niedziela, 31 marca 2013

Ludzie-Ego, ludzie-Ja?

"Nie staraj się zmienić, bo nie zmienisz się. A dlatego nie zmienisz się, bo nie możesz zmienić się. A dlatego nie możesz zmienić się, bo naprawdę to nie ma w całym tobie (i nie może być)tej intencji, żeby radykalnie od samych korzeni zmienić się. Ta chęć zmiany twojego życia, która pojawia się od czasu do czasu w jednej z twoich myśli, jako jedna z twoich myśli (nigdy wtedy, kiedy jest ci dobrze, zauważ to, a tylko wtedy, tylko niekiedy wtedy, kiedy jest ci źle, kiedy cierpisz)nie ma nic wspólnego z tym, co można by nazwać intencją zmiany radykalnej; zmiana nieradykalna nie jest żadną zmianą, to tylko zmiana wystroju, dekoracji, przestawienie mebli w tym samym wnętrzu. Co znaczy zmiana?"
Edward Stachura "Fabula rasa. Z wypowiedzi rozproszonych"

Podobają mi się mieszkalne metafory. Czy ja naprawdę chcę związać z tym swoją przyszłość? Może to nie jest konieczne? Przecież równie dobrze nadawałabym się do innych zawodów! Naprawdę! Ale za każdym krok w krok idzie jakieś "ale". Gdyby tak na chwilę pomyśleć, zastanowić się, rozważyć... To i tak nie pomoże. Czy nie warto jednak próbować? Poświęcić się, coś swojego lub sobą i badać, analizować, rozpatrywać, odkrywać, poznawać - to byłoby rzeczą wielką. Kto jest do tego zdolny? Kto zdolny jest wyrzec się samego siebie, by poznać samego siebie? Kto czuje w tym swoje powołanie? 
Odchodzę od tematu, a miało być o zmianach. Czy zmiany są dobre? Czy zmienianie zmian jest dobre? Moja opinia jest oczywista. Uważam, że są one nieodzowne w naszym życiu. Wyobrażam sobie, że wszystko miałoby pozostać takie, jakie jest, przez tysiąc lat i co? Straszna nuda, brak celu i monotonia. Nie lubię monofonii, zatem monotonia też odpada. Praktycznie wszystko "mono" jest trudne do zaakceptowania i wskazuje na jakąś normę, której trzeba się poddać, której trzeba czasu i siły, a nawet wyrzeczeń. Monogamia. Monoteizm. Dobrze, nie lubię tylko monotonii i monofonii. Reszta jest w porządku. Chyba. J. S. Bach byłby dumny, że chętniej wybieram jego inwencje, niż starożytne pieśni kozła. 
Ja lubię wyrzeczenia. 
W pewien sposób (dochodzę do paradoksu)mnie ograniczają i pokazują mi własną wartość - mogę być sobą mimo ram, potrafię sobie radzić mimo racjonowanych środków i żyję mimo trudu, które "wolne" życie przynosi. Pokrętna logika. Jak ulice we Włoszech. Czasami chciałabym się w jednej z nich zgubić. Stracić tożsamość i rozpocząć osobiste dywagacje od nowa. Aktualne mają zbyt długi przebieg. Za stary rocznik, którego wartość błyskawicznie spadła. Przekręcenie licznika nie da nic poza idealną iluzją. Może nieidealną, skoro mam świadomość, że to złudzenie?
Mówienie o ideałach mobilizuje i dołuje zarazem. Kiedy wierzyłam (nie powiem w co), myślałam, że nie ma takiej przeszkody, której bym nie ominęła. Wszystko wydawało się niczym i odwrotnie. Byłam silna samą wiarą. (Nie powiem co) samo w sobie nie miało takiego znaczenia, jak otoczka, którą budowałam wokół. Tak właśnie działa moja psychika. Zaraz... Czy ona w ogóle działa? Przydałby się gruntowny przegląd. Z remontem odczekam jakąś chwilę, na przykład z tysiąc lat. Przecież to śmiesznie krótki okres czasu, a i tak nie jesteśmy w stanie nic zaplanować. Po co te oczywiste-nieoczywiste nawiązania do literatury? Wygląda to tak, jakbym nie mogła niczego sama wymyślić. Schowam się zatem pod pierzyną śniegu, która przykryje mnie szybciej, niż dywan rozbite szkło, ale ja nie jestem rozbita.

SweetPear


wtorek, 26 marca 2013

O obrotach sfer niebieskich, jeśli to my jesteśmy tą sferą

Czy jeśli obrócisz się o 360 stopni, wrócisz do tego samego miejsca? Otóż nie. Rozpatrzmy to z punktu widzenia fizyka. Po pierwsze zmienił się czwarty wymiar, czyli czas, co już sprawia, iż miejsce nie jest to samo. Po drugie - ziemia, na której stałeś, została udeptana, więc część cząsteczek z podłoża przeniosła się na Twoje buty lub też ma teraz jeszcze inne położenie. Przejdźmy teraz do bardziej filozoficznego podejścia do tematu. Skoro obracamy się, to znaczy, że mieliśmy możliwość zobaczenia wszystkiego, co nas otacza. Zatem zmieniliśmy się, gdyż nasza świadomość się powiększyła przez nowe doświadczenie, dlatego już nie jesteśmy w tym samym miejscu. Nie jest to samo, ponieważ my jesteśmy inni i inaczej postrzegamy swoją pozycję. Poza tym, czy możemy stwierdzić, że wróciliśmy do tego samego położenia? Przecież kontynenty ruszają się. Możemy dostrzec zmiany w ich układzie w przeciągu miliardów lat. Z tego wynika, że współrzędne geograficzne już nie są takie same, dlatego jest to kolejny dowód, iż nie wracamy do uprzedniego miejsca. Jak jeszcze można przekonać się o słuszności mojego twierdzenia? (Ach, jak się zrobiło matematycznie, aczkolwiek dowodu przez indukcję nie będzie) Empirycznie. Kiedy obracasz się, w rzeczywistości rzadko zdarza się, żeby naprawdę wrócić do tego samego punktu.
Powinnam przeznaczyć swoją energię na jakieś bardziej kreatywne zajęcie. Chociażby na ćwiczenie rysunku, żeby w końcu przełamać się i zacząć tworzyć portrety. A może iść na spacer? Ale dzisiaj taki mróz i wiatr, że aż strach wychodzić z obawy przed jakimś odmrożeniem (zwłaszcza bez rękawiczek, co, swoją drogą, można było szybko nadrobić, ale przez moje lenistwo, nie udało mi się tego wykonać). Fajnie byłoby także przejechać się tramwajem. Wsiąść do takiego byle jakiego i podążyć... w siną dal, ale nie uciekać. Ucieczka jest dla tchórzy. Po prostu cicho oddalić się z prawdziwą godnością. Czy moje myśli nie mogłyby być chociaż trochę bardziej ze sobą powiązane? Wezmę sznurek i zaplączę pomiędzy nimi taki węzeł, że żadna się już nie wydostanie. Co jeśli będzie towarzyszył mojej akcji jakiś efekt uboczny? Nie chciałabym mieć przecież ograniczonego umysłu, choć szkołom dość skutecznie udaje się temperować mój ognisty, kreatywny temperament myśli. Z resztą, po co zastanawiam się tak nad swoim miejscem w świecie? Jest mi przeznaczone jedno, w którym aktualnie się znajduję, bo nie mogę być w kilku naraz i, chociaż to jedno miejsce jest różne, to jest do mnie przyporządkowane, jak rzędne do odciętych. Muszę skończyć z tą matematyczną gadaniną. Życzę wszystkim magicznej nocy pełnej symbolicznych cyfr (co to za zbereźne myśli!).
SweetPear

wtorek, 12 marca 2013

O dziesięciu stronach, które znikąd się pojawiły

Już jest dobrze. Występuje w przestrzeni oswojonej. Słowa nie plączą się, nawiązuję kontakt z rzeczywistością i potrafię żyć, a przynajmniej tak sądzę, ale czasem warto się oszukiwać i uwierzyć w swoje własne możliwości. Zrozumiałam, że moja decyzja nie wzięła się znikąd. Jestem na tyle rozważna, żeby nie
bawić się emocjami innych (za swoje nie ręczę, gdyż takie eksperymenty wychodzą mi na dobre). Szukam celu - obiektu, który będę mogła wielbić, niczym kwiat, jak to było z bohaterem "Powieści o Róży" Wilhelma z Lorris. Niemożliwe?
Dlaczego tak bardzo lubię pisać? Bo trzeba się napracować. Najpierw stworzyć parę linijek tekstu. Przeczytać je. Zastanowić się, czy rzeczywiście mają sens i je skreślić, bo przecież to się "kupy nie trzyma" (a skoro mowa o kupach, to mam w zanadrzu niewiarygodną historyjkę), po czym ponownie do nich wrócić, gdyż wcale nie są tak bez sensu, jak się wydawało. Dopisać kolejny akapit i powtórzyć procedurę. Im więcej tekstu, tym więcej poprawek i elementów algorytmu. Można sobie w prosty sposób wyobrazić, ile czasu w takim razie zajmuje napisanie 10 stron a4. Koszmar, ale warty zachodu. Pisząc, poznaję samą siebie. Pisząc, uświadamiam sobie, ile tkwi we mnie niezużytej energii. Pisząc, dochodzę do wniosku, iż moja egzystencja przechodzi wzloty i upadki, lecz nie wolno zaprzestawać na tym. Pisząc, wiem, że się rozwijam.
Czasami zdarza mi się popaść w taką zadumę, iż litery same mi się układają w słowa, a wyrazy w kolejne zdania i tak powstają moje najpiękniejsze prace - ponieważ wyłączony jest mój rozum, do głosu w końcu dochodzą uczucia. Jestem wrażliwym człowiekiem. Wzruszam się niemiłosiernie. Niektórzy sądzą, iż jest to moja wada, lecz ja, doszukuję się w tym ostatnio źródła swojej siły. Ta wrażliwość jest moją tajną bronią, która sprawia, że jestem wyjątkowa. Najbardziej chciałabym uniknąć w swoim życiu bylejakości i obojętności. Nienawidzę momentów, w których jestem beznadziejnie bezstronna, kiedy mam już wszystkiego dość albo po prostu nie mogę się zdecydować.
Kusi mnie wizja bycia codziennie inną sobą. Myślę, że zbyt trudno jest mi zdefiniować jednolitą "mnie". Raz bardziej pomięta, to znowu odrobinkę zbyt znudzona, żeby powrócić do panicznej postaci, po której następuje optymistyczny nastrój. Interesujące jest, jak wiele form potrafi przybierać tak prosta jak moja dusza. Czy jestem w stanie stwierdzić, jaką sobą chcę być? Czy ja udaję? Myślę, że iluzja polega na oszustwie zmysłów. Jak to jest z uczuciami? Czy da się przechytrzyć serce? Powiesz mu: "dzisiaj zostajesz niewzruszone", a ono posłucha? Przecież to nie jest zwyczajny pupil, który zamerda ogonem ucieszony. Po co próbować tresury?

SweetPear

sobota, 2 marca 2013

Nie tak osobista spowiedź grzesznika

Popełniłam zbrodnię niedoskonałą i nieodwołalną. Ciągle czuję, że to tylko zły sen, z którego się obudzę i znów będzie tak, jak dawniej. Będę się cieszyć muzyką świerszczy, bzyczenie komara przypomni mi o lecie, a nie o krwiopijcach pastwiących się nad swoimi ofiarami. Zawsze tak jest, że, kiedy kończy się historię, choćby najstraszniejszą, czuje się smutek, ponieważ chciałoby się zrobić coś, aby pomóc bohaterom, ale, niestety, to nie jest w naszej mocy. Podobnie jest w moim życiu, jednak nie była to w żadnym wypadku straszna historia, raczej bajka, o której się marzy. Co skłoniło mnie do tak radykalnej decyzji? Koniec utopii, początek strachu, stresu, obwiniania się, wyliczania, irytacji. Wcale nie było źle. Może to projekcja mojego umysłu zaślepiła inne zmysły? Wiję się z bólu i rozpaczy. Akumuluję wodę we wnętrzu. To JA popełniłam tę zbrodnię, a nie byłam tą, która została nią dotknięta. Dlaczego czuję się pozbawiona jednego z ogniw łańcucha mojej duszy? Nie będzie można już nim ozdobić choinki świątecznej. Światła będą świecić bez luster.
Czuję się pusta, pozbawiona serca. Takich rzeczy się nie robi. To tak, jakby żołnierz opuścił swoich wiernych kompanów - zdezerterował. W ostateczności został rzucony na pastwę losu, w obliczu honorowej śmierci zbladł, więc pozostała mu jedynie śmierć tchórzowska. Jak trudno przechodzi mi przez gardło te sześć liter, a przecież urodziłam się w Polsce. W kraju, w którym często używa się tych symboli, wszak został nimi naznaczony. Skazany na śmierć. Czy do końca świata? Czy do końca życia? Czy do końca mnie? Przeszywająca pustka zmieniła położenie guzików, maszyna została rozregulowana i nie pracuje, jak powinna, mimo naoliwienia. Przecież jestem zbrodniarzem, bez wątpienia. Kto szydzi ze mnie - ręka do góry. Powiedziałam jedna! Świat nie musi tak ostentacyjnie pokazywać, że przecież jestem nic nieznaczącym punktem na płaszczyźnie, ba nawet jednostką urojoną, nie zasługuję na bycie rzeczywistą, przez uniżenie wartościowej liczby. Horror. Wymagam porządnej inwentaryzacji. Spis ludności w Betlejem nie ma mocy stwórczej, więc dlaczego ja ze swoimi analizami mam mieć? Czy mam swoją godność? Czy jestem kimkolwiek? Czy będę sobie wyrzucać zepsucie zabawki, która zabawką nie była, a raczej wielką encyklopedią życia, z której można było czerpać wiedzę, a nawet sama podawała odpowiedzi bez wysiłku ucznia? Rozdarcie wewnętrzne doskwiera mi bardziej niż siniak na lewym pośladku, a przecież siedzę ciężko. Czy wierzyłam, że na swoje barki wezmę ciężar większy niż sam Atlas? Książki można dźwigać, gorzej z doświadczeniem. Czuję, iż mam go za dużo i już moje kolana drżą ze słabości. Kiedy dzielę się reszty przybywa, w ten sposób zostaję z większą liczbą. Czy nie lepiej w takim razie zostawić swoje życie samemu sobie? Winogrona. Zielone. Niedojrzałe.
SweetPear