 2013

Krok po kroczku

Doliczyliśmy się dwunastu wigilijnych potraw. Cały dzień spędziliśmy w spokojnej atmosferze. Wszystko poszło tak sprawnie, że udało nam się zaczekać do pierwszej gwiazdki, zanim zaczęliśmy kolację. Jest to o tyle nietypowe, że zwykle było jeszcze tysiące spraw do zrobienia o tej porze. Czytałam drugi raz. Dostałam wspaniałe prezenty, wysłuchałam pięknych życzeń. Uszka mogły być bardziej pieprzne. Okazało się, że chyba umiem piec, ponieważ udało mi się zrobić całe trzydzieści sześć babeczek, z czego siedem zostało zjedzone już przed Wigilią.

Przed pójściem spać zajęłam się destrukcją mojego misternego arcydzieła na głowie. Łącznie piętnaście wsuwek i dwie gumki do włosów.

Usłyszałam też całkiem niezłą pochwałę: "Dziękuję, naprawdę dużo mi pomogłaś. Zrobiłaś więcej, niż tata robił".

Zaczęłam robić porządek ze zdjęciami na komputerze, dzięki czemu został odciążony o całe 2100 MB. Zajmuję się totalnym odpoczynkiem i wróciłam do oglądania "Przyjaciół". Rozumiem już wszystko poza pojedynczymi zwrotami. Teraz zauważyłam, jak bardzo się rozwinęłam.

Byle do szesnastego :)

Obym wybrała jak najlepszą piosenkę. Zobaczyłam "Instynkt". Znalazłam zbiór zadań. Nadal jest co robić. Teraz pozostaje tylko skończyć dziennik Jacque'a Fescha.

Już niedługo dojdzie mi kolejny "papierek" do noszenia w portfelu :)

Kartie

sobota, 21 grudnia 2013

Kartoflany mózg

Choinka przystrojona. Tym razem całkowicie zmieniona koncepcja, ponieważ, poza zmianą muzyki ze świątecznej płyty Kasi Kowalskiej będącej dodatkiem do "Samotna w wielkim mieście" na album Michaela Buble'a, zmodyfikowana została również kolorystyka ozdób. W jadalni stanęła żywa choinka przystrojona złotymi bombkami i łańcuchami. Czeka nas dużo sprzątania.

Usłyszałam dużo pięknych życzeń. Podoba mi się świąteczna atmosfera. Nie czuję żadnej presji. Myślę nad kolejną piosenką. W głowie nucę sobie "Have yourself a merry little Christmas". Czerpię satysfakcję z tego, co robię. Wreszcie czuję, że to ma sens. Jestem w rozkwicie.

Potrzebuję ludzi, z którymi spędzam tyle czasu. Nie wyobrażam sobie życia bez nich. Bez oglądania lodowiska, wspólnego śpiewania (zwłaszcza "A heart full of love"), szukania prezentów, nagrywania świątecznych (i nie tylko) filmików, długich rozmów, zapisywania cytatów na kalendarzu, zdjęć, spacerów, wypadów do cukierni, zwierzeń i "Zakochanej złośnicy". Potrzebuję niedestrukcyjnej formy miłości.

Nie ma to jak mieć część objawów depresji przed sprawdzianem z matematyki. Zwinąć się w kłębek, zacisnąć zęby i powstrzymać łzy.

Brakuje mi jeszcze życiowej powagi. Śmiałam się z karpia. Tak, to istotnie dobry powód do śmiechu. Później ze skaleczonego aniołka, któremu oderwały się skrzydełka. Bez histerii. Wypiłam cappuccino. Zobaczyłam "Pamiętnik", ale spodziewałam się czegoś lepszego.

Wielkie wrażenie wywarły na mnie zdjęcia. Pięknie skomponowane kadry. Najbardziej spodobała mi się ta scena.

Kartie

sobota, 14 grudnia 2013

Tym razem słowo-klucz nie jest kluczowe

 "Cokolwiek pomiędzy ludźmi kończy się – znaczy: nigdy nie zaczęło się. Gdyby prawdziwie się zaczęło – nie skończyłoby się. Skończyło się, bo nie zaczęło się. Cokolwiek prawdziwie się zaczyna – nigdy się nie kończy"
E. Stachura, "Oto"

Ostatnio doświadczyłam w życiu wzorcowej sceny na miarę hollywoodzkiej komedii romantycznej. Idąc razem z przyjaciółkami, przeszłam obok przystojnego chłopaka rozdającego ulotki, ale nie zwróciłam na niego większej uwagi. Skierowałyśmy się w stronę lodowiska, na którym zobaczyłyśmy jeżdżące znajome. Nagle podszedł do nas śmieszny pan z harmonijką i objął ramieniem jedną z przyjaciółek, bo druga zdążyła w tym czasie odsunąć się na bezpieczną odległość. Zaśmiałyśmy się, ale ostrożnie odeszłyśmy parę kroków, żeby wrócić, kiedy już go tam nie będzie. Nie minęło dużo czasu. Po chwili obserwacji ludzi na lodowisku uznałam, że mogłabym już stąd iść, więc, patrząc na dziewczyny, oddaliłam się. Znowu przeszłam koło tego chłopaka, który, wręczając mi ulotkę, szeroko się uśmiechnął. Mówią: "jak dają, to bierz". Wzięłam. Odwzajemniłam się delikatnym uśmiechem. Chciałam złożyć ulotkę na pół i schować do kieszeni, ale zawiał mocniejszy wiatr, który sprawił, że karteczka wyleciała mi z rąk. Przez chwilę zastanawiałam się, czy wrócić i ją podnieść. Ostateczny wybór był taki, że odwróciłam się i schyliłam po nią, zerkając na tegoż chłopaka w celu upewnienia się, czy wszystko widział, i zbadania jego reakcji. Była w stu procentach prawidłowa. No, może w osiemdziesięciu, bo w prawdziwej komedii romantycznej podbiegłby, żeby mi "pomóc", a wtedy nasze spojrzenia spotkałyby się.
Jak mogłyby potoczyć się dalsze losy bohaterów tej historii? Jak się potoczyły?

Ostatnio byłam strasznie zapracowana. Wszechobecna pamięć podsuwała mi coraz więcej nowych wniosków do rozprawki. Czy był sens ją pisać? Oczywiście! Mój limit wolnego czasu został mocno ograniczony przez wszystkie zajęcia, których się podjęłam, więc byłam zmuszona do rezygnacji z solowego występu. Plus jest taki, że nikt nic szczególnego na tym nie straci. Starałam się dać z siebie jak najwięcej, ale okazało się, że jednak jestem w środku bardziej pusta, niż myślałam. Nie jest to w żadnym wypadku nic złego. Po prostu trzeba znaleźć coś, co tę pustkę wypełni. Zdążyłam podjąć ważną decyzję odnośnie szansy, którą dostałam. Uznałam, że dużo lepszy wpływ na mnie będzie miała świetna atmosfera, niż dobre warunki i poniekąd szerokie horyzonty. Zatem zostaję tam, gdzie byłam.

Wreszcie mogłam wykorzystać gdzieś moje zamiłowanie do Edwarda Stachury i Zdzisława Beksińskiego oraz fakt, że przeczytałam "Wstęp do psychoanalizy". Czuję się literatką. Dzisiejszy spokojny wieczór, w porównaniu do pechowego wczorajszego, kiedy to doświadczałam bolesnych skurczy brzucha, które nie pozwalały mi na utrzymanie stabilnej pozycji i zrealizowanie planów, spędziłam ze świeczkami w uszach oraz z "Milczeniem owiec", bo w końcu trzeba przeczytać, żeby obejrzeć film. Uzupełnianie kulturalnych zaległości rozpoczęte. Wczoraj "Perwersyjny przewodnik po ideologiach". Dzisiaj powrót do niegdyś rutynowych czynności. Czas na wytyczenie sobie nowego celu, żeby skupić całą energię na jego wykonaniu.

Słowo-klucz do zapamiętania to "Maciej".

Kartie

piątek, 15 listopada 2013

Spider's web

Emocje opadły wraz z kurtyną. Zapytana, jak mi poszło, po zastanowieniu odpowiedziałam: "nie wiem". Naprawdę nie pamiętam. Wszystko umknęło mi w ułamku sekundy. Później został tylko ból stóp od niewygodnych (aczkolwiek normalnych, o czym dzisiaj dowiedziałam się na fizyce) butów. Po obejrzeniu nagrania i usłyszeniu paru pochlebnych komentarzy, wydaje mi się, że było całkiem nieźle. Mogłabym wpisać to wydarzenie do dziennika, gdybym go prowadziła. Jest tego warte. Nauczyciel o wdzięcznym nazwisku brzmiącym jak gatunek ptaka wspomniał, iż słyszał próbę, na której jakieś dziewczę pięknie śpiewało utwór Katie Meluy. Przynajmniej większe nerwy miałam przed występem niż kolejnym testem. Ten etap, do następnego razu, zakończony.

Czytam "Siedem grzechów pamięci" D. Schactera i ciągle znajduję analogie w mechanizmach moich mnemotechnik. Interesujące jest dowiedzieć się, że wszystkie spostrzeżenia, które nasuwają się w trakcie codziennego zapominania i zapamiętywania, są prawdziwe i nawet dowiedzione naukowo. To książka, która jest napisana dużo bardziej przystępnym językiem niż na przykład "Sztuka pamięci" F. A. Yates, a muszę przyznać, iż druga pozycja z początku zrobiła na mnie wcale nie najgorsze wrażenie. Szkoda, bo mogło być tak pięknie, jednak zaczęły mi przeszkadzać kolejne odniesienia do niezrozumiałych i zbyt rozbudowanych dla mnie terminów, jak chociażby filozofia hermetyczna lub kabała, mimo że metoda architektoniczna zrobiła na mnie duże wrażenie, a Teatr Pamięci Guillo Camillo wydawał się istotnie inspirujący.

Moja własna mama mnie dzisiaj z początku nie poznała. Teraz nasuwa się pytanie, czy to dobrze czy może nie? Jutro wraz z nią idę na premierę przedstawienia, na które ze zniecierpliwieniem czekam. Też nie chcę stać w miejscu. Powinnam się rozwijać. Nawet, jeśli chodzi o wymyślane na chwilę przed pójściem spać gry.

I dlatego lubię mówić z tobą.

Jak być miłym i dostać to, czego się chce, kiedy wiadomo, że ucierpi na tym inna osoba? Stosowanie socjotechnik i wszelkiego rodzaju NLP (nie mylić z Nowym Letnim Piwem, tu chodzi o programowanie neurolingwistyczne) nie wchodzi w grę. Bach. Chcę być artystką, a nie potrafię się zachować. To wynika z tego, że chcę i nie chcę zarazem. Muzyka płynie w moich żyłach, ale ostatnio doznałam krwotoku. Poza tym dzisiaj udało mi się usłyszeć w niemalże pełnej wersji piękną pieśń - "Orlątko". Odkryłam też, jak bardzo moje oczekiwania różnią się od oczekiwań reszty świata i pogodziłam się z nieujawnionym życzeniem, które się nie spełniło. Pozwólmy zabrzmieć prawdziwym melodiom i wsłuchajmy się w popisową partię losu.

Piosenka, która nigdy mi się nie znudzi:



Kartie

niedziela, 3 listopada 2013

To historia o prawdzie, o pięknie, o wolności i przede wszystkim jest to opowieść o miłości

A jeśli to czytasz? Co jeśli patrzysz, ale nie widzisz?


Kiedy patrzę w gwiazdy, widzę miliony istnień ludzkich -  te, które minęły i te,co dopiero nadejdą. Widzę ogrom tego świata. Nieograniczoną moc. Czuję się taka mała, ale ważna. Nie rozumiem, dlaczego akurat ja wciąż trzymam się przy życiu? Jaki jest sens i cel mojego istnienia? Do czego jestem powołana? W przyszłości chciałabym mieć swoją rodzinę, dzieci, może nawet trochę wnuków, żeby przekazać wszystko to, czego nauczyłam się na własnych błędach. Pragnę oddać cząstkę siebie i uczynić ją nieśmiertelną. Chcę mieć wartość i czuć, że moje życie nie jest tylko wypełnianiem przeznaczenia, jak czytanie książki od deski do deski, które, owszem, dla niektórych jest wystarczające, ale mieć świadomość tego, iż dałam coś od siebie, niczym poeta czy pisarz, tworzący swoje dzieła.

Jak zwykle przechodząc przez cmentarz, pomyślałam: "ciekawe jak będzie wyglądał mój nagrobek?" Dowiedziałam się też, choć wydało mi się to rzeczą raczej naturalną (niestety), że niewiele jest grobów starszych niż 200 lat. Ksiądz pokusił się nawet o stwierdzenie, że "normalni" ludzie takowych nie mają. W ten sposób, chcąc zniweczyć tę tendencję, wymyśliłam dwie metody na zapobieżenie temu. Pierwsza, dość trudna w realizacji, to wyróżnić się spośród "zwykłych śmiertelników" i zostać sławnym człowiekiem, którego grób będzie odwiedzany przez tysiące ludzi. Druga to stworzyć Księgę Pamięci, która służyłaby utrwaleniu wspomnień o zmarłych. Gdyby tak zebrać przynajmniej po jednej historyjce o danej osobie, możnaby zrobić album. Dobrze zadbany służyłby przez lata. Mam już tę wizję w wyobraźni i wydaje się być naprawdę zachęcająca.

W tamtym roku o tej porze był już śnieg. Cieszę się, że jeszcze nie spadł, ale lada dzień można się go spodziewać.

Można się domyślić po tytule wpisu, że oglądnęłam "Moulin Rouge!". Pierwsza piosenka nasunęła mi skojarzenie ze "Sweeney Toddem", nawet kamera chwilami obejmowała podobne kadry. Wspaniały obraz i świetnie wykonane piosenki. Chyba zacznę oglądać więcej produkcji z Ewanem McGregorem. Nicole Kidman również była zachwycająca. Wreszcie znalazłam film, który zapełnił lukę w mojej wyobraźni. Gorąco polecam.

Najwspanialszą rzeczą, którą kiedykolwiek możesz poznać, to tylko kochać i być kochanym.  





Kartie

wtorek, 29 października 2013

Melioratywna tektura

Obezwładniające zdenerwowanie. Permanentnie zły nastrój. Odwiedziłam Tekturę i wypiłam kawę latte.
Chciałabym przywrócić stan mojej motywacji sprzed miesiąca. Gdyby tak dało się robić kopie zapasowe swojej osoby, mój świat byłby tysiąc razy bardziej zrozumiały. Nie czułabym się tak, jak czuję teraz. Wiedziałabym, co ze sobą zrobić. Nie pochłaniałaby mnie wewnętrzna złość wynikająca z braku aktywności.

Co się stało z moją wrażliwością? Gdzie schowała się romantyczna dusza? Co z moimi pragnieniami i marzeniami? Czy mam jakikolwiek cel? 

Gdzie są? Gdzie jest? Gdzie ja jestem?
Co mam robić?
Czy warto?

Ja już nie wiem, czy i co czuję. Wydaje mi się, że jestem w środku pusta. Jakby z człowieka został tylko korpus. 

Ten tydzień jest okropny. Żaden z celi, które chcę osiągnąć mi nie wychodzi, a mimo to coś sprawia, że się cieszę. Nie mam pojęcia dlaczego. Tak było wczoraj, bo dzisiaj rano nastąpiło zderzenie z rzeczywistością, która nie obchodzi się ze mną tak delikatnie, jak bym tego chciała. Tak czy siak, jest ona łagodna, zbyt łagodna i to mnie zepsuło. Z drugiej strony nie chcę zmian. Nie wyjdę ze swojej strefy bezpieczeństwa. Mam tu swój kącik, w którym jest całkiem wygodnie. Z mojego, jakże subiektywnego, punktu widzenia sprawy wyglądają beznadziejnie. 

Dojrzałość? Co to jest? 

Strasznie męczę moją współlokatorkę, bo nie pozwalam jej pić kawy. Tak, kazała mi to napisać. High five za odinstalowanie antywirusa! Pójdę na informatykę. Co z tego, że nie umiem metod numerycznych? Pozostają jeszcze inne elementy analizy. Chociażby znamienna metoda starożytnych. 

Nie jestem taka, jaka chciałabym być. Nigdy się nie stanę i chyba to boli mnie najbardziej. Przez długi czas myślałam, że nie liczy się sam cel, ale dążenie do niego. Co jeśli byłam w błędzie? Czy nasze życie opiera się tylko na osiąganiu? Nie chcę stać w miejscu, ale moja intuicja podpowiada mi ostatnio, że idę donikąd. Zgubiłam swój poziom równowagi. Rozdzieram się wewnętrznie.

Wszyscy mnie słuchają, ale ja nie krzyczę.

Na czym stoi mój świat?

Kartie

sobota, 19 października 2013

Nie idź tam, gdzie za Tobą nie pójdę.

Ach, gdybym tak mogła znaleźć się w ustronnym miejscu i sprawdzić stopień przystawania. Nie chcę czuć się skrępowana. Chcę poznać siebie i innych od jak najlepszej strony. Rozpocząć pełny kurs, nie jakąś wersję demo. Wreszcie wykorzystuję w pełni nadarzające się okazje i jestem całkiem zadowolona z ich skutków. Świat kryje przede mną tyle pięknych rzeczy! Jestem coraz bliżej odkrycia jego największych cudów. Eksploruję emocjonalne uniwersum.

Zaczynam odczuwać wpływ jesieni na mój nastrój. Jestem pobudzona, kiedy świeci słońce, kiedy mogę się wyspać, kiedy mam jakiś cel, żeby zaraz po tym, jak zajdzie słońce, moje libido i wszelka inna energia wyzerowały się. Przechodzenie ze skrajności w skrajność źle wpływa na stan organizmu, więc coraz częściej dopadają mnie różnego typu niże emocjonalne i zaczynają mnie denerwować nawet pojedyncze słowa, a co dopiero sposób, w jaki ktoś je wypowiada.

Dotychczas miałam względny spokój i starałam się nad swoim wnętrzem panować. Wychodziło mi to zgoła nie najgorzej. Ostatnio trochę postraszyłam, ale to było zaledwie przygotowywanie sobie gruntu, więc szybko oswoiłam się ze swoim krnąbrnym charakterem. Ważne, żeby ta tendencja nie przekroczyła ekstremum, gdyż wtedy mój świat będzie gorzej niż zaburzony.

A propos pamięci, o której ostatnio nieustannie myślę, przypominam sobie wiele rzeczy. Poczynając od oglądanych w dzieciństwie bajek i filmów animowanych, przechodząc przez rozmaite wspomnienia, a zwłaszcza klasowe ognisko, kończąc na teoriach Freuda. O tym ostatnim mam nie najlepsze mniemanie. Wydaje mi się, że część jego teorii jest całkiem słuszna, ale reszta została wymyślona, albo w formie uzupełnienia - żeby wszystko do siebie pasowało, albo aby jak najbardziej zszokować ówczesnych ludzi, skłaniając ich w tenże kontrowersyjny sposób do rozmów o jego pracach. Faza analna? Sen o świeczniku? Wydaje mi się, że, o ile nie są one w jakiś sposób wpojone, każdy człowiek ma inną symbolikę w marzeniach sennych i trudno uogólniać tu podobne kształtem przedmioty.

Ostatnio na odtwarzaczu słucham ścieżki dźwiękowej z filmu "Powrót do Garden State". Polecam. Zarówno muzykę, jak i sam film. Poza tym w ramach doszkalania się z angielskiego i powracania pamięcią do przeszłości, oglądam "Niezwykłe przypadki Flapjacka", czyli świetną kreskówkę z idealnym czarnym humorem (choć nie obraziłabym się, gdyby było go tam jeszcze więcej, ale w końcu to bajka dla dzieci).

Na koniec mój ulubiony cytat z "Władcy Pierścieni", choć jeszcze nigdy nie oglądnęłam żadnej z części w całości, ani nie przeczytałam książek, aczkolwiek noszę się z tym zamiarem od dłuższego czasu i zamierzam to zrobić, kiedy nadarzy się ku temu okazja.



Kartie

czwartek, 3 października 2013

Nosferatu

"Wiem skąd wzięło się to zło
Dlaczego mnie nie słuchacie?"

Stoję na skraju, wiedząc, co mnie rani. Napawam się swoją samotnością i dręczę bezradnością. Kręcę się jak na karuzeli. Jak można tkwić w miejscu i nie rozwijać się? Dlaczego się nie powstrzymuję? Mogłabym się zablokować i byłoby po sprawie. 

"Brak miłości jest dla mnie cierpieniem"

Nigdy nie sądziłam, że będę w stanie utożsamić się z wampirem. Nie oczekiwałam podobnych interpretacji. Wmawiam sobie i szukam odpowiedniej wymówki. Okaleczam się psychicznie. Ogarnia mnie romantyczne szaleństwo. Błądzę, żeby znaleźć sens. Sens życia. 

"Teraz możemy zbadać ten przypadek naukowo"

No to czekam. Psychoanalizo, uratuj mnie! Skulę się i zamienię w pancernika. To dotyka nas wszystkich. Zaplątałam się w swoją własną sieć. Obserwuję lot ptaków, próbując zrozumieć i nauczyć się życia. Jakie to wszystko niemożliwe! Moja porywczość emocjonalna jest absurdalna.

"Rzeki wciąż będą płynąć, gdy przeminiemy.
Tylko śmierć jest potwornie pewna"

Jak niewiele wystarczy, żebym nie mogła przestać myśleć. Jeden impuls, może dwa... 

Wszystkie wrażenia wsiąkają we mnie jak w gąbkę. Chcę krzyczeć, ale moje gardło się zaciska. Potworny styl. Obezwładniający patos. Wymuszona melancholia. Osobiste rozgrywki. Piekący ból. Usprawiedliwiam się. Umiem patrzeć racjonalnie, ale nie potrafię się zmusić do takiego. Ciągle czekam na koniec. Sama go wywołuję. W tym sęk. To jest mój problem. Jak z nim walczyć? 


Kartie

sobota, 28 września 2013

Małopolska Noc Naukowców 2013

Cofnijmy się do dnia poprzedzającego piątek:

Zasiadłam na kozetce, przykładając pakunek z lodem do swojej lewej ręki. Atmosfera jak z filmu. Grecka muzyka w tle. Zerknęłam w stronę okna i byłam zmuszona przyznać, iż moje obawy potwierdziły się, ponieważ właśnie zaczął padać deszcz. Do gabinetu wszedł chłopak. Odwróciłam wzrok na zegar i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy miało minąć te dziesięć minut. W tym momencie zadzwonił telefon. Spojrzałam w dół, poprawiłam okład i oparłam tył głowy o ścianę. Krople deszczu rozbijały się o szybę. Z radia do moich uszu tym razem dobiegały dźwięki walca. Mój palec został zabandażowany, zatem mogłam udać się do wyjścia i opuścić pomieszczenie.
Na zewnątrz czekało na mnie parę osób, z którymi podzieliłam się nabytymi informacjami, a następnie szybko pożegnałam i pomknęłam w doskonale znanym mi kierunku.


Piątek minął, jakby go nie było. Udało mi się przewidzieć bieg wydarzeń i podczas rozmów o przyszłości w międzyczasie ustalić plan reszty dnia. Po zakończeniu zajęć razem z przyjaciółką skierowałam się na obiad, a później spakowałam swoje rzeczy. Mogłam to sprawniej załatwić, ale nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Od teraz naszej podróży towarzyszył urzekający tętent kół od walizki oraz sam przedmiot gwarantujący nam ten dźwięk, który, dzięki wspaniałej rączce, nawet nie sprawiał zbyt wiele kłopotu i aż tak uciążliwy nie był. Po tej przygodzie morał jest taki, że trzeba dawkować przyjemności. Rozpoczęłam podróż przez Kraków z przyjaciółką, bagażem i lekką obawą, iż ktoś może mnie dzisiaj uznać za (niedoszłą) terrorystkę. Naszym pierwszym celem, po tym jak ja skonsumowałam już swój posiłek, stała się meksykańska restauracja Alebriche. Grzechem byłoby tam nie pójść. Dostałam pięknie zamówioną po hiszpańsku tartę czekoladową, która przypomniała mi o ostatnich kulinarnych walkach z mikrofalówką. Była przepyszna, co stanowiło przyjemną odmianę dla mojego zwykłego pożywienia. Byłam zachwycona. Nawet teraz, pisząc tę relację, czuję zapachy, których w Alebriche było pełno. To naprawdę klimatyczne miejsce. Najbardziej spodobały mi się piękne serwety na stołach. Sposób mówienia po polsku naszego kelnera był rozbrajający. Całokształt sprawił, iż jestem prawie pewna, że jeszcze kiedyś tam zajrzymy.

Kiedy zdałyśmy sobie sprawę, jak szybko leci czas, zebrałyśmy rzeczy (i walizkę :) ) i szybkim krokiem dostałyśmy się pod Akademię Sztuk Pięknych, gdzie wypełniłyśmy ankiety oraz dostałyśmy koszulki (ostatnie dwa średnie rozmiary), a następnie przeszłyśmy do budynku numer 003, aby zobaczyć, co związanego z fotografią zostało tam przygotowane. Po całkiem długim czekaniu w kolejce, udało nam się dostać do ciemni, gdzie naświetlałyśmy stworzone przez nas kompozycje, które jakiś czas później zostały wywołane. Poplątałyśmy się chwilę po budynku, odwiedziłyśmy studio i trafiłyśmy na krótką prezentację o obróbce zdjęć. Kiedy się skończyła, poszłyśmy odebrać nasze dzieła. Całkiem interesujące.

Stamtąd droga do Collegium Witkowskiego była krótka. Obeszłyśmy tylko parę korytarzy, a po drodze wgłąb ulicy Gołębiej zostałyśmy zaproszone przez dwóch przebranych studentów do zwiedzenia Collegium Minus. Weszłyśmy do środka, ale miałyśmy jeszcze trochę planów do zrealizowania, więc nie zabawiłyśmy tam długo. Kolejnym punktem naszej wycieczki był Wydział Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Byłam tam już kiedyś, ale o wczesnej porze. Wieczorem to miejsce wydawało się jeszcze bardziej magiczne. Tam spotkałyśmy trzy młode dziewczyny, którym moja przyjaciółka pokazała na mapie drogę do Wydziału Chemii. My same doszłyśmy do końca ulicy Gołębiej i skręciłyśmy na Rynek. Tam zatrzymał nas rajd rowerowy. Następnym celem była Akademia Górniczo-Hutnicza. Po drodze, na placu Szczepańskim, przystanęłyśmy na chwilę, żeby posłuchać muzyki - wokal, wiolonczela i klawisze.

Kiedy dotarłyśmy do naszego celu, okazało się, iż główny budynek jest zamknięty. Przed wejściem spotkałyśmy trzech studentów, których zapytałyśmy o drogę. Wytłumaczyli nam mniej więcej, dokąd się kierować. Posłuchałyśmy ich - poszłyśmy przed siebie w poszukiwaniu tajemniczego budynku D-17. Bezskutecznie. Przystanęłyśmy, żebym mogła jeszcze raz sprawdzić moją notatkę. Ci studenci właśnie przechodzili obok, więc zapytali, czy udało nam się go odnaleźć. Krótka odpowiedź: "średnio" może i nie była zbyt rozbudowana, ale za to niesamowicie wymowna, przez co chłopcy najprawdopodobniej postawili sobie za punkt honoru wybawienie bezbronnych niewiast z opresji, więc zaprowadzili nas dziwaczną drogą, gdyż musieliśmy przejść nad malutkim żywopłotem, co z walizką tak wygodne nie było, do bardziej poinformowanego osobnika, który ofiarował nam mapkę.

Sfotografowana przy lampach pod AGH. Demonicznie :>

Przeszliśmy wszyscy ulicą Czarnowiejską i tam zmartwiłam się, bo zastaliśmy tłum ludzi. Chłopcy robili zdjęcia mapy (żeby sami się nie zgubili), a my oszacowałyśmy liczbę osób i czas, jaki przyszłoby nam czekać, gdybyśmy zechciały dostać się na prezentację. W obliczu tych danych zmuszona byłam do rezygnacji z planu. Na szczęście nie byłam zawiedziona, bo wieczór i bez tego był pełen wrażeń. Podziękowałyśmy naszym przewodnikom i tu rozeszły się nasze ścieżki.

Następną - już ostatnią - lokalizacją na mapie odwiedzonych przez nas tego wieczoru miejsc została kawiarnia Cudowne Lata, gdzie było zbyt głośno i tłoczno dla mnie, co sprawiło, że to miejsce odwiedzać będę pewnie tylko z sentymentu lub z okazji ważnych wydarzeń (kto wie, ten wie :) ), nie ze względu na przyciągającą atmosferę. Choć słyszałam, że bywa przyjemniej, o ile nie wpada się tam w piątkowy wieczór.


Kartie

wtorek, 24 września 2013

Ciemność

"W blasku ranka, w nocy cieniach
Ktoś się rodzi dla cierpienia
W cieniach nocy, w dnia jasności
Ktoś się rodzi dla radości
Ktoś się rodzi dla radości
Ktoś się rodzi dla ciemności"
William Blake "Wróżby niewinności"
przeł. Józef Czechowicz

Odwiedziłam antykwariat i nie mogłam wyjść z podziwu nad tym, co odkryłam. Uwielbiam atmosferę takich miejsc. Coraz bardziej czuję, że zdecydowanie za mało czytam i zbyt wiele książek jeszcze na mnie czeka. Chciałabym móc wciągnąć się w nie i mieć czas na refleksje, nie musząc odrywać się od swoich zajęć. W ogóle najlepiej byłoby prowadzić swego rodzaju gnuśne życie, skupiając się na dziedzictwie kulturowym. Jestem okropnie leniwa. Potrzebuję jakiegoś impulsu. Czegoś, co doda mi siły do działania. 

Muszę odnaleźć siebie w sobie. Nie mogę nic poradzić na moje wewnętrzne stany, które zaczynają siać spustoszenie na pustyniach mojego charakteru. Przydałaby się dobra ręka, która sprawnymi ruchami miotłą odkryłaby starożytne figury i ruiny będące pozostałościami po okresach świetności. Nie pierwszy raz okazuje się, że za wszelką cenę chcę się oddzielić. Po co być częścią grupy, żeby z niej uciekać? Nauczyłam się żyć razem, ale osobno. Nie ma to najmniejszego znaczenia, bo jestem otoczona ludźmi, którzy mają znaczenie. 

Esencja mgły, z której wyłaniają się najpiękniejsze marzenia. Barwa najstraszniejszych odczuć, jakie kiedykolwiek kogokolwiek spotkały. Częstotliwość złudzeń. Potworne niedomówienia. Rzekome postaci. 

Myślę nad wszelakimi możliwymi zmianami. Błagam o nowość. Moje życie nie jest monotonne, ale czegoś w nim brakuje. Zaczynam uświadamiać sobie, co to dokładnie jest. Podnoszę powieki. Kieruję swój wzrok w stronę, w którą dawno nie patrzyłam. Mam ochotę zrobić coś, czego jeszcze nie robiłam. 

Usilnie proszę o możliwość spełnienia mojego marzenia o spotkaniu. 
Błagam o wskazanie mi drogi, jak mogę swój cel osiągnąć. 

W dążeniu do doskonałości pomoże mi...

Oczekuję nieskończonych pokładów dobra, nie oferując nic w zamian. Ten układ skazany jest na niesprawiedliwość i przekreślam jakiekolwiek szanse na jego powodzenie samą swoją istotą. 

Cieszę się, że znam tylu wspaniałych ludzi. Dziękuję wszystkim :) Kiedyś wymyślę sposób, w jaki będę mogła pokazać, co naprawdę czuję. Znajdę go. Jestem tego pewna. 


Kartie

wtorek, 17 września 2013

Jak oddzielić...?

Czy muszę tak często się mylić? Czy nie mogłabym po prostu od początku wiedzieć, czy jest tak, jak myślę, uważam, chcę oczekiwać, czy nie? Jestem tak oburzona swoją nieudolnością, że dzisiaj nie będę prawie w ogóle używać swoich słów. Zdam się na autorytety.

"Ach, jakiż dreszcz przebiega wszystkie me żyły, gdy palec mój przypadkiem dotknie jej palca, gdy nasze stopy spotykają się pod stołem! Cofam się jak przed ogniem, a jakaś tajemna moc pociąga mnie znowu; czuję zamęt we wszystkich zmysłach. O, a jej niewinność, jej prosta dusza nie czuje, jak bardzo mnie męczą te drobne poufałości. Gdy w rozmowie kładzie swą rękę na moją i wśród przejęcia się tematem bliżej się do mnie przysuwa, gdy boski oddech jej ust dosięga warg moich, zda mi się, że padam jakby rażony piorunem."
Johann Wolfgang Goethe "Cierpienia młodego Wertera"

Mur, do którego zostaliśmy przyparci, zaczyna się na nas walić. Czy rzeczywiście jesteśmy tak schematyczni? Nawet, próbując odbiec od utartych stereotypów? Zakochany oddala się i świat się oddala.

"Chociaż każda miłość przeżywana jest jako jedyna, chociaż podmiot odpycha myśl, że może się ona powtórzyć później, niekiedy dostrzega jakby rozproszenie miłosnego pragnienia; rozumie wówczas, że do samej śmierci zdany jest na łaskę i tułaczkę od jednej miłości do drugiej."
Roland Barthes "Fragmenty dyskursu miłosnego"

Czy musi tak być? To swego rodzaju mechanizm obronny. Co stałoby się z nami, gdybyśmy kochali tylko raz, jedną, wielką, niepowtarzalną miłością naszego życia i mielibyśmy dodatkowo takiego pecha, iż byłaby ona platoniczna? Czekałaby nas podróż z depresją lub zwinięcie żagli w czasie trwania rejsu. 

Dobrze nie czuć presji. Dobrze jest zachować swoją własną tożsamość. Dobrze jest żyć w zgodzie ze sobą i bez wewnętrznych tortur. Najlepiej jest nie ograniczać siebie samego bardziej, niż jest to wymagane. 
Albo miłość, albo twórczość? Czy zakochując się, skazujemy siebie samych na samotność? Podpisujemy swego rodzaju pakt. Każdy na innych osobistych warunkach. Jednak, kiedy obdarzymy kogoś prawdziwym uczuciem, nieuniknione staje się oddanie mu cząstki naszej duszy. Kim w takim wypadku się stajemy? 

Zaufanie, rozmowy, uśmiech, kontakt, pasja, wspólnota, bliskość - siedem istotnych czynników. Szukanie miłości z niemal stuprocentową pewnością gwarantuje niemożliwość jej znalezienia. Można dawać proste wskazówki, ale nie doprowadzą one do rozwiązania. Zwykle tworzy się je tylko po to, aby dać złudzenie przybliżenia, które w rzeczywistości skutkuje zagmatwaniem i zaplątaniem we własnych dążeniach. 

Co się stało z zasadą "złotego środka"? Co się stało ze mną? 

Jak oddzielić nagle serce od rozumu

Jak usłyszeć siebie pośród śpiewu tłumu?

M. Grechuta


Kartie

czwartek, 12 września 2013

Subiektywnie o przeszłości

Boli mnie gardło, ale liczę na to, że zaraz wszystko będzie w porządku i niebawem wrócę do normalnego stanu. Byle do jutra. W sobotę już jakoś wytrzymam. Nie lubię spać w ciągu dnia. Może spróbuję poczytać książkę. Zaparzyłam sobie zieloną herbatę i usiadłam przy grze z ciasteczkami, patrząc na kartkę z rysunkiem "Kasi po zjedzeniu tortu" umieszczonym na korkowej tablicy wiszącej na ścianie. Zajadam się najlepszymi żelkami na świecie i ustalam w głowie kolejność rzeczy do zrobienia.

Przepisałam dzisiaj jedno tłumaczenie ręcznie w zeszycie i byłam zadziwiona objętością. Zdawało mi się, że tego tekstu jest znacznie mniej, zwłaszcza, kiedy zapisywałam go tutaj. Jestem mocno zmotywowana do pracy nad sobą. Poznałam dzisiaj człowieka-legendę. O, nie! Mój słodki (wcale nie, bo bez cukru) boski napój powoli się wyczerpuje.

Chcę, żeby ktoś mnie pocałował. Chcę wiedzieć, że to prawda. Chcę to poczuć, zobaczyć, przekonać się na własnej skórze. Ta tęsknota rozrywa mnie od środka. Czuję się niezdolna do emocji, jednocześnie przywiązując zbyt wielką wagę do najdrobniejszych szczegółów. Szukam wszelkich przeciwwskazań. Bezskutecznie. Jeszcze nigdy nie czułam się tak związana z młodym Werterem. Sentymentalizm mnie nie przekonał, choć teatru w życiu nigdy dość.

W moim idealnym świecie nie miałabym ciała. W gruncie rzeczy potrzebuję oczu, nie wyobrażam sobie również życia bez nerwów. W ogóle to jestem niepoważna. Niedawno odkryłam, że ludzie (tak, w tym ja, choć staram się od takich norm odchodzić) rzeczywiście, wspominając swoje błędy, myślą kategoriami, które wskazują na to, iż mieli tyle samo doświadczenia wtedy, w momencie pomyłki, co teraz. W chwili rozważania swojej przeszłości, postrzegają ją, jakby wciąż byli takimi samymi ludźmi. Cofnij. Jakby od zawsze byli takimi samymi ludźmi. Jakby od zawsze mieli takie same poglądy. Jakby od zawsze mieli takie same pojęcie wartości. Dobrze wiemy, że byłoby to niemożliwe.

Cudownie jest być powodem radości dla ludzi. Cieszę się, że mogę im poprawić dzień swoją naiwnością, nieudolnością, radością, a także otwartością. Dobrze i niedobrze zarazem. Po co szukać środka łuku? Można wziąć strzałę i wepchnąć ją niczym harpun w sam środek serca.

Herkules!

Przypomniałam sobie właśnie, jak wygląda jedna z moich wymarzonych sukienek. Szmaragdowy wyraża wszystko, co chcę wyrazić. Tyle zieleni wokół mnie! Już niedługo...


Kartie

wtorek, 10 września 2013

Free Walking Tour

Dołączyłam do Free Walking Tour w Krakowie, zatem mogę oficjalnie wykreślić kolejne marzenie do spełnienia ze swojej listy. Poza tym wczoraj poznałam siostry z różnych stron świata (m. in. Kenia, Kanada, USA). Okazały się być bardzo sympatyczne, dlatego, kiedy je zobaczyłam na drodze, uśmiechnęłam się od ucha do ucha i przyspieszyłam kroku, żeby dotrzeć do nich prędzej.

Swoją drogą, pisanie w śmieszny sposób sprawia mi coraz więcej radości.

Od kilku dni czułam się strasznie zmęczona, ale dzisiaj jest znacznie lepiej. Znowu wypiłam tę okropną kawę. Mogłam trochę odetchnąć, ponieważ zrobiłam wcześniej wszystko, co miałam do zrobienia. Położyłam się na trawie, utkwiłam swój wzrok w toni wodnej, lecz nie na długo, ponieważ rozpraszał mnie telefon (jak to ostatnio moje najbliższe osoby zauważyły i nie oszczędzają nieraz drwiących słów, ani min, które wskazują na wybitne rozbawienie). Tak, mam świadomość tego, iż denerwuję ludzi. Pewnie za wczorajszy incydent parę osób mnie znienawidziło, ale to była najszybsza droga nauki (co nie znaczy wcale, że najlepsza, wiem).

Zrehabilitowałam się parokrotnie, ale nie w tym rzecz. Odwiedziłam antykwariat i zakupiłam album, który kusił mnie swoją okładką za każdym razem, kiedy mijałam wystawę, dlatego byłam bardzo zawiedziona, gdy zniknął z miejsca, gdzie go po raz pierwszy zobaczyłam. Przez długi czas bałam się, iż zmienił właściciela, ale niedawno odważyłam się w końcu zaglądnąć do środka i nie zawiodłam się, bo, po chwili spędzonej tam, udało mi się odszukać wspomnianą książkę (mianowicie zbiór zdjęć Beksińskiego) i poczułam, że grzechem byłoby nie wydać swych cennych pieniędzy na coś, czego pragnęłam przez kilka miesięcy, toteż po lekkim oswojeniu z ceną udałam się do kasy, gdzie sprzedawca (szczęśliwie dla mnie) zdecydował się obniżyć jej wartość, dodając z uśmiechem: "będzie na kawę". Wyszłam z budynku szczęśliwa. Z resztą nie ma się mi co dziwić. Zastanawiałam się jeszcze nad kupnem tomiku wierszy Edwarda Stachury, ale uznałam, że może mi nie wystarczyć funduszy na zakup książek do fizyki, a to, biorąc pod uwagę mój profil, byłoby profanacją.

Zbliża się czas, gdy dowiem się, czy moja praca jest coś warta.
Potrafię streszczać swoje największe i najbardziej obfite przeżycia w kilku zdaniach.
Skaczę po murkach i uważam to za najlepsze (cóż, bo najtańsze) hobby, jakie kiedykolwiek miałam :)

Rozpoczęłam trzeci sezon "Przyjaciół". Chwila odpoczynku, więc może skończę oglądać film "Czarny kot, biały kot". Zaintrygowała mnie dzisiejsza propozycja i chyba się nad nią dłużej zastanowię. Może filozofia lub filmoznawstwo? Czy raczej historia sztuki - "w razie czego"?

Kartie

wtorek, 3 września 2013

Minął ostatni dzień względnej wolności

Dzięki wspaniałym dziewczynom z mojej klasy odkryłam ostatnio niesamowitą rozrywkę, jaką jest geocaching. Zabawa przednia. Miny spacerowiczów, którzy spostrzegają nas zerkające pod ławki z twarzami wskazującymi na intensywny proces myślowy, są bezcenne. Uczucie odkrywania czegoś ukrytego robi swoje. Udawanie stewardessy też. Poza tym jestem bardzo miło zaskoczona początkiem nowych doświadczeń i wreszcie mogłam powrócić na moje ulubione miejsce na przerwach, czyli murek przy schodach. Tak cudownie zobaczyć wszystkie znajome twarze!

Dostałam na zamówienie świątecznego elfa z koralików i muszę przyznać, że jest jeszcze lepszy, niż myślałam, iż będzie. Jestem szczęśliwa i radosna. Uwielbiam, kiedy mam taki nastrój. Nic mi go nie potrafi zepsuć, do czasu... Ciekawa jestem, co sprawia, że następuje ten ów tajemniczy "czas"? A propos zagadek i sekretów - zastanawia mnie rozdział szósty.

Rozpiera mnie energia, pomimo że spałam dzisiaj tylko pięć godzin (ech, ze swojej własnej winy). Napiłam się kawy z automatu, która była okropna. Rozbawiło mnie, że już tak szybko udało mi się nie mieć lekcji. Ponadto dzisiaj uświadomiłam sobie, że nie wzięłam butów do ćwiczeń, więc zmuszona byłam do udania się do galerii handlowej, dokładniej sklepu obuwniczego, i zakupu odpowiednich. Poszło szybko, może nawet za szybko, bo wyrobiłam się w niecałą godzinę, choć troszkę czasu w kolejce stałam. Najwyraźniej wcale nie musiałam tak lecieć i się spieszyć. Przynajmniej nie miałam okazji w grzeczny (ani w ogóle w żaden) sposób odmawiać nagabującym ludziom :)

"Jak to, taka kolorowa dziewczyna i nie jest zainteresowana Greenpeace?"

Nowe mieszkanki z każdym dniem coraz bardziej mnie zadziwiają. Staram się być dobrze nastawiona.
Dzień bez matematyki, dniem straconym - osiem godzin. Poczułam się strasznie zakłopotana, ale też niezwykle szczęśliwa, że jest ktoś, kto mi ufa. Ostatnio mam straszny słowotok. Czuję, że mam wszystkim tyle do opowiedzenia, a czasu jest tak mało.

Zdjęcia zrobione, więc pamiątki będą. Na razie cieszę się, że nie potrzebuję martwić się kolejkami, dzięki temu, iż mam raczej oryginalne pory wykonywania różnych codziennych czynności (choć budzenie o szóstej do takich nie należy).

Życzę wielu przygód, woli walki, pragnienia poznawania oraz samych sukcesów, a samej sobie przeczytania "W stronę Swanna" M. Prousta.


"Kochać to znaczy być wrażliwym"
C. S. Lewis


Szczęśliwa
Kartie

wtorek, 27 sierpnia 2013

Czy chcę wiedzieć?

Miałam sen, że wróciło to, co było. Słyszałam piękne rzeczy. Ciężko było postąpić "dobrze". Dobija mnie to, że nawet we śnie chcę być za wszelką cenę etyczna. Później większość miasta została zalana wodą. Wciąż badam swoją pamięć. Jest całkiem niezła, choć od eksperymentu z dr. Kawashimą odstąpiłam z racji braku samodyscypliny. Muszę poszukać jeszcze fajniejszych książek, jak wrócę do Krakowa. Dowiaduję się o tylu niesamowitych miejscach!

Jeszcze tylko parę dni pozostało. Myślę, że czuję się tak samo otwarta (lub może nawet bardziej) jak w tamtym roku. Ekscytacja nowymi doświadczeniami zwiększa się z każdym dniem. To tylko szkoła, wiem, jednak nigdy nie spodziewałam się, że będę z niej tak zadowolona. Cieszę się, że dokonałam tego wyboru. Pewnie mówiłam to już nieskończoną policzalną ilość razy, ale wreszcie czuję, iż jestem w dobrym miejscu i idealnie do mnie pasuje. Otoczenie też jest niesamowite. Znów zawitam u sióstr. Uwielbiam to, że zawsze ktoś tam jest. Kiedy wracam zdołowana, zapłakana, mam stuprocentową pewność, że spotkam kogoś, kto będzie chciał mnie wysłuchać, pomóc, a jak nie, to przynajmniej odwróci moją uwagę od problemów. W ogóle same dylematy nie są tak ważne, tracą na znaczeniu, jeśli bierze się pod uwagę całość. Nieraz zastanawiam się, jakby było, gdybym zdecydowała się pójść do innej szkoły. Czy byłabym szczęśliwa? Teraz jestem i to bardzo!

Pamiętam, że nieraz zdarzało mi się być bardzo zasmuconą jakimś wydarzeniem, bo ja wszystko do siebie biorę, ale, kiedy próbowałam opowiedzieć, co się stało, dochodziłam do wniosku, że to jest po prostu śmieszne. Myślę, że nareszcie się uodporniłam. Nie mam pojęcia, jak do tego doszło, ale jestem niezwykle usatysfakcjonowana efektem.

Dzisiaj czeka mnie wielkie wyzwanie :) Poza tym może upiekę babeczki. Trzeba się nauczyć gotować! O, ironio! Najbardziej lubię jeść wszelkie eksperymenty kulinarne, a najbardziej gotować zgodnie z przepisem. Zgłodniałam na samą myśl.

Książka leży otwarta, a mi i tak bardziej uśmiecha się oglądanie psychodelicznych filmów lub ukochanego serialu. Ostatnio znalazłam odcinek do tego gifa. Jeszcze nie skończyłam drugiego sezonu, ale powoli się do tego zbliżam. Wciąż nie mogę opanować myśli i skupić się na czymkolwiek produktywnym (chyba że zaliczyć pisanie bloga do tychże zajęć).

Zapomniałam pochwalić się, że parę dni temu znalazłam pierścionek, który był moim ulubionym. Przez czas prawdopodobnie dłuższy niż rok myślałam, że się zgubił "na amen", a tu czekała mnie niespodzianka! A już sobie obmyślałam, że jak będę miała w przyszłości swoje pieniądze, pójdę do jakiegoś złotnika, który wyrobi mi taki sam na podstawie zdjęć (bo na szczęście jakieś miałam!).

Zapętlone w odtwarzaczu. Zastanawiam się, kiedy mi się znudzi.



 Kartie

czwartek, 22 sierpnia 2013

Niespokojna dusza

Miałam nadzieję, ale zupełnie się tego nie spodziewałam. Po co było krakać? Stało się! Co dalej? Nie wiem, jak się zachować. Nie mogę się skupić. Próbuję. Muzyka Arctic Monkeys w słuchawkach i ciągłe rozmowy bez końca, bo trwają pomimo braku łączności. Cała jestem przepełniona szczęściem. Nie mogę go opanować. Cieszę się jak nigdy dotąd. W moich snach wszystko jest idealne.

Przeglądam zdjęcia. Mam ochotę po prostu popatrzeć komuś głęboko w oczy. Moje, odbite w lustrze, nie są wystarczające. Czegoś im brakuje... Duszy? Nie jestem pewna, co widzę. Nie jestem pewna, co widzą we mnie inni. Chciałabym potrafić żyć w równoległych światach naraz. Najlepiej, gdybym mogła jeden skonstruować od podstaw albo przynajmniej ustalić parę szczegółów. Gdyby nakreślić bieg moich myśli, powstałaby wyjątkowo kształtna rozeta.

Cały mój pokój pogrążony jest w ciemności. Widoczne jest tylko lekkie niebieskie światło monitora, które miękko pada na moją twarz. Moja dusza jest wyciszona. Powstrzymałam rozkojarzenie. Marzę i próbuję sobie wyśnić idealne spotkanie. Chcę ochłonąć. Niech ktoś wyleje mi wiadro zimnej wody na głowę. Chcę wskoczyć do basenu. Serwuje mi się tylko wrzątek. Cóż począć, moja niecierpliwa duszo, z emocjami, które pochłaniają całą twoją energię? Masz jeden, jedyny cel. Czuję, że tak powinno być. Gonię za swoimi marzeniami. Zawsze warto jakieś mieć.

Moje często się spełniają, ale staram się wybierać je rozważnie. Na myśl przychodzi mi tylko jedno, któremu się nie udało i raczej nie ma żadnych perspektyw, aby było możliwe, czego bardzo żałuję. W poszukiwaniu straconego czasu. Badam pamięć w moim otoczeniu. Głównie swoją, przeprowadzając wszelakie eksperymenty, ćwicząc, ale dzisiaj udało mi się także poznać ją od trochę innej strony. Odwiedziłam babcię, która przypomniała mi (zupełnie nieświadoma, że właśnie to robi), iż powinnam przygotować się i powoli zabierać się do pisania.

Siedem grzechów głównych pamięci według Daniela L. Schactera:
1. Nietrwałość.
2. Roztargnienie.
3. Blokowanie.
4. Błędne przypisanie.
5. Podatność na sugestię.
6. Tendencyjność.
7. Uporczywość.

Oddycham i wsłuchuję się w rytm swojego ciała. Ono jest teraz moim przewodnikiem. Mój umysł może odpocząć i pozwolić decydować materii, czy powinnam spać, czy jeść. Staję się ograniczona przez doczesność. Ciało jest tylko ciałem.

Pokochałam tę piosenkę. Dzięki niej nie potrzebuję żadnych słów.



Kartie

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Co robić, gdy internetu brak?

Mamo, ja mam wszystko zaplanowane, zwłaszcza solenie (sic!) pierogów leniwych z serem.

Były okropne. Zostałam uziemiona na parę dni bez internetu, więc w skrajnych przypadkach tęsknoty korzystałam z promocyjnego transferu na karcie w komórce, ale wyszło mi to nawet na dobre, bo zdążyłam zamówić książkę "Wyobrażenia społeczne: szkice o nadziei i pamięci zbiorowej" Bronisława Baczko (mój pierwszy zakup przez internet), która zdążyła dotrzeć już dzisiaj, miałam czas na poczytanie pierwszej części "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta, wybrałam się na wiejski festyn, gdzie usłyszałam najzabawniejszy komplement w całym moim życiu:


"Jesteś ładna, kur*a, bardzo ładna. Przepraszam za "kur*a"",

a także obejrzałam dwa filmy z niezliczonej kolekcji płyt - "Love story" (ponoć klasyka) i "Hamlet". Tym razem, dzięki swojemu urokowi osobistemu (lub innym szlachetnym czynnikom, o których, z racji przyzwoitości, nie będę wspominać) udało mi się otrzymać płaszcz, a raczej bluzę, od pewnego dżentelmena. W ramach owego festynu wybrałam się z bratem i jego kolegami (moimi też) na przechadzkę. Dwa razy usłyszałam, że jestem idealna i świetnie nadawałabym się na żonę (swoją drogą, czasami nie wiem, czy brać to jako komplement, czy raczej obelgę...).

Chcę czuć Cię wszystkimi zmysłami.
Zobaczyć, usłyszeć, dotknąć, zasmakować, powąchać.

Natchnęło mnie. Czuję się jak poetka. Nagle zaczęłam pragnąć, aby ludzie dotrzymywali obietnic. No, może jeden człowiek. Nie mogę przestać myśleć o tym wszystkim. Przenoszę się w miejscu i w czasie. Moja wyobraźnia nigdy nie pracowała na tak wysokich obrotach. A jeśli TO już się stało? Czy wtedy przegrałam? Kto pierwszy wywiesi białą flagę?

Staram się być dobrym człowiekiem. Nie będę kłamać. Przepraszam wszystkich tych, wobec których nie byłam szczera. Chcę być szczera. Chyba po to opisuję moje życie.

"Człowiek jest trzciną najsłabszą na wietrze, najwątlejszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą"
Blaise Pascal

Właściwie, nie jestem smutna, jestem szczęśliwa. 

Kartie

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wymarz swój sen

Bycie brutalnym jest zabawne.

Szukam ostatnio dobrej poezji angielskiej. Mam już parę typów, ale jeszcze się w nie nie zagłębiłam. (Mówiłam już, że uwielbiam zbitki podobnych wyrazów? Dla mnie zawsze mają znaczenie) Zacznijmy od definicji "dobrej poezji angielskiej", czyli takiej, która będzie wartościowa, piękna, po angielsku, ale taka, żebym ze swoimi zdolnościami (i pomocą słownika) mogła ją zrozumieć. Cały czas mam ochotę czytać o miłości. Moje życie chyba naprawdę się wokół niej kręci. Szukam swojego wzoru, aby nauczyć się jak rozwinąć tę jedyną, prawdziwą miłość.

Oglądnęłam dzisiaj piękny film - "To the Wonder". Spodobał mi się już od pierwszego kadru. Natknęłam się na niego w dosyć nietypowy sposób - szukając odpowiedniego gifa. Bardzo mi się spodobał obrazek, który znalazłam zamiast niego. Postanowiłam, że zamiast ślepo ufać swojej liście, spróbuję czegoś nowego - dla odmiany. Tak spędziłam dwie godziny na oglądaniu (jeśli by zliczyć to nawet więcej, bo co chwilę przerywałam, żeby coś zobaczyć/zrobić/sprawdzić/odpisać) tego emocjonalnego utworu. Klimatyczna muzyka doskonale oddawała charakter filmu. Miałam wrażenie, że już raz coś podobnego widziałam. Po chwili namysłu wspomnienia doprowadziły mnie do "Drzewa życia". Jak się okazało, niedaleko spadło jabłko od jabłoni, ponieważ oba filmy są dziełem Terrenca Malicka, który napisał do nich scenariusz i je wyreżyserował. Nie wiem, czy jest to dzieło do polecenia. Ostatnio polubiłam nieoczywiste i niebanalne dialogi, obrazy oparte na domysłach i filmy, podczas których ucieka się do całkiem innego świata oraz skupia na własnych emocjach, porównując je do przeżyć bohaterów. Może brakuje tu trochę poczucia humoru i odrobiny dystansu, ale wydaje mi się, że taki świat jest bardziej duchowy. Zdarzają mi się momenty, kiedy mam dość dbania o to, co na siebie założę. Kiedy czuję się zmęczona pożądaniem. Kiedy wiem, że ktoś traktuje mnie jak mięso, a sam zachowuje się niczym myśliwy. Kiedy łapię się na postrzeganiu ludzi w czysto materialny sposób. Kiedy dostrzegam, że jestem zbyt przyziemna.

Zastanawiam się, jaki kształt miałaby moja dusza, gdyby była ciałem?

Jak wyglądałyby uczucia, gdyby spróbować przedstawić je za pomocą symboli?

Starzeję się z każdym dniem, ale pytań coraz więcej. Owszem, znajduję odpowiedzi na część z nich i z każdej jestem dumna (mój mały osobisty sukces), ale zaraz uświadamiam sobie, że jeszcze długa droga przede mną.

Czuję się spełniona! Jak szybko dwa zdania potrafią zmienić mój nastrój :D To takie miłe. Zawsze wierzyłam.

Dzisiaj noc spadających gwiazd i zapowiada się też seans filmowy. Chciałabym nie musieć spać. Mieć do zagospodarowania całe cenne dwadzieścia cztery godziny. Móc zrobić z nimi, co tylko zechcę. Na razie, w wyniku smutnej konieczności conocnego snu, muszę się mierzyć z wciąż bzyczącymi komarami, które chyba nie rozumieją, jak bardzo chciałabym ich nie słyszeć i największy apetyt mają właśnie wtedy, kiedy już prawie udaje mi się pogrążyć w marzeniach. Za dnia też są uciążliwe, ale ich zaletą jest to, że przynajmniej ćwiczę swoją wolę i staje się coraz bardziej "silna", gdy usiłuję się nie drapać.

Śniło mi się, że byłam aktorką (całkiem niezłą! :O) w teatrze i improwizowałam, a potem pojawiło się dwóch mężczyzn, którzy grozili mi, że mnie zabiją, jeśli nie oddam im mojego roweru (jeden groził pistoletem), więc postąpiłam zgodnie z ich instrukcjami, choć przez myśl (tak, potrafię myśleć podczas snu, co jest trochę komiczne) przeszło mi zrobienie jakiegoś tricku godnego prawdziwych filmów akcji.

Na noc coś delikatnego:



Pozdrowienia od szczęśliwej i niecierpliwej
Kartie

sobota, 10 sierpnia 2013

What Katie did

Dzięki wyobraźni w cudowny sposób potrafię sprawić, że moje marzenia się spełniają. Zawsze myślałam, że jednym z najgorszych doświadczeń jest patrzenie, kiedy inni dostają to, czego my najbardziej pragniemy i nie doceniają tak, jak, zdaje nam się, moglibyśmy my. Uświadomiłam sobie, że to strasznie skoncentrowane na sobie podejście. Zastanówmy się, ile takich marzeń spełniło się nam, a nawet nie zwróciliśmy na to uwagi?

Gdyby teleportacja była możliwa, wiem, gdzie chciałabym się teraz znaleźć.

Jeśli mogłabym cofnąć czas, nie poprawiałabym zupełnie nic, tylko przeżyła wszystko jeszcze raz.

Czuję w sobie ogromną siłę. Mogłabym góry przenosić. Spełniać sny innych. Poświęcić się wyższym celom. Chciałabym poznać ludzi. Zagłębić się w ich procesy myślowe. Odkryć mechanizmy, jakimi posługuje się nasz mózg. Nauczyć się panować nad emocjami. Obecnie można obserwować u mnie stan nieprzeciętnych radości, samorealizacji oraz ekstatycznego napawania się teraźniejszością. Robię się nieznośna. Pragnę zarażać swoim entuzjazmem. Doceniać ludzi i być docenioną. Przypominam sobie ostatnie wydarzenia i zastanawiam się, jak odróżnić, czy ludziom naprawdę podoba się to, co robisz, czy tylko się nabijają? Sprawa wydaje się oczywista, ale rozwiązanie już tak oczywiste nie jest.

Och, chciałabym nauczyć się pisać bardziej metaforycznie. Wydaje mi się, że moje słowa są puste, podczas gdy wkładam w nie tyle emocji! Wciąż jestem monotematyczna. Nawet, kiedy przeskakuję z tematu na temat, jak mantra powraca jedna myśl. Nie potrafię się od niej odgonić, jak od komarów. "Koronka" zaczyna być moim ulubionym słowem. Nigdy tak wcześniej o nim nie myślałam. Pasowałaby do mnie rola językoznawcy. Nadal nie potrafię znaleźć odpowiedniej kategorii dla siebie.

Na koniec zostawiam piosenkę o mojej imienniczce. Podobno moje to jedno z trzech, które gwarantują największy sukces (ja jednak myślę, że wpływ na to ma popularność nazywania w ten sposób dzieci, a nie jakieś magiczne moce). Podoba mi się jej brzmienie. Ostatnio słuchałam jej dwa lata temu, ale coś sprawiło, że nie została wymazana z mojej pamięci. Z resztą bardzo słusznie, bo lubię powracać do "zapomnianych" utworów. Mają w sobie siłę i ukryty potencjał. Można je odtwarzać i wciąż doszukiwać się czegoś nowego. Najlepszym czynnikiem jest czas. Choć współcześnie postrzegany jest odwrotnie, uważam, że to on wydobywa największe piękno. Ja też przywiązuję zbyt wielką wagę do wyglądu i ulotnych wartości (hmm... czy w takim razie można je nazwać "wartościami"?). Czuję się usprawiedliwiona, bo to "normalne".

Zamykam oczy i przenoszę się do innego świata, który jest jeszcze lepszy niż obecny.
Życzę sobie, aby nigdy nie tracić woli walki. Nawet w sytuacjach beznadziejnych, o ile są tego warte.

Błyskawice atakują!


P. S. Cuda się zdarzają! Parę dni temu myślałam, że nie ma szans na odzyskanie tego, co napisałam, a tu proszę - pojawiło się samo!

Kartie

środa, 7 sierpnia 2013

Niebo jeszcze nigdy nie było tak niebieskie

Ten tydzień spędzam aktywnie. Do tego wszystkiego brakuje mi tylko płyty z ćwiczeniami, ale, szczęśliwie, jestem osobą, która jeszcze nigdy nie musiała się odchudzać, ani być na diecie. Czy to nie zabawne, że dostałam spamową wiadomość o programie o ludziach poszukujących spotkanych kiedyś osób akurat wtedy, kiedy myślałam o chłopaku, z którym tańczyłam i dotarło do mnie, że fajnie byłoby go jeszcze raz zobaczyć i podziękować? Przypadek? Przeznaczenie? Żartuję z samej siebie. Minął miesiąc od pierwszej dyskoteki, a w mojej głowie wciąż tyle wrażeń. Pierwsze plany na przyszłe wakacje rozpoczęte. Moje marzenia wydają się ostatnio coraz bardziej realne.

Dzisiaj taki gorąc, że nawet ja (a przecież kocham upały) po kilkudziesięciu minutach przewracania się na kocu, postanowiłam wrócić do domu i oglądnąć kolejny odcinek "Przyjaciół". Zaczynam się od nich uzależniać. Czy jestem indywidualistką, czy tylko, kopiując innych, uparcie próbuję wmówić sobie, iż to moje własne dzieło? Skąd mam wiedzieć, czy jestem oryginalna? Może nie o to chodzi, aby być innym niż wszyscy, ale wyjątkowym wśród reszty. Wyróżniać się swoim kunsztem, pasją i talentem. Mówią, że, choćbyś, nie wiem jak, dobrze coś robił, zawsze znajdzie się jakiś Azjata, który robi to lepiej.

Powinnam wziąć ołówek i nauczyć się w końcu czegoś nowego. Od dłuższego czasu stanęłam w rozwoju, jeśli chodzi o własną twórczość plastyczną. Mój zmysł artystyczny się trochę wyostrzył, ale wciąż brakuje odpowiedniej wprawy. W szkole podstawowej zawsze irytowało mnie, iż potrafiłam wyobrazić sobie tyle pięknych rzeczy, a na papierze wszystko wychodziło... gorzej. Już i tak jestem zdolna do przedstawienia większej ilości przedmiotów, jednak wciąż ten problem mi doskwiera. Potrzebuję trochę pokory i cierpliwości. Ciekawe, czy, jak będę miała kiedyś córkę, zainteresuje ją moja przeszłość i to, o czym pisałam?

Mogłabym się nie starzeć, ale ja w każdym wieku czuję się dobrze. Oczywiście, nachodzą mnie myśli typu: "ciekawe, jak będę wyglądać jak będę stara" lub "ciekawe, jakie będzie moje życie za dwadzieścia lat", ale najlepiej czuję się w tym momencie. Wszystko idealnie.

Mogę śmiało powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Bez żadnych "ale". Moje życie jest idealne. Nigdy nie chciałam tego przyznać, żeby nie dołować innych, ani nie pokazywać siebie jako zbyt zarozumiałą, ale dużo lepiej się czuję, kiedy w końcu to powiedziałam. Komplikowałam je sobie niezmiernie, ale najlepszą drogą do szczęścia jest zaakceptowanie tego, co otrzymaliśmy i wykorzystanie w najlepszy z możliwych sposobów. Pogodziłam się ze samą sobą. Pogodziłam się z tym, kim jestem. Pogodziłam się z tym, jak wyglądam. Zgodziłam się na całe dobro i na całe zło, które mnie spotyka. Jest idealnie. Niebo jeszcze nigdy nie było tak niebieskie, a trawa taka zielona.

Kartie

piątek, 2 sierpnia 2013

Proces twórczy

Justynka, nie czytaj tego.

"Problem stanowi skonstruowanie świata, słowa przyjdą prawie same. Rem tene, verba sequentur. Odwrotnie jest w poezji: Verba tene, res sequentur."
Umberto Eco

powieść jako fakt kosmologiczny
zasada antropiczna
echa intertekstualne

Nagromadzenie myśli. Tęsknota. Sprzeczne uczucia. Brak apetytu. Nie wszystko musi być uporządkowane, czasem wystarczy zbitka słów, żeby poczuć rzeczywistość. Dyfuzja wrażeń. Nierealny świat.

Skończyłam czytać "Imię róży".

"Stąd długie studiowanie zdjęć i planów w encyklopedii architektury: trzeba było ustalić plan opactwa, odległości, a nawet liczbę stopni krętych schodów. Marco Ferreri powiedział mi kiedyś, że moje dialogi są filmowe, gdyż trwają odpowiednio długo. Ma rację, bo kiedy dwóch moich bohaterów miało rozmawiać w drodze z refektarza do krużganków, pisałem dialog z planem przed oczyma, a kiedy docierali na miejsce przestawali mówić."
Umberto Eco


Jeszcze bardziej od książki uwielbiam, jak autor ją opisuje. Porusza różne zagadnienia, o których zwykły czytelnik raczej nie myśli i pośrednio zahacza o proces twórczy. Zawsze chciałam być pisarką, która potrafi przewidzieć wszystko. Dopracowuje każdy element co do najdrobniejszego szczegółu, pozostawiając też swobodę interpretacji. Kimś, kto tworzy całość, aby była rzeczywista, zgodna z prawdą i realiami powieści, ale która wychodzi poza utarte schematy, czyniąc opowieść jeszcze ciekawszą. Wieloświat literatury wciąż stoi przede mną otworem i mam nadzieję, uda mi się wysnuć całkowity wniosek i przelać go na papier, zamykając w skończonej-nieskończonej formie.

Chciałabym być niczym Joseph Grand, który ma jeden cel - usłyszeć krótkie zdanie "Panowie, kapelusze z głów!” Sprawić, aby ktoś zatrzymał się nad nim, choćby miał być to jedynie okres przelotnej fascynacji, która minie tak szybko, jak zwykły mijać chwile żywota najdrobniejszych owadów. Poświęcić swoje życie jednemu, jedynemu, ale za to jak ważnemu, zdaniu:

„W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego.”

Moim marzeniem jest stać się jak Goethe albo Bułhakow, którzy napisali swoje największe dzieła, nie dopuszczając do jednoznacznych sformułowań. Pragnę chwycić pióro w dłoń i nakreślić nim ramowy plan axis mea mundum. Nie obierać punktu zerowego jako początek, ale zadziornie cofnąć się jeden krok i obrócić na wielu płaszczyznach. Pisać, pisać. Tworzyć, tworzyć. Wymyślać, wymyślać. Pracować, pracować. Kreować, kreować. Nie przerywać.

Uporządkować zbiory nagromadzonych emocji. Przemyśleć każdy akapit. Zastanowić się nad każdym zdaniem. Rozważyć każdy wyraz. Obserwować każdą literę. Zrozumieć każdą kreskę. Pojąć każdą przerwę.

Przelewam wodę. Drapię się za uchem. Robię wielki krok do przodu, cofając się w podskokach. Życie nie musi być bezpośrednie. Mogę je zagmatwać. Mogę nie zadawać pytań. Decyduję o kolorze twarzy. Gdyby zbadać częstotliwość używanych przeze mnie wyrazów, na pierwszym miejscu uplasowałoby się właśnie "życie". Przecież nie ja wybrałam język, którym mówię od urodzenia. Przyszedł do nas wszystkich sam. Jeden. Wyjątkowy język znaków. Widzimy je wszędzie.

Nawet odbicie lustrzane nie jest tym samym, czym powinno nam się zdawać. Sztuka nowoczesna jest bardziej doczesna. Kiedy palce same wystukują rytm klawiszy, już nad tym nie panujesz. Wydaje się, że twoja podświadomość pracuje za ciebie. Nie wybierasz słów sam. To słowa wybierają ciebie. Poddajesz się muzyce swojego umysłu i nie pytasz o nic. Jesteś w danym momencie, w danych realiach. W stadium, z którego nie wypoczwarzy się piękny motyl. Skrywasz wewnątrz bestię. Potwora, który zżera cię od środka. Nie myślisz, więc nachodzą cię koszmary. Śnisz, więc opuszcza cię radość istnienia. Doprowadzasz się do skrajności, nie zdając sobie z tego sprawy.

Po prostu jesteś. Bezimienny. Ty, którego szukam, ale nie znajdę.



Kartie

czwartek, 1 sierpnia 2013

Zeszyt podróżny

Został miesiąc wakacji, dlatego ogłaszam koniec niezorganizowanego odpoczynku, spontanicznych wyjść. Najwyższy czas zacząć planować i przyzwyczajać się do rutyny. Niebawem wraca moja przyjaciółka, więc nareszcie będę mogła ją o wszystko wypytać i sama zdać relację z moich wojaży. Mam nadzieję skończyć dzisiaj "Imię róży" (bo te ostatnie 100 stron od paru dni czeka) oraz zacząć przygodę z dr. Kawashimą (parę miesięcy temu zabrakło mi samodyscypliny).

Już wczoraj rozpoczęłam mój sposób na połączenie przyjemnego z pożytecznym i oglądnęłam sześć odcinków "Przyjaciół" po angielsku. Nie, nie rozumiem wszystkiego, ale myślę, że powoli zaczynam wyłapywać słówka wraz z kontekstem (co uważam za najlepszą formę nauki). Przejechałam się także na rowerze i popływałam chwilkę (na dłużej nie pozwoliło mi słońce, które nie chciało świecić, a kiedy wychodzę z wody, strasznie się trzęsę z zimna, więc tylko ono pomaga mi zwykle szybciej się ogarnąć). Brakuje mi ostatnio motywacji. Zastanawiam się, po co rano wstaję z łóżka - przecież są wakacje. Swoją drogą, dużo rzeczy do roboty można by znaleźć. Pojawiły się tematy, więc teraz muszę się zastanowić, który wybrać i... zacząć czytać "odpowiednie" lektury. Byleby mnie tylko nie zniszczyły jak te ostatnio. Zbyt emocjonalnie do czytania podchodzę, przez co zbieram doświadczenia niemalże wszystkich bohaterów (nie tylko tych, z którymi się najbardziej utożsamiam, jak to zwykle bywa). 

Zrobiłam pierwsze kroki do porządku ze zdjęciami na komputerze i nośnikach pamięci. Z jednego folderu usunęłam koło pięciuset zdjęć, co zredukowało tam całą liczbę plików do "jedynych" tysiąca dwadzieścia jeden. Zmieniłam też tapetę, bo tamta trochę mi się znudziła. Obecna jest hołdem dla mojej ulubionej komedii romantycznej (chyba i tak za dużo ich nie oglądam) i najlepszego aktora. Piękne zdjęcie. Czarno-białe wszystko wygląda lepiej. Inaczej. Bardziej wzniośle. Ma większe znaczenie. 

Może w końcu zacznę spisywać pojedyncze myśli, jak to już miałam kiedyś w planach. Będę wszędzie nosić ze sobą notatki i być może kiedyś powstanie zeszyt podróżny na wzór tych, jakie miał Edward Stachura. Kolejny jeszcze niezrealizowany plan! Poezja. Poszukam malutkich tomików na strychu i może odkryję na nowo zapomnianego artystę lub poznam w końcu klasykę. Zawsze mówiłam, że nie nadaję się do czytania wierszy. Może coś w tym jest? 

Jestem poprawna politycznie. Aż za dość.



Kartie

sobota, 27 lipca 2013

Słoneczny patrol w nowym wydaniu

Zastanawiałam się, czy na pewno powinnam pisać tego posta, ale doszłam do wniosku, że osoby znajdujące się na zdjęciach raczej się nie obrażą, a poza tym nie jest to na tyle popularny blog, iż mógłby zaszkodzić ich prywatności (jak już, to w mikroskopijnym stopniu). Nie piszę zbyt często o konkretnych osobach, gdyż obawiam się, że mogłyby nie chcieć otwierania granic ich przestrzeni osobistej przeze mnie. Sami pewnie prędzej by się zdecydowali. Łatwiej pisać o sobie, bo ma się nad wszystkim (przynajmniej z założenia) kontrolę. Kiedy wspominam o kimś innym, zawsze istnieje prawdopodobieństwo, iż może sobie nie życzyć ujawniania swojej tożsamości albo pewnych szczegółów ze swojego życia. Jak widać, jednak podjęłam decyzję i piszę, ponieważ jest to najlepszy sposób na uwiecznienie wspomnień :)

Wylecieliśmy samolotem 4 VII 2013r. Wiadomo, jakie były moje wrażenia odnośnie lotu. Niestety, nie trafiło mi się siedzenie obok koleżanki. Wiem, że niedaleko mnie zajął miejsce opiekun (wtedy miałam nadzieję, iż okaże się opiekunem naszego obozu, bo wydawał się naprawdę sympatyczny), a tuż obok siadł jakiś młody chłopak, który niezbyt radził sobie z pasami, nawet po tym, jak mu pokazałam jak się nimi posługiwać. Nie był zbyt rozmowny, więc większość czasu spędziłam na patrzeniu przez okno. Uwielbiam ten moment, kiedy równaliśmy się z poziomem chmur, a później wylatywaliśmy ponad nie. Wszystko zdawało się być takie nierzeczywiste.

Po wyjściu z lotniska w Burgas czekała nas półgodzinna droga autobusem do Słonecznego Brzegu. Dowiedziałam się od samej kierowniczki, że ma taką samą sukienkę jak ja i nie byłam pewna, jak powinnam zareagować na to, że powiedziała, iż nie zrobi mi konkurencji, ubierając ją. Zastosowałam więc najbardziej sprawdzoną metodę na wszystkie nie do końca zrozumiałe sytuacje, czyli lekko się uśmiechnęłam.

Na jachcie podczas rejsu (kapitan pozwolił mi stać! :D)

Odpuszczę bardzo szczegółowe opisy na temat tego, co było dalej. Nie robiłam zdjęć wszystkiego dookoła, jak to miałam kiedyś w zwyczaju. Teraz bardziej interesowali mnie ludzie. Sam charakter obozu był raczej rozrywkowy niż do zwiedzania. Byliśmy dwa razy w Aquaparku, wybraliśmy się na piracki rejs. Wypróbowaliśmy wszystkie zjeżdżalnie - z pontonami i bez, tyłem i przodem. Po prostu czas maksymalnie wykorzystany. Najlepsze były dwie wysokie - czerwona i żółta, no i niebieska, w której nie było nic widać. Podczas rejsu byłam jedyną dziewczyną (poza opiekunką), która odważyła się skoczyć. Później dołączyły się jeszcze dwie inne, ale z dumą stwierdzam, że byłam prekursorką. Oczywiście, niezbyt ostrożnie, pierwszy skok wykonałam z dachu na bombę, co przyprawiło mnie o dosyć silny ból ud i miejsca, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Jak wyszłam z wody, trzęsłam się niemiłosiernie, lecz nie znalazł się żaden dżentelmen skory do ofiarowania mi swego płaszcza (przecież wcale nie dlatego, iż tegoż płaszcza nie miał :)).
Dwukrotna wizyta na dyskotece w klubie "Lazur". Jak już kiedyś wspominałam, nastąpiła integracja międzynarodowa. Niesamowite przeżycia. Poza tym codziennie odbywały się zajęcia taneczne, które sfinalizowaliśmy nagrywaniem filmiku flash mob. Naszym animatorem był niezwykły pan Adam, który próbował już chyba wszystkiego (kostka rubika, żonglerka, zabawy intelektualne). Poniżej filmik z naszym udziałem. Może nie przyznam się, gdzie jestem, bo nie mogłam się skupić i się parę razy pomyliłam :) Miałam po tym straszne odciski i zdartą skórę (tańczyliśmy boso), stąd widoczny na niektórych zdjęciach bandaż na stopie.


Nasz hotel był w porządku. Obsługa świetna. Była pani w recepcji, która potrafiła płynnie mówić po Polsku. Jeśli chodzi o kelnerów, to z jednym naprawdę dobrze się dogadywałam, a dowiedziałam się, że nauczył się angielskiego, grając w WoW'a (może ja też spróbuję? :)). Nasz pokój był całkiem miły. Byłam z przesympatycznymi dziewczynami, choć przyznam szczerze, że na początku trochę się bałam, iż możemy się nie dogadywać. Na szczęście okazało się być inaczej i teraz mam tylko same dobre wspomnienia.

 Nasz pokój



Bardzo podobała mi się tamtejsza organizacja posiłków. Co prawda nie przywykłam do jedzenia obiadów o 12:30 (zazwyczaj po 16:00, niekoniecznie z własnego wyboru), ale byłam zadowolona z tego, iż mogliśmy wybierać. Nie wszyscy chcieli jeść potrawy z bułgarskiej kuchni (ja owszem!), więc mieliśmy do wyboru na obiad jeszcze dania włoskie. Co wieczór decydowaliśmy, którą kuchnię wolimy, a nazajutrz dostawaliśmy malutkie karteczki później oddawane odpowiednim osobom. W hotelu znajdowały się dwie restauracje i bar. Mój pokój był bardzo blisko tej, w której wydawano śniadania, kolacje i obiady bułgarskie, ale nie dlatego częściej wybierałam tamtejszą kuchnię. Po prostu chciałam spróbować czegoś nowego, a że okazało się smacznie i różnorodnie, tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, iż podjęłam dobrą decyzję. Próbowałam chłodnika z ogórków i trafił w mój gust, choć się tego zupełnie nie spodziewałam.


Zaczynaliśmy mieć dość plaży, ale opiekunowie wyciągnęli nas na spacer do miasta wzdłuż brzegu. Pochlapaliśmy się wszyscy. Ja zręcznie unikałam rozbijających się o moje nogi fal. Chociaż było mi to obojętne i później przestałam zwracać uwagę na wodę, ponieważ wszystkie rzeczy tak szybko schły, że ledwo zauważyło się je zamoczone, a już były suche. Ta zasada nie dotyczyła jednak moich włosów, które były mokre caaaaaały czas. Dowiedziałam się, że strasznie prosto chodzę. Wcześniej nie myślałam o tym, wydawało mi się to raczej naturalne. Wręcz odnosiłam wrażenie, iż momentami się garbię. Zaskoczyło mnie to, z resztą jak wiele innych zdarzeń podczas tego obozu. Na przykład reakcja sprzedawcy na widok kolegi trzymającego kastet nie tak, jak powinien.


Sporo czasu spędziłam też na boisku. Raz zagrałam w koszykówkę, parę razy w "piłkę nożną" (w cudzysłowie, bo jednak nie można tak nazwać samotnej gry, stania na bramce lub podawania w grupie). Nauczyłam się trochę strzelać do bramki. Na tym z tyłu, do siatkówki plażowej, dużo nie pograłam, ale prawie zawsze liczyłam punkty (kto by się spodziewał, że potrafię mieć donośny głos!). Wyrafinowanym graczem to ja nie jestem, ale i tak spodobałam się paru osobom. Nie wiem, czy ze względu na totalny szok, że ktoś taki (jak ja) nie boi się dotykać piłki, czy reprezentowałam jako taki poziom, ale to bez znaczenia. Liczy się intencja!


Najwięcej zdjęć zrobiłam tuż przed dyskoteką (bo chciałam mieć ze wszystkimi, a to był dobry czas, bo dużo ludzi, a ja już ochłonęłam po grze i nie byłam aż tak czerwona) i w ostatni dzień (presja czasu). Co było dość zabawne, w klubie spotkałam parę osób z gimnazjum.
Moim ulubionym momentem podczas dyskoteki było piana party (to właśnie wspominam najlepiej). Wtedy i tam po raz pierwszy przyczepiła się do mnie piosenka "Get lucky". Próbowała też inna, prawdopodobnie Rihanny (chyba dlatego bez powodzenia) i, w momencie kiedy puścił ją DJ, Hiszpan, z którym tańczyłam, nagle podniósł mnie (demo z Dirty Dancing, niestety, nie zostało uwiecznione :( ).

Mój ukochany Stanimir :D

Z Sebastianem :)

Przesłodki Valo :)

Mój ulubiony Dancho :D

Ja i moja wspólokatorka :)

i druga z prześmiesznym Lubo :D



Seria zdjęć z panem Adamem :)

 Ola i mistrz siatkówki :)

Ja i mega chudy Baki

Przez cały czas obozu miałam powody do śmiechu, często ktoś przeszkadzał mi w jedzeniu (nie zapomnę "a wiesz skąd biorą się ziemniaki?", ani próby popisania się zakończonej upadkiem filiżanki), zamek sam w magiczny sposób się naprawił (przeze mnie :D), dowiedziałam się, że ja "się chyba każdemu podobam", co było niesamowicie miłe, ale też trudne do uwierzenia, brzmienie głosu Dancho, miny Lubo i... Stanimir. Najchętniej wróciłabym tam w przyszłym roku. Jak to zwykł mawiać mój tata - "pożyjemy, zobaczymy".

Zapomniałam napisać jeszcze o moim osobistym sukcesie, czyli o tym, że miałam szczęście. Kogo walizka jako pierwsza ruszyła na taśmę po powrocie do Polski? Moja! Chociaż raz, ale radość z epickiego zwycięstwa (a chwilę wcześniej myślałam, że to mój brat, który zawsze ma szczęście, zaraz dostanie walizkę) była niezmierna.

Na koniec coś, co mam nadzieję jeszcze kogoś rozśmieszy :)
Miłego oglądania :)


Kartie

niedziela, 21 lipca 2013

Żegnaj, mój przyjacielu!

Dzisiaj był pierwszy taki dobry dzień, odkąd wróciłam z Bułgarii. Spędziłam go na oglądaniu filmiku, który wczoraj późnym wieczorem lub wczesną nocą (jak kto woli) zmontowałam, następnie na zrobieniu gifa (odezwała się moja narcystyczna natura), którego i tak usunęłam, troszkę lektury Umberto Eco i opalania, smaczny obiad, a przed nim moje ulubione czekoladowe ciasteczka, kolejne to wycieczka motocyklowo-skuterowa z tatą (ja na motorze :)), lody grejpfrutowo-pistacjowe i wizyta u babci, z którą porozmawiałam i zjadłam moje ulubione pierogi z jagodami i śmietaną. Przepyszne! Teraz zamierzam włączyć sobie "Przyjaciół" po angielsku i poczekać aż pojawi się "moja miłość" :)

Taka jest nasza ludzka natura, że wszyscy dążymy do tego aby być płytko-snobo-pseudo-dorosłymi, prawda? Wierzę w ludzi, ale nie w obleśnych mężczyzn (choć ciężko przechodzi mi przez gardło to określenie w stosunku do nich), którzy chyba za swój cel mają sprawienie, żeby dziewczyna uznała ich za obrzydliwych i zbyt pewnych siebie. Może tak właśnie jest? Nie, ja wcale nie udaję niedostępnej. Byłam strasznie zniechęcona, ale, na szczęście, na tej planecie istnieją też inne (lepsze!) typy osobowości i miałam z wieloma z nich styczność. Kocham świat za tę różnorodność. Gdyby wszyscy byli idealni, dla nikogo nie miałoby to znaczenia.

Teraz zawładnęła mną inna piosenka (choć od "Get lucky" jeszcze się nie zdołałam uwolnić), która jest zbyt smutna, zbyt kochana i zbyt wzruszająca. Ciekawe, czy, gdybym nie była związana z nią emocjonalnie, to też bym tak reagowała? Moja wyobraźnia pracuje zbyt intensywnie. Czy mówiłam już kiedyś, że, jak jestem skupiona na rozmowie, mój mózg wizualizuje wszystkie obrazy, o których usłyszę lub pomyślę? Powiedz mi o słoniu na łące, wyobrażę sobie słonia na łące. Czasami bywa to uciążliwe, ale też bardzo zabawne. Wróćmy do piosenki. Jest zbyt romantyczna. Nie powinnam słuchać Jamesa Blunta. Nie tędy droga do stabilizacji uczuciowej. Najłatwiej byłoby nie czuć nic, ale, jak stwierdziliby Grecy parę tysięcy lat temu, jestem tylko człowiekiem.


Kartie

czwartek, 18 lipca 2013

Get lucky

Obecne wakacje chcę spędzić na rozwijaniu umysłu, czyli będzie matematyka, będzie Dr Kawashima, będzie granie na gitarze, będą książki, będzie więcej bloga, będą ulubione seriale, a dla równowagi będzie trochę sportu, będzie pływanie i będzie zdrowsze odżywianie. Lepiej zadać pytanie, czego nie będzie? Dobrze byłoby też przypomnieć o swoim istnieniu znajomym, zrobić kilka szkiców, porozdawać pamiątki i może spełnić parę marzeń.

Jak to się dzieje, że łatwiej mi idzie opisywanie cudzych uczuć niż moich własnych? Drobnymi krokami ciągle przemierzam obszary swojej osobowości. Niczego nie jestem już pewna. Cały mój piękny świat jest pełen wątpliwości i wykluczających się wewnętrznych sprzeczności. Na nic tu zdadzą się kwieciste opisy czy homeryckie porównania. Ostatnio, zastanawiałam się, jaki dokładnie jest mój problem ze związkami. Znalazłam dwa istotne powody i chyba z nimi powalczę, więc muszę znaleźć odpowiednią zbroję i mocne oręże. Moje wynurzenia pewnie wydają się bardzo groteskowe - siedemnastolatka rozważa takie sprawy i w taki sposób. Nienawidzę, gdy ludzie mówią mi "nie udawaj takiej dorosłej". Proszę, nie powtarzajcie tego, tylko spróbujcie zrozumieć albo, jeśli Wam moje zachowanie przeszkadza, ujmijcie to po prostu innymi słowami. Lubię szczerość, ale taktowną, inaczej mogę zareagować w dziwny sposób. Jak tak dalej pójdzie,  napiszę instrukcję obsługi mojej własnej osoby. Chcę przestać tyle myśleć, ale jak tak się stanie, będę całkiem innym człowiekiem, a trochę się boję tak drastycznej zmiany. Jedno muszę przyznać, dużo lepiej się bawię, kiedy nie myślę o reszcie, tylko o sobie, ale nie lubię być egoistką. Chyba nie byłam i nie stałam się nią jeszcze. Jakie to cudowne, że można zakochać się w czyimś uśmiechu! Ponoć mój też potrafi się spodobać.

Niemożliwe jest zakochać się tak szybko, ale pierwszy raz spotkałam osobę, z którą czułam się tak związana, pomimo że bardzo krótko ją znałam. Nie, to nie jest miłość. Chociaż dowiedziałam się, że mnie kocha (dwa razy! ta dwójka zabawnie często się ostatnio powtarza), jednak, żeby nie było niedomówień, już na wstępie zaznaczę, iż było to powiedziane bardziej w żartach - pierwszy raz, jak wiedziałam, co to jest World of Warcraft, a drugi, kiedy domyśliłam się, o jaki napis chodzi, gdy tylko usłyszałam pierwszą jego część po angielsku (veni, vidi, vici). Gitara i piosenka Coldplay'a pomogły mi na chwilę odpocząć od wciąż powracających wspomnień z Bułgarii. Naprawdę mi się tam podobało. Uwielbiam gorące klimaty i to że nikt mnie nie ocenia, a jeśli już to robi, jest mi to całkiem obojętne (wyłączając oceny na plus - je biorę do siebie, nawet kiedy wypowiedziane są pod wpływem alkoholu :)).

Tak sobie teraz myślę, że moje wpisy straciły ten patetyczny charakter, jaki niejednokrotnie im towarzyszył. Kiedyś sądziłam, że mój język zależy od książek i inspiracji w danym momencie, ale może istnieją jeszcze jakieś czynniki?

P. S. zacznę dodawać piosenki, od których nie mogę się uwolnić.
Od wyjazdu jest to "Get lucky" :)

Kartie