piątek, 31 maja 2013

Bez pytań

Cały czas mam wrażenie, że w moim życiu nic się nie zmienia. Pomimo tysiąca postanowień i nowych doświadczeń, czuję, jakby w rzeczywistości czas stał w miejscu. Edward Stachura uważał, że wygasanie miłości jest najlepszym dowodem na przemijanie. W moim przypadku funkcję tegoż dowodu pełni blog, ponieważ, opisując, w miarę na bieżąco, wydarzenia z mojego życia, utrwalam je, a później mogę do nich w każdym momencie wrócić. Jest dla mnie potwierdzeniem zmian, nastrojów i wszystkiego, co tylko mi się przytrafia.

Oddałam w Wasze ręce moje życie, dlatego że artysta bez publiczności przestaje być artystą. Potrzebuje pożywki, żądnego sztuki tłumu, który otoczy go swoim natręctwem, wejdzie w jego buty (dosłownie nie przenośnie) i rozpanoszy się jak najgorsza szarańcza, aby później opuścić, gdy nadarzy się okazja lub teatralnie oddać hołd jako artyście-ponad-wszystko i wynieść na piedestał. Dobrze, dobrze, nie jestem taką artystką. Uważam, że sztuka jest niehigieniczna. W każdym wymiarze. W każdym momencie grozi nam zakażenie. W każdym dziele kryje się zalążek choroby, która może opanować nasze ciało i nasz umysł.

Rozglądam się dookoła, widząc pustkę. Otaczają mnie dziwne przedmioty, których pochodzenie trudno wytłumaczyć. Próbuję zrozumieć, co robię tutaj i teraz. Zapisuje myśli. Ciekawe, jak to jest stworzyć powieść ze swojego życia. Nie mówię o autobiografii. Mam na myśli coś znacznie głębszego. Staram się nie myśleć, o tym, o czym zwykle myślę. Przez okno do pokoju próbuje się dostać srebrzysta ćma. Ciekawe zjawisko, że te owady budzą się nocą, a i tak najbardziej przyciąga je światło. Przylgnęła do okna tak mocno i tkwi w takim bezruchu, że przypomina teraz muzealny eksponat lub element ramki często umieszczanej w salach biologicznych. Zaczyna lekko trzepotać skrzydełkami. Trwającą przez dłuższy czas ciszę zakłóciło nagle brzmienie muzyki. Jest za późno, żeby myśleć szybko i poprawnie. Próbuję nie zadawać pytań, ale to mój znak rozpoznawczy. Sięgam do wnętrza mojej osobowości i próbuję samą siebie poddać własnego opracowania psychoanalizie. Brzmi dość mrocznie, przez co przypomina mi się fragment filmu szalonej pani psycholog lub psychiatry, która własnoręcznie dokonała na swoim ciele trepanacji czaszki i jeszcze to nagrała. Granica pomiędzy sztuką a dziwactwem jest zbyt cienka. Powiedziałabym nawet, że już została naruszona.

Mogłabym pisać lekkie, humorystyczne, może nawet wierszowane utwory, ale chcę mieć okazję do przemyślenia życiowych decyzji, które są jeszcze cięższe do podjęcia niż się wydaje. Mogłabym być kimś innym, ale chcę być sobą. Mogłabym żyć w zgodzie, ale dużo więcej świata poznajemy wykrywając nasze wewnętrzne sprzeczności.

Kartie

piątek, 24 maja 2013

O blogu, życiu, altruizmie i wolności - czyli o niczym, czego tutaj jeszcze nie było

Kiedy zaczęłam prowadzić tego bloga miał on przyjąć formę pamiętniko-dziennika, w każdym razie chciałam tu opisywać swoje wspomnienia albo przebieg dnia. Przez ten czas, czyli już ponad dwa lata, wiele się zmieniło. Szkoła, znajomi, ja, moje priorytety, moje marzenia i po części miejsce zamieszkania. Teraz piszę bardziej osobiście. Mam cichą nadzieję, że lepiej, ale wciąż próbuję się poprawiać.

Popijam sobie koktajl bananowy i zastanawiam się, co powinnam teraz robić. Nie mogę wymyślić tematu pracy na konkurs. Brak mi natchnienia. Chwilowo wiem, jaką formę chciałabym obrać, lecz to nadal za mało, bo co mi po ramie, jak nie mam ciasta?

Czuję się dobrze z taką sobą, jaką jestem. Usłyszałam dzisiaj, że w życiu powinno się być w głównej mierze egoistą, a pomaga się innym tylko po to, żeby mieć później korzyści dla siebie. Zupełnie się z tym nie zgadzam. Trudno powiedzieć, abym była altruistką, ponieważ, mimo że chcę pomagać, czasem się boję. Brzmi to trochę śmiesznie, ale boję się, że moja pomoc stanie się "niedźwiedzią przysługą", albo może ktoś nie zechce tej pomocy, albo pomogę źle albo po prostu zostanę wykorzystana. Popieram ideę altruizmu. Nie rozumiem, czy żyję w takich czasach, że teraz większość ludzi patrzy na swoje dobro osobiste, czy było tak od zarania dziejów?

Co warunkuje ludzkie poglądy?

Ludzie rodzą się z zalążkami opinii na różne tematy, z priorytetami, czy może jest to kwestia narodowa, czyli możemy mówić, że dany kraj jest pełen złodziei, a inny pijaków? Ludzie są tacy "w ogóle" czy to tylko w danym państwie? Rodzice (i społeczeństwo) wychowują swoje dzieci wraz z charakterem, celami i poglądami, czy dziecko ma je od urodzenia "zaszczepione" w duszy? Te i inne pytania zmuszają mnie do ciągłego wysiłku psychicznego, ponieważ nie potrafię znaleźć na nie odpowiedzi. Interesujące byłoby zostać filozofem. Ciekawe, czy studia filozoficzne mogą przygotować do zawodu "filozofa"? Brzmi to tak absurdalnie, jak logarytmowanie obustronne.

Jakie są granice absurdu?

Jak zaplanować życie?

„Prawdziwie żyć to żyć i nawet nie nazywać tego życiem. Bo po co? Czy życie potrzebuje siebie nazywać życiem? I czy życie chce żyć? Życie ani chce żyć, ani nie chce. Życie żyje.”
Edward Stachura "Fabula Rasa"

Najlepiej go w ogóle nie planować. To znaczy nie poświęcać czasu na planowanie, lecz na myślenie o nim. Wielkie życie powinno nas pochłonąć i trzymać w swoim wielkim brzuchu jak wieloryb Jonasza lub wielka ryba Pinokia. Najlepiej, żeby dało nam czas na przemyślenie i przygotowanie się do niego i do jego końca.
Dobrze jest wiedzieć, czego się od życia oczekuje. Najważniejsze jest mieć świadomość, że życia i tak się nie zaplanuje. To niemożliwe.

Wolność

"Nie bądź niewolnikiem niczego,
jeśli nie chcesz być niewolnikiem nikogo."
                   Jaques Deval

Zdanie, które bardzo mi się podoba. Zdanie, które w swojej krótkiej formie zawiera niemalże wszystko, co można o wolności powiedzieć. Lubię długie referaty, ale najbardziej trafiają do mnie krótkie hasła.
Cały czas przywiązujemy się do czegoś. Możemy być uzależnieni od pewnej rzeczy lub jej braku. Trudność napotykamy, kiedy przychodzi do stanu pomiędzy. Jak mamy być przyzwyczajeni do posiadania i nieposiadania zarazem? Niezgłębione zakamarki naszych umysłów kryją rzeczy, o których nawet psychoanalitykom się nie śniło. Jak powstaje dusza człowieka? Czy jest ona wolna od początku? Zadaję za dużo pytań. Jestem od nich uzależniona. Zastanawiam się, do jakiego stopnia da się zniewolić własną duszę.
Kolejny raz brakuje mi moich własnych myśli. Wyrażam je pytaniami, więc nie przekazuję od siebie zbyt wiele. Główną rolę odgrywa tutaj osobista odpowiedź na zadane problemy.

P. S. To mój 100 (słownie: setny) post! Czy powinnam świętować? :)

Kartie

piątek, 17 maja 2013

O tragedii, która spotkała mnie, ale nie jest wcale taką tragedią, jak mogłoby się zdawać.

We środę żyłam sobie, rozpamiętując tragedię miłosną, która mi się przytrafiła - pewien osobnik płci przeciwnej, który kiedyś rzucił mi się w oczy i miałam okazję rozmawiać z nim dwukrotnie, podczas dzisiejszego nieumówionego spotkania mnie nie poznał, więc całe serduszko Waszej blogerki objęła aż niemalże dziesięciosekundowa żałoba. To tyle z tragedii. Świętowanie dzisiejszego dnia odbywać się będzie w porządku codziennym, czyli spędzę ten pamiętny czas na odrabianiu zadania z matematyki i mieszaniu łyżeczką budyniu, który pochłonę szybciej niż jako dziecko zjadałam gumę Hubba Bubba.
Dzisiaj się dowiedziałam, że z moimi nogami jest coś nie tak i nawet nie wiem, czy to jest coś nie tak na "tak", czy coś nie tak nie na "tak", w każdym razie przyjęłam to jako potwierdzenie mojej opinii w tej kwestii. W ogóle to bardzo cieszę się, że nie złapał mnie deszcz. Teraz chmury się spiętrzają, a ja wyglądam sobie na nie z okna z wnętrza cieplutkiego i suchego domu.
Chcę kontynuować rozpoczęty cykl. O moim myśleniu było, o szczęściu i pechu też, marzenia i plany wzięte pod lupę, podpis zmieniony, więc czas na...

Ile chciałabym żyć?

Pytanie zainspirowane filmem o słońcu. Myślę nad nim i ciężko mi stwierdzić, jakiej odpowiedzi powinnam udzielić, żeby była szczera i prawdziwa. Moim marzeniem było zawsze dożyć roku 2101, żebym mogła powiedzieć, że przeżyłam trzy wieki. Zaplanowałam to sobie. Chciałabym żyć tyle, żebym zdążyła przeczytać wszystkie wartościowe książki, odsłuchać wszystkie wartościowe utwory, poznać wszystkich wartościowych ludzi, których jestem w stanie poznać, spełnić marzenia, nie znudzić się życiem, pamiętać wszystko, być zdolną do podstawowych czynności i w miarę samodzielną.

Jak chciałabym żyć?

Godnie, z honorem, z odpowiedzialnością, radośnie, z pasją, z rodziną, z humorem, z muzyką, ze sztuką, z podróżami, z miłością, pracowicie, czytając, odpoczywając, myśląc, biegając, nie spiesząc się, przyjemnie, stale i jednocześnie zmiennie (ciężkie do pojęcia :)), pięknie, aktywnie, inspirując innych, inspirując siebie i zostawiając za sobą ślad.

Czym jest dla mnie miłość?

O miłości pisałam wiele i, choć były, są i będą to rzeczy oczywiste, myślę, że nigdy nie przestanę pisać o miłości. Jest to temat jednocześnie wyczerpany i dający niewyczerpane źródła inspiracji. Nie wyobrażam sobie życia bez miłości. Dzięki niej, mobilizuję się do działania i wiem, że jestem czegoś warta. Sprawia, że jestem zdolna do poświęceń, budzi się we mnie romantyczna dusza (która wcale nie musi się budzić, ale jak się budzi, to jestem rozpływająca się jak rtęć po podłodze, gdy rozbije się termometr). Miłość uszlachetnia, wzrusza i daje powody do wzruszeń. Kiedy darzę kogoś tym uczuciem, mam wrażenie, że pewna pusta część mojej duszy, wypełnia się. Przestaję żyć w osamotnieniu. Jeszcze cudowniej jest, gdy ktoś kocha mnie. Wtedy żyję na granicy raju, idealnego świata. Wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia, ale jej się tak łatwo nie poddaję. Wierzę, że każdy człowiek jest stworzony do bycia z innym człowiekiem. Wierzę, że sama też znajdę tę prawdziwą miłość.

Zrobiło się strasznie uczuciowo. Tyle z wytrzewiania mojej duszy na dziś.

Kartie

poniedziałek, 13 maja 2013

12 maja 2013r. - Bierzmowanie

Od wczoraj czuję się dużo bardziej dojrzała i dużo bardziej odpowiedzialna. Podziękowania dla księdza udało mi się jako tako złożyć (mogło być gorzej :)), w cisnących mnie butach wytrzymałam, nie dałam się ponieść emocjom i nerwom, ale się opanowałam, poznałam (a w sumie to nie, bo dalej nie wiem, jak się nazywa) kogoś, kto czyta "Grę o Tron", spędziłam czas z rodziną, dostałam wspaniałe prezenty (których potrzeby w ogóle nie rozumiem, ale tak czy siak miły gest). Pogoda nam nie dopisała, ale może to i lepiej, bo nauczy nas pokory (ukłon w stronę wujka). Nie pochwaliłam się jeszcze, że zaliczyłam dwie "imprezy"? Może streszczę swój wczorajszy dzień, aby przybliżyć choć trochę przyczyny wszelkich uczuć, które mną  targały.
Obudziłam się o 6:26 po długiej nocy, która nie należała jednak do szczególnie przyjemnych. Było to za wcześnie i nie miałam, co ze sobą zrobić. Postanowiłam nawet nie podnosić się z łóżka, tylko spróbować zasnąć, chociaż na pół godzinki. Nie udało mi się to. Myślę, że przeleżałam tak do 7:10. Zebrałam myśli, odgarnęłam kołdrę, napięłam wszystkie mięśnie i w końcu, z nadludzkim wysiłkiem, zdołałam dokonać niemożliwego - wstałam z łóżka! Pierwszym, zatem honorowym, miejscem, do którego się udałam została jeszcze nie taka wyniosła łazienka. Uczesałam sobie kłosa, wyciągnęłam pasmo włosów z fryzury i puściłam luzem, ale coś mi się w tym nie podobało. Tak czy siak (wtrącę, że wciąż pamiętam jak to jest po niemiecku), zostawiłam to dość niechlujne upięcie i przystąpiłam do sprzątania pomieszczenia. Pomalowałam oczy (gwoli ścisłości nie oczy, lecz powieki ;)) złotym eyelinerem. Popatrzyłam na swoje odbicie w lustrze i postanowiłam, że zaplotę sobie warkocz jeszcze raz. Kiedy jestem znudzona lub śpiąca, potrafię spędzić w łazience naprawdę mnóstwo czasu, tym bardziej pomaga mi w tym świadomość, że tu nie muszę się bać, iż ktoś będzie przeze mnie czekał. Zdjęłam gumkę z włosów, przeczesałam je i zaczęłam od nowa. Tym razem wyszedł lepiej, ponieważ od razu zaczęłam kierować go na bok. 
Pogoda, jak już wcześniej pisałam, nie była zbyt specjalna i obawiałam się, że może mi to popsuć plany pójścia w białej sukience i w butach na obcasie. Zjadłam śniadanie (nie mogę sobie przypomnieć, co to było, ale chyba bułka z kiełbasą szynkową - kocham nieistotne szczegóły), pomalowałam paznokcie, ubrałam sukienkę, popatrzyłam na żakiet w kolorze brzoskwiniowym z podwiniętymi rękawami (żakiet z podwiniętymi rękawami, nie ja :)) i... zmartwiłam się. Przecież może być mi zimno! Przejrzałam w myślach szafę i przypomniałam sobie, że mogę ubrać pod to beżowy sweter - jest dość ciepły, a na tyle cienki, iż go nie będzie widać. "W razie czego" wzięłam ze sobą płaszcz, który jednak przez cały dzień przeleżał niewykorzystany w aucie. Póki co, wszystko się udawało, z tym małym szczegółem, że chcieliśmy wyjechać o 8:50, a zebraliśmy się dopiero o 9:00. 
Kiedy dotarliśmy do kościoła, naszym oczom ukazał się tłum ludzi. Miałam nadzieję, że wewnątrz będzie trochę wolnych miejsc, bo wizja ciągłego stania przez godzinę lub nawet więcej jakoś mi się nie uśmiechała. Msza była piękna, wszyscy zgrani, dzieci z całkiem ładną dykcją, choć, muszę się do tego przyznać, rozśmieszyło mnie, kiedy jedno z czytających próbowało wymówić słowo "Galilei". Po niej czekaliśmy chwilę na naszego "komunistę" (tak, to też mnie lekko rozśmieszyło), który się jednak nie pojawiał, więc postanowiliśmy wydostać się z budynku i tam ustawić do grupowego rodzinnego zdjęcia. Po króciutkiej rozmowie po sesji wsiedliśmy do aut i pojechaliśmy w siną dal, aż do cioci, ponieważ chciała na chwilkę wstąpić do domu, a ja na placu przed kościołem zauważyłam, że odpadł mi guzik. Czym prędzej go podniosłam, aby nie zniknął mi z pola widzenia i dzięki temu, że go zachowałam, moja mama mogła mi go przyszyć (a niby taka dorosła jestem). 
Jedzenia było w bród: rosół, de volaille, schabowy, rolady (na które się nie skusiłam), ziemniaki, sos, trzy rodzaje surówek, potem tort, kawa, inne ciasta, lody z owocami i... i... nie pamiętam, czy coś jeszcze, na pewno było, po tym jak my pojechaliśmy. Oględziny prezentów "komunisty", pomoc w składaniu trójwymiarowych puzzli z globusem (pierwsze składanie, później naklejanie). Rozmowy, słuchanie i jeszcze raz rozmowy. Mama, jako matka chrzestna, musiała jeszcze uczestniczyć w majówce, więc opuściła nasze większe towarzystwo na moment, a kiedy wróciła, trzeba było jechać do domu, ponieważ było już koło 16:00, a pół godziny później mieliśmy być pod naszym kościołem parafialnym. Zahaczyliśmy jeszcze o nasz dom, dlatego że musiałam się przebrać w czarną sukienkę i znaleźć buty, które, wydawało mi się, przywiozłam i nie mogłam przypomnieć sobie, gdzie je zostawiłam. Doprowadzona do łez, stresująca się, z podkrążonymi od płaczu oczami, panikująca, biegająca po całym domu i sprawdzająca we wszystkich zakamarkach, czy nie ma tam butów - to opis mnie z tamtego czasu. Zdecydowałam się wziąć czarne buty na małym obcasie, które są bardzo niewygodne (bardziej niż te wyższe, w których, o dziwo, właśnie dobrze mi się chodzi) i miałam nadzieję, że uda mi się je przebrać w czasie, o którym mówił nam ksiądz, że jest do tego przeznaczony. Powiedziałam mamie, że buty są w bagażniku w reklamówce i zapytałam czy mi je weźmie. Uzyskałam odpowiedź twierdzącą, więc przestałam się martwić. Przetarłam oczy i nos chusteczką, a chwilę po tym dotarliśmy pod kościół.
O 16:30, kiedy wszyscy się zebrali, dostaliśmy krzyże i wyszliśmy procesją na miejsce śmierci Sługi Bożego, który był kiedyś naszym proboszczem. Tam pomodliliśmy się i, wracając, odmawialiśmy tajemnice bolesne różańca. Nogi zaczęły mnie boleć, ale starałam się o tym nie myśleć. Uspokoiła mnie myśl, że przecież przebiorę je przed mszą. Dotarliśmy pod sanktuarium, a ja zaniepokojonym wzrokiem wypatrywałam mamy. Poprosiłam brata, aby poszedł jej poszukać. Okazało się, że nie ma ze sobą butów, bo myślała, że będzie czas, żeby podejść do auta i przebrać, więc zostałam skazana na mękę przetrwania w nich całej, calusieńkiej mszy. Stanęliśmy w dwóch kolumnach, tak jak ustawialiśmy się na próbie i staliśmy. Zaczęło się. Mnóstwo wysiłku kosztowało mnie powstrzymanie łez i niemyślenie o butach, bolących stopach i nogach oraz podziękowaniu. Przetrwałam, ale chłopak stojący niedaleko mnie najwyraźniej nie czuł się za dobrze, więc usiadł na ławce, aby nie zemdleć. Na szczęście nie było konieczne wzywanie karetki ani udzielanie pierwszej pomocy. Po pewnym czasie nastąpił również moment, kiedy miałam złożyć podziękowania księdzu, który nas przygotowywał. Kiedy cała uroczystość się skończyła i wyszliśmy z kościoła, powitały mnie znajome twarze. Byłam rozpromieniona, dumna, czułam się silna (i do teraz czuję). Otrzymałam piękny bukiet białych kwiatów (aż żałuję, że nie wzięłam go ze sobą), przywitałam księży, ciocie, wujków, kuzynki, tatę. Po czym wszyscy udaliśmy się do naszego domu.
Wreszcie mogłam ściągnąć męczące mnie buty. Przebrałam się znowu w białą sukienkę. Zaczęło się jedzenie po raz drugi. Dwie różne sałatki w trzech miskach, trzy placki (sernik, z galaretką, chałwowiec), wędliny i, kiedy na to wszystko patrzyłam, miałam ochotę coś zjeść, ale mój przejedzony organizm mi na to nie pozwalał, więc musiałam chwilkę odczekać, aby się uspokoił :) Po raz kolejny rozmowy, jeszcze prezenty (zdziwiłam się, bo kompletnie się tego nie spodziewałam) i bardzo miłe towarzystwo. Pierwsi goście wyszli dosyć szybko, ale za to ci, którzy zostali, byli jeszcze długo. Bardzo się cieszyłam, bo nie często zdarza nam się być w takim gronie. Zrobiłam się strasznie senna, a zmęczenie z całego dnia zaczęło się ujawniać dopiero teraz. Jak to się mówi, lekko "przymulałam". 
Po wszystkim, w nocy, nie mogłam zasnąć, przeczytałam jeden rozdział "Wielkiego Gatsby'ego" i dopiero po tym mi się udało. Spałam długo i wreszcie całkiem wypoczęłam. To był naprawdę wspaniały dzień. Jedyne, co chciałabym zmienić, to buty :) No, może jeszcze, żeby nie było tak płytko, powiedziałabym więcej od siebie tego, co chciałam przekazać księdzu, bo naprawdę bardzo podobały mi się spotkania z nim, po każdym czułam się mądrzejsza, bardziej umocniona, ale też skłoniona do przemyśleń. Szczerze? Nie powiedziałabym, chyba że w innym wymiarze, ale bardzo chciałabym, więc przyjmijmy, że w tym przypadku liczy się intencja.


P. S. Już wiem, po co są elektryczne szczoteczki do zębów - przyzwyczajają do dentysty :)
P. S. 2 Nie wiem, czy już mówiłam, ale moje imię do bierzmowania to Rita.
P. S. 3 Byłam chrzczona tego samego dnia - przynajmniej wreszcie zapamiętam tę datę :)
P. S. 4 Zacznę podpisywać się nickiem z nazwy bloga, będzie bardziej dopasowany.

Kartie

niedziela, 5 maja 2013

Czym jest dla mnie filozofia mojego życia?

Rozpoczynam cykl postów, dzięki którym poznam siebie.
Poznać siebie to jest bardzo ważne i trudne zadanie, przed którym najlepiej dobrze się przygotować.
Ja nie mam tego przygotowania, bo też i nie wiem, jakie ono powinno być, zatem zacznę bez niczego, na sucho, dość brawurowo.
Będę pisać surowe, niepoddane obróbce cieplnej słowa.
A przynajmniej spróbuję.

O co chodzi w moim myśleniu?

W moim myśleniu nie chodzi o to, aby wierzyć, że wszystko jest dobrze i wszystko będzie dobrze, bo to przecież nierealne i z góry skazane na niepowodzenie. Ja skupiam się na odnajdywaniu rzeczy, zdarzeń i sytuacji, które dają nadzieję, pomimo złych rzeczy, zdarzeń i sytuacji. W każdym momencie jest to możliwe, co staram się udowadniać swoją osobą.
Chodzi w tym także, aby szukać pozytywów u każdej osoby, bo przecież zdarza nam się spotykać ludzi starających się uprzykrzyć nam życie lub nawet robiących to przez przypadek.
Jeśli zawiodę się na jakiejś osobie, mogę zawsze przywołać wspomnienia, jak było, kiedy jej jeszcze ufałam albo wierzyć, że to nauczka dla mnie i ktoś inny będzie lepszą, bardziej wiarygodną duszą do towarzystwa.

Jak myślę?

Myślę szybko i strasznie zmiennie. Nie lubię trwać uparcie przy jednym zdaniu. Chcę ciągle się uczyć, wciąż dowiadywać czegoś nowego. Pośrednio zgadzam się z opinią Goethego, że "takim jest los człowieka, że czuje się szczęśliwym, póki nie dojdzie do rozumu, a potem musi go stracić, by na nowo pozyskać szczęście!", ale, podkreślam, tylko pośrednio, bo mi właśnie rozum daje czasem szczęście, a czasem go pozbawia. Nie wyobrażam sobie życia bez myśli oraz myśli bez życia. Oba są warunkami koniecznymi do istnienia.


Co ze szczęściem i z pechem?

W horoskopy nie wierzę, ale mam pecha i to niewyobrażalnego, na szczęście, tylko w drobnych sprawach, które, choć mogą lekko zepsuć mi samopoczucie, jednak nie wpływają w znaczący sposób na moje życie. Szczęście mam do spraw wielkich, w które niejednokrotnie nawet nie mogę uwierzyć. 

Jakie mam marzenia?


Moim marzeniem jest nauczyć się rysować tak dobrze, aby móc z łatwością przedstawić na kartce wszystko. Chciałabym też osiągnąć perfekcję w pisaniu, ale z tym trzeba uważać, aby nie przesadzić, bo konsekwencje bywają przerażające. Pragnę znaleźć prawdziwą miłość i umieć ją oswoić. Następnym w kolejce (równie nierzeczywistym) jest plan bycia doskonałym, w moim tego słowa znaczeniu. Nie sposób być idealnym w znaczeniu całego świata, przecież niektóre wersje diametralnie różnią się od drugich, zatem być taką, jaką chcę być. Kolejne - znaleźć idealną postać idealnej mnie, aby idealnie móc idealnie do niej dążyć. Jedno z ważniejszych - umieć żyć w pokoju z samą sobą. 


Jakie mam plany?


Napisać wspaniałą, niezapomnianą książkę, nauczyć się pisać wiersze, zostać wirtuozem serc, zdecydować się na studia, dostać się na te studia, uczyć się, uczyć się, uczyć się, uczyć się, uczyć się, uczyć się i, po raz siódmy, uczyć się, stworzyć piękną linię melodyczną życia, przeczytać wszystkie książki z mojej listy i dużo, dużo więcej, stać się człowiekiem mądrym, (...), zostać świętą.


Zrobić wszystko jak należy. Nauczyć się na pamięć wierszy. Śpiewać całymi dniami. Móc położyć się i zostać w bezruchu. Być aktywną, ale bez przymusu. Nie stawiać kropek, nawet kiedy wypada, bo czasem nie chce się kończyć tego, co się zaczęło. Używać mnóstwa przecinków, aby oddzielać od siebie rzeczy, które powinny być dokładnie oddzielone.


Być szczęśliwą i pozostać szczęśliwą. 


Potrafić zdefiniować siebie.


Zmienić podpis na inny.



SweetPear

sobota, 4 maja 2013

Afirmacja cyfry "5", pod którą kryje się osoba


Na początek zacznę od optymistycznego akcentu, czyli zacytowania zapytania (a raczej dwóch zapytań), które nastąpiło (nastąpiły), kiedy mój brat znalazł na mojej komodzie niebiesko-czerwone opakowanie z solą, a ja wytłumaczyłam jego pochodzenie, zresztą całkowicie zgodnie z prawdą, faktem, że jadłam frytki i dodawali tąż paczuszkę do "zestawu", na to (tutaj nastąpi właściwa część zdania) on się zdziwił:
"czemu jadłaś frytki?
gdzie jadłaś frytki?"
a mnie pozostało jedynie uśmiechnąć się szeroko wewnętrznie oraz zewnętrznie i wrócić do wcześniej wykonywanej przeze mnie czynności, mianowicie czytania "Z wypowiedzi rozproszonych" Edwarda Stachury. 

Oglądnęłam film "Las Vegas Parano" i muszę się zgodzić z wieloma recenzentami, że angielski tytuł dużo lepiej oddawał charakter produkcji. Przebarwione, momentami przerażające obrazy, które, bardzo możliwe, pokazują prawdziwe działanie narkotyków, ale czy to film tylko o substancjach odurzających? Moim zdaniem to także przedstawienie sytuacji człowieka po katastrofie, przygnębiająca wizja samotności, a także skutków wszystkich naszych działań. Wydaje się, że główni bohaterowie są całkowicie bezkarni i w świetle prawa ludzkiego może tak być, ale co z moralnością i etyką? Co się dzieje z ich umysłem? Możliwe, że uciekają w meskalinę i LSD, aby odciąć się od własnych porażek życiowych. Widzieliśmy, co konkretni uzależnieni myślą o opinii przypadkowych ludzi. Istnienie przypomina koszmarny sen, który chciałoby się przerwać, ale, nie wiadomo skąd, pojawiła się jakaś siła i nie pozwala nam zatrzymać tej katorgi, a raczej rozkazuje kontynuować ją mimo wszystko. Z tego punktu widzenia można odebrać cały film jako metaforę tragedii życia - robisz złe rzeczy, wiesz, że to cię uzależnia, miotasz się, przez twoją głowę ciągle przechodzą straszne obrazy, towarzyszy ci lęk i rozbawienie, nie możesz się zdecydować, jesteś niestabilny, wydaje ci się, popełniasz przestępstwo za przestępstwem, zbrodnię za zbrodnią, nie możesz przestać, tak po prostu zakończyć tego trwania. Dość pesymistyczna interpretacja, ale czy surrealiści nie byli właśnie pesymistami? Uważali się, paradoksalnie, za realistów, którzy, oglądając i przedstawiając senne obrazy, doświadczają rzeczywistości, uciekając od niej, poznając ją jak najlepiej i dochodząc do zewnętrznych sprzeczności, także poznawali siebie.

"Jeśli ty dasz mi trochę - ja dam ci dużo!
Jeśli ty dasz mi dużo - ja dam ci dużo więcej!
Jeśli ty dasz mi wszystko - ja też dam ci wszystko!"
Edward Stachura

Moje przemyślenia coraz bardziej przestają być "moje", są strasznie odtwórcze, inspiruję się innymi, a może nawet ich kopiuję. Ciekawe, kiedy takie się stały? Może zawsze były, ale ukryte tak bardzo, że nie zdawałam sobie z tego sprawy? W każdym razie jest to rzecz, której nie chcę zmieniać, choć fajnie byłoby wymyślić coś własnego, pod czym mogłabym się podpisać prawdziwym nazwiskiem i zebrać za to laury, i dostąpić zaszczytów, i stać się sławną i być przepełniona dumą.
"Michał Kątny już miał zasypiać, kiedy naraz wybuchnął cichym śmiechem, bo przypomniało mu się, jak poszedł do jednego faceta i zapukał w drzwi. Nic. Jeszcze raz głośniej. Usłyszał wtedy jakiś hałas i usłyszał, jak ktoś podszedł do drzwi z drugiej strony, od wewnątrz. Zapukał i naraz usłyszał też pukanie z drugiej strony. Czy to było moje pukanie i jakieś drugie, nie moje, czy też tylko moje, a drugie mi się przesłyszało, pomyślał M. K. Zapukał znowu i po chwili rozległo się z drugiej strony drzwi inne pukanie. Dziwne, pomyślał, ja pukam i ktoś mi odpukuje, a nie otwiera drzwi. Trzeci raz zapukał i znowu ktoś mu od wewnątrz odpukał.
Pomyślał chwilę nad zdaniem i powiedział głośno: - Słuchaj, Ty, z drugiej strony. Ja bym Ci otworzył drzwi na Twoje pukanie, ale nie mogę z tej strony. Ale ty możesz otworzyć drzwi na moje pukanie. Więc zrób to i przestań mi odpukiwać, bo nie wiem, co się dzieje."
Edward Stachura

Ten poeta stał się moim ulubionym. Zaczęło się niepozornie od "Życie to nie teatr", przeszło przez szybki przegląd życiorysu, następnie jakiś przypadkowy utwór - tytułu nawet nie pamiętam, a później wizyta w bibliotece, gdzie przeglądałam różne półki w poszukiwaniu czegoś, co mnie zainteresuje i tak trafiłam na książkę w niebieskiej okładce z nadrukowaną fakturą dżinsu, wielką, białą cyfrą "5" i tytułem "Fabula rasa. Z wypowiedzi rozproszonych", którą otwarłam na losowej stronie i zaczęłam czytać. Spodobało mi się. Otwarłam na pierwszej. Zachwyciłam się! Nie mogłam oderwać wzroku i myśli od tej tajemniczej książki, więc musiałam koniecznie ją wypożyczyć. Tak też zostałam tymczasowym przechodnim właścicielem tego zbioru. Czytam długo, ale nie dlatego, że mi się nie podoba. Potrzebuję skupienia i pełnej uwagi, żeby wszystkie, każde, nawet najdrobniejsze, pojedyncze słowo do mnie dotarło. Próbuję poznać świat autora. Mam nadzieję, że na tym moja przygoda z Edwardem Stachurą się nie zakończy, że w końcu zrealizuję swój plan uczenia się wierszy na pamięć (bo i wiersze będą niesamowicie dla mnie pasjonujące). Tyle na temat mojej afirmacji osoby poety, który uważa, że "wszystko jest poezją". Jutro albo może i dziś, a może za tydzień (kto wie?) będzie o mojej filozofii życia. Może trochę, może dużo. Nieważne.

SweetPear