niedziela, 21 kwietnia 2013

Amelia

"Amelia", czyli film o kolorach, małych rzeczach i delikatnie erotycznym spojrzeniu na miłość. Zachwyciły mnie barwy kolejnych kadrów. Nasycone tak bardzo jak ruch w pociągu, którym dzisiaj jechałam. Groteskowa atmosfera filmu sprawiła, że całkiem inaczej odbiera się fabułę. Z resztą, czy kolejne wydarzenia są ważne? Uwaga skupia się na tajemnicy i niedopowiedzeniach. Zaczynamy dostrzegać rzeczy niewielkie, wręcz mikroskopijne. Poznajemy schematy, którymi posługujemy się przez całe życie. Świat jest pełen magii, którą pozwala nam odczuć Amelia. Każdego człowieka da się zdefiniować na jego własny, oryginalny sposób. Kwestia miłości przedstawionej w tym filmie jest dla mnie niecodzienna. Wydaje się, że główni bohaterowie wszystko sprowadzają do relacji fizycznej, bo przecież uczucie budowane było przez tajemnice i napięcie, które potęgowały chęć poznania, zgłębienia zagadek drugiej osoby, co w końcu przy indywidualnym spotkaniu zostało rozładowane w sposób oczywisty, ale każda z przedstawionych w filmie par jest połączona swoistą więzią duchową. Jakże nie poddać się wyśnionej przez Amelię wizji miłości?
Ja, w każdym razie, wolę skupić się na marzeniach innego rodzaju, które już od jakiegoś czasu chodzą mi po głowie. We czwartek zrobiłam pierwszy krok w kierunku ich realizacji, dzisiaj kolejny, bardzo malutki, ale wymagał ode mnie wiele wysiłku. Następny powinien nastąpić w nieodległym czasie, chociaż nie jest to w żaden sposób zagwarantowane, ani tym bardziej nie mam tego na piśmie. Uzbrajam się w cierpliwość i przekonuję wewnętrznie, że mam do tego predyspozycje, że jestem wystarczająco silna oraz że mam trochę szczęścia. Czy marzenia da się stłumić czy może towarzyszą nam zaczajone przez całe życie? Wydawało mi się, iż nie mam już żadnych planów, a dawniejsze odeszły w niepamięć. Myliłam się?
Króciutki spacerek, pół godziny ćwiczeń, parę rundek po schodach (wynik zapominania, ani trochę własnej woli), dźwiganie ciężarów - i dzięki temu mam dłużej żyć? :)
SweetPear

czwartek, 11 kwietnia 2013

Gram najlepszą rolę obserwatora w życiu

Kocham odkrywać nowe rzeczy. Uwielbiam mieć świadomość nieznanego, ciągłych możliwości przede mną i okazji. Podoba mi się umiejętność poznawania. Węszę, niczym owczarek niemiecki na służbie przeszukujący pasażerów wysiadających z promu, a czasem nawet bardziej. Poszukuję nowych doznań, lecz nie takich, jakimi "wykryte" osoby z pewnością się raczą. Czuję niezaspokojony niedosyt. Brakuje mi... wszystkiego. Na każdym kroku uświadamiam sobie, ile rzeczy tracę, ale także dostrzegam, że jeszcze więcej jest przede mną. Ciężko znaleźć równowagę w takim świecie. Ach, co to za świat! Nie zamieniłabym go na żaden inny. No dobrze, zamieniłabym, ale, jak już kiedyś pisałam, wreszcie oswoiłam się z samą sobą, dlatego łatwiej mi jest umieścić się w mojej egzystencji. Nie jestem w centrum świata i wcale nie chcę się tam stawiać. Wiem, że moje miejsce jest właśnie tu i właśnie teraz, więc całkowicie bezcelowa jest imaginacja i iluzje dotyczące wizji lepszego życia w przeszłości, bądź przyszłości. Z tą przeszłością i przyszłością jest ten problem, że wszystkie mówią o chodzeniu. Dlatego człowiek tak się tym męczy. Jakby tak chodzić tyle, ile idzie czas, to przecież już dawno pokonalibyśmy odległość od Słońca do Plutona. Sześciokrotnie. Liczby wyssane z palca. Wcale nie wiem, dlaczego wybrałam akurat te obiekty niebieskie i cyfrę 6.
Potrzebuję w życiu stabilizacji, ale nie stagnacji, w końcu nie chcę stać się formą krasową przez lęk lub zwiększoną monotonię. Czy ja jeszcze czegoś próbuję? Czy mam teraz jakikolwiek cel? Czy jest mi on w ogóle potrzebny? Nie powinnam zadawać tak wielu pytań. Weszły mi w krew, jak pijawki w skórę. To znaczy, że kiedyś się odczepią. Rozkazuję sobie wciąż, gdziekolwiek się znajduję. Marny byłby ze mnie żołnierz duchowy, jeśli chodzi o dyscyplinę. Trzeba po prostu zacząć myśleć. Prawdziwie myśleć. Niech moje ciało pogrąży się w medytacji myśli. Myśl tłoczona przez serce razem z krwią do najdalszych kończyn być musi. Żółty to kolor mojego tygodnia. Żółty jak środki stokrotek ze wspaniałego zdjęcia, które widziałam. Żółty jak światło czterożarówkowej lampy. Żółty jak nieśmiałe promienie słońca, jakie się dzisiaj pojawiły. Żółty jak zazdrość, której mam nadzieję nie doświadczać. Żółty jak szalik mijanego człowieka. Żółty jak kolor zasłon. Żółty jak pierwszy kolor refrenu piosenki zespołu Dwa Plus Jeden. Żółty jak słoneczniki, przez które przekradał się Shrek z osłem w filmie oglądanym przeze mnie po raz pierwszy 10 lat temu. Obserwacja sprawia, że zdobywam nowe doświadczenia, a także uczę się tak zwanej inteligencji społecznej. To jest sedno mojego życia. Trwanie w stadium rozwoju.

piątek, 5 kwietnia 2013

Iluzja, czyli o "l" i "i", które wyglądają tak samo w zależności od warunków

Moje przemyślenia często schodzą na temat iluzji i udawania. Czy to może znaczyć, że życie również jest z tym związane? Przecież, żeby o czymś wiarygodnie pisać, trzeba znać temat rozważań. Czy jest tak w moim przypadku? Czy uważam, że mam w tej dziedzinie wiedzę lub doświadczenie przez lata praktyk? Ciężko się do tego przyznać, ale oszukuję cały czas. Na każdym kroku. Nawet mój krok jest oszukany! Ciężko jest wyjawić swój sekret. Jakikolwiek, a co dopiero ten! Przecież on demaskuje oś, wokół której krąży kula mojego życia. Poznaliśmy oś Ziemi i co? Uważamy ją za zupełnie piękną? Sądzimy, iż jest idealna? Znamy sposób, w jaki przemija, ale czy ta wiedza cokolwiek nam daje?
Kamuflaż. Kameleon nie dopracował go do perfekcji tak, jak otaczający nas ludzie. Oni wiedzą doskonale, czym jest oszustwo. Ty także. Może Ci się zdawać, że nie kłamiesz, bo nawet tego nie potrafisz, ale znów się oszukujesz. To iluzja, bo sam jesteś iluzją. Negując to, po raz kolejny się oszukujesz. Czy kłamstwo jest równoważne iluzji? Czy kłamstwo to zawsze oszustwo? Czy można między tymi wyrazami postawić znak równości? Jest to ważna kwestia w sprawach etyki. Niektórzy bezkrytycznie dopuszczają się relatywizmu i znowu oszukują, że są bezstronni i odseparowani od problemu. Czy możliwy jest całkowity obiektywizm? Jak bardzo poleruje się prawdę, żeby przystosować ją do społeczeństwa? Czasami ta czynność wydaje się być wykonywana za pomocą papieru ściernego lub tarki, a nie  przedmiotu, który uszlachetni tę treść. Wszystko to wyłącznie nasza wina. Nie staramy się wystarczająco. Dbamy o naszą wygodę, nawet kiedy mówimy, że działamy dla dobra ogółu. Jesteśmy egoistami, a dobre uczynki są tylko przykrywką dla naszej iście diabelskiej duszy. Demonizuję, to prawda. Uwielbiam widoczne hiperbole. Przypomina mi się pierwszy rozdział "Rozmów z diabłem" Leszka Kołakowskiego i przewrotna rada kaznodziei, aby jeden grzech, zwalczać następnym. Tak powstało błędne koło zła i z przykrością muszę stwierdzić, iż to spostrzeżenie nie mija się w znacznym stopniu z prawdą. Czy nie zdarza się nam usprawiedliwiać, czegoś, co zrobiliśmy, że dokonaliśmy tego, bo chcieliśmy zaś coś innego "odplątać"? Nasze życie można porównać do starego zegara. My jesteśmy wahadłem, a obudowa sumieniem. W ten sposób wraz z upływem czasu migrujemy w stronę dobra tylko po to, aby znów wrócić do zła i tak w kółko. Nie wiadomo, kiedy się zatrzymamy. Ta chwila może przesądzić o naszym losie. Czy będzie dało się nas wskrzesić, może powieszą nas na jakiejś ścianie w honorowym (lub nie)miejscu, a co, jeśli rozbiorą nas na części lub wyrzucą? Z wspaniałego zegara o walorach estetycznych, niesamowitej punktualności, znaczeniu, z symbolu czasu nie pozostanie nic. Może pamięć, ale kto chciałby wspominać zepsuty, więc nic nieznaczący, przedmiot?
Iluzja i oszustwo pozwalają nam na wygodniejsze życie. Nie tylko, dlatego że możemy ukryć nasze niedociągnięcia, ale też, ponieważ inni mogą ukryć swoje niedociągnięcia przed nami. To sprawia, że często idealizujemy siebie samych i naszych znajomych. Naprawdę widzimy wszystko lepszym, niż jest w rzeczywistości. Czasami "lepszym" znaczy "gorszym". Po prostu wyolbrzymiamy. Zaginamy nasz osobisty odbiór czasoprzestrzeni. W ten sposób paradoks bliźniąt może występować znacznie częściej, a "bliźnięta" wcale nie muszą być spokrewnione. Świat przestaje działać zgodnie z prawami natury. Najbardziej zastanawia mnie, czy ten pogląd powtarzał się za każdym razem przez tysiąclecia, czy to tylko my mamy wątpliwe szczęście życia w jedynej tego rodzaju epoce? Nieważne, czy świat bardziej udawany czy jeszcze bardziej, żyć warto. Idealizować też. Mieć nadzieję również. Bez tego ani rusz, bo, kiedy w końcu uświadomimy sobie, że jest gorzej niż źle, nie będziemy wiedzieli, co z tym faktem zrobić. Zatem pozostanie sznurek (lub bardziej wyrafinowana forma)albo nadzieja i idee. Wybieram drugą opcję. Śmierć nigdy nie jest rozwiązaniem.

SweetPear