czwartek, 27 czerwca 2013

Delikatnie przesłodzony shake cappuccino

Odświeżyłam gitarę, bo nadszedł najwyższy czas, żeby do tego przystąpić. Zauważyłam, że niektóre chwyty lepiej mi się teraz łapie, a to dziwne, bo przerwa od grania była dosyć długa. Kolejne wakacje zdartych opuszków palców niebawem się rozpoczną. Na razie czuję tylko delikatny ból, który ujawnia się podczas pisania na klawiaturze. Na szczęście mam długie paznokcie, więc nauczyłam się pisać tak, aby nie dotykać palcami lewej ręki klawiszy. Technologia :)

Wróciłam wczoraj i z sześciu planowanych dni wycieczki realnie wyszły cztery. Sto pięćdziesiąt zwrotek "Szkolnych opowieści", a ja dodałam do tego nutkę swojego wkładu, ponieważ napisałam jedną z nich. Śladowe ilości poezji Kasi. Jak mówiłam, poeta ze mnie nie jest, dlatego uważam to za swój osobisty sukces. Śniło mi się, że podczas drogi powrotnej siedziałam z kimś innym w autokarze.
Czasami myślę sobie, że fajnie byłoby się kiedyś wybrać w sponatniczną podróż po Polsce. Najlepiej pod namioty, choć wiem, że niektórym osobom źle się to kojarzy. Jednak nie mam takiej odwagi. Wątpię, że udałoby mi się znaleźć osoby chętne na taką wycieczkę ze mną, którym mogłabym zaufać.

Zastanawiam się, jak poznać prawdziwe intencje ludzi. Przechodzę w stronę banalnych pytań, które zaprzątały mi głowę jeszcze trzy lata temu, a wtedy dużo lepiej sobie z nimi radziłam. Czy tak naprawdę rozwinęłam się? Może w rzeczywistości używam tylko trudniejszych słów? Ciągle cofam się w powolnym rozwoju. Jak już uda się coś raz dobrze zrobić, zaraz nastąpi seria niewypałów. Mam tylko jedną predyspozycję do bycia snajperem. Mianowicie cierpliwość. Słyszę szum komputera. Brakuje mi wody, piasku i stroju kąpielowego. Za oknem widać deszczowe chmury, które uśmiechają się do mnie złośliwie. Przecież mogę popływać w kałużach! Jak połączyć rzeczy przyziemne, z lekko odbitymi od powierzchni problemami duchowymi? Najchętniej rozdzieliłabym to na dwa różne światy. Czy jest tak? Pięknie byłoby móc przenieść się do świata filozofii, żeby później z czystym umysłem powrócić do tego zmaterializowanego. Dlaczego nie możemy wybrać, do którego chcemy należeć? Już rozumiem ideę katharsis w teatrze antycznym. Zaczynam żałować, że spektakle nie są dłuższe. Z drugiej strony, jakby tak było, nie moglibyśmy czerpać radości z ucieczki do "wyższego świata", ze względu na to, że ten niższy upominałby się w postaci bólu nóg i kręgosłupa. Jak tu zatem skupić się na badaniu swojego wnętrza i wyżyn własnej osobowości, kiedy zaczynasz czuć kolejne kręgi, a myśli zagłusza burczenie w brzuchu?

Czy warto zapisywać własne doświadczenia w tej formie - w internecie, żeby każdy miał do nich dostęp?

Może lepiej napisać książkę?


Wstanę i posprzątam to, co zepsułam.

Jestem przesłodzona. Zbyt delikatna. Za bardzo wrażliwa. Piję mało kawy.

Kartie

piątek, 21 czerwca 2013

Kiedy zjem pizzę...

Lekko inna konstrukcja.

Lubię...

siedzieć na walizce,
rysować,
dźwięk darcia papieru,
sterty kartek,
zapach konwalii,
słuchać rocka,
kupować mamie aniołki na imieniny,
leżeć na hamaku,
przewracać strony książek,
patrzeć ludziom w oczy,
pisać piórem,
donuty z polewą czekoladową i orzechami,
czuć wiatr we włosach,
chodzić boso,
obserwować ptaki,
długie spacery,
serek wiejski,
słoneczniki (marzy mi się spacer po polu słonecznikowym),
podróże,
ornamenty,
jazdę na rowerze,
angielski humor,
koktajle mleczne,
pomarańczową szminkę,
romantyzm,
miasta nocą,
palące się świeczki,
zbierać poziomki,
szepty,
Heatha Ledgera,
wianki ze stokrotek,
potrawy przyrządzane przez mojego tatę,
zagadki umysłu,
siedzieć przy oknie,
jeżyny,
łabędzie,
kurczaka curry.

Niebawem wyruszę w długą i pełną niespodzianek podróż. Cały czas uczestniczę w jednej. Zmieniłam miejsce zamieszkania (po raz kolejny). Śmieszne jest takie życie w ruchu. Chciałabym być mniej płytka. Czy to, że ciągle chcę coś zmieniać świadczy o tym, że nie akceptuję samej siebie, czy może o moich ambicjach dążenia do perfekcji? Oba są swego rodzaju wypaczeniami. Mam dziwny gust, ale Butler wygląda całkiem nieźle. Ciekawa jestem, w jaki sposób formują się nasze upodobania. Od czego zależy, czy podoba nam się dany kolor włosów, oczu itd. Czy możliwe jest kontrolowanie swojego gustu? 

Kiedy zjem pizzę, będę najedzona. Kiedy zjem pizzę, skończę pakowanie. Kiedy zjem pizzę, zauważę, że jestem sama. Kiedy zjem pizzę, będzie czas na inne rzeczy. Kiedy zjem pizzę, nastąpi chwila odpoczynku. Kiedy zjem pizzę, przestanę czuć jej smak. Kiedy zjem pizzę, nie będzie już pizzy. Życiowe prawdy, które sprawiają, że nie ma co myśleć nad życiem, czyli w jaki sposób pizza może stać się metaforą i skłonić do refleksji.
Bez depresyjnego nastroju, z wielkim entuzjazmem i z otwartym umysłem żegnam się na parę dni. Vezi tu! Călătorie. Fiți răbdători. România este în așteptare.

Kartie

wtorek, 18 czerwca 2013

O białych schodach

Dawno nie czułam się tak znudzona, leniwa i obojętna. Kocham upały, ale nie mam z kim ich spędzać, bo hobby większości osób ostatnio stało się chowanie w cieniu. Najchętniej pojechałabym z tatą na rowerach nad jakiś zbiornik wodny. Mam dzisiaj wrażenie bezkarności. Nie wiem, czym dokładnie się to objawia, ale... Nawet nie umiem tego wyrazić. Brakuje mi odpowiednich słów. Nie mogę się skupić. Mimo że mam mnóstwo wolnego czasu, nie potrafię czytać. Moje myśli ciągle krążą po tym świecie - a to zatrzymają się na minie kolegi, a to spoczną na ziejącym ogniem Smoku Wawelskim, żeby przejść przez moje dziwne zainteresowania, jak na przykład darcie papieru i zakończyć na piosenkach, które warto byłoby zaśpiewać, przez co wracam do innego kolegi i zaczyna się nowa pętla. Brakuje mi trochę miłości. Obserwuję drobny deszcz za oknem.

Uplotłam sobie wianek ze stokrotek. Chciałam się rozluźnić i sprawdzić, czy jeszcze pamiętam, jak się go robi. Kiedy byłam dzieckiem, dziadek plótł mi zawsze takie wianki - ze stokrotek, z kwiatów koniczyny i czego tylko się znalazło. Chciałam się nauczyć, żebym sama też mogła, więc mi pokazał. Bardzo lubię wspominać takie popołudnia i wieczory spędzone u dziadków. Zdarzało się, że razem z kuzynkami i bratem zostawałam na noc. Było dużo zabawy z samym ustalaniem, kto gdzie śpi. Opowiadaliśmy sobie wtedy bajki i legendę o smoku wawelskim. Przed spaniem i wieczorynką zazwyczaj braliśmy poduszki z kanapy (do czasu aż została zmieniona) i robiliśmy sobie domek albo "bazę". Przechodziliśmy pod krzesłami, stołem. Dziadek przykrywał naszą konstrukcję obrusem, więc było tam naprawdę klimatycznie i ciemno. Kiedy nudziło nam się latanie po pokoju, w nasze ręce dostawał się tzw. majland. Nie mam pojęcia, skąd wzięła się ta nazwa, ani co to słowo dokładnie oznacza, ale skoro babcia tak mówiła, można było jej zaufać. W jednym pudełku lub kartonie (ten szczegół umknął mi z pamięci) znajdowały się różne zabawki. Funkcjonował też inny karton, w którym umieszczone były "szmatki", czyli skrawki różnych materiałów o pięknych wzorach, fakturach i kolorach. Godziny zabawy - strojenie lalek, strojenie siebie, składanie, mieszanie, obrzucanie się, tworzenie "scenografii". W maju przesiadywaliśmy pod malutką kapliczką, która była otoczona pięknymi kolorowymi kwiatami, a schodki co roku malowane na biało. Czasem uczestniczyliśmy w "majówkach". Od drugiego dziadka, który już, niestety, nie żyje zawsze dostawałam pastele olejne do rysowania. Wydaje mi się, że już kiedyś o tym pisałam, ale pewnego razu pokazał mi taflę szkła w garażu, a ja, zainspirowana zajęciami plastycznymi w przedszkolu, zapytałam, czy mogłabym na niej coś narysować. Dziadek się zgodził, więc powstała dłuuuuuuga czerwona róża, z łodygą w kolorze soczystej zieleni (teraz powiedziałoby się raczej limonki). Zachowała się na długo. Przetrwała jeszcze po śmierci dziadka, ale nie wiem, co się później z nią stało. Dom został sprzedany, ale wciąż pamiętam szklanki trzymane w metalowych uchwytach, żeby można było z nich pić. Przypominam też sobie drzewo orzechowe, które dawało przyjemny cień w upalne dni. Pamiętam też urocze konwalie rosnące tuż pod płotem. Kiedyś bardzo przypominały mi dzwoneczki i chyba tak nazywałam te kwiaty. Mają przepiękny zapach.
Lubię wspominać. To chyba po mnie widać. Na następny raz, o ile uda mi się przypomnieć jeszcze coś ciekawego, może opowiem więcej. Z resztą mam już zaległy temat o rzeczach, które mnie bawią. Zatem pisania a pisania :) Póki co czekam na wyniki, oby były pozytywne. Jeśli nie będą? To trudno. Poradzę sobie. Zawsze jest jakieś wyjście. Nawet z sytuacji, która wyjść nie dotyczy.

Życzę wszystkim pogody, jakiej sobie życzą (a sobie dalszego ciągu upałów). Trzymajcie się gorąco! :)

Kartie

środa, 12 czerwca 2013

Co mnie frustruje?

Do zobaczenia na wieczorku poezji miłosnej :) (Był wczoraj)

Co mnie frustruje?

Denerwują mnie wycieczki, które zajmują cały chodnik w ten sposób, że nawet ja, co raczej gruba nie jestem, wciągając brzuch, muszę przycisnąć się do ściany, żeby przypadkiem nie zostać zadeptana przez gaworzący tłum. Z drugiej strony przeszkadza mi świadomość, że, kiedy ja podróżuję, zapewne zachowuję się tak samo.

Do szału doprowadzają mnie również ludzie rozdający ulotki, przez których czasem czuję, że moja godność została zachwiana. Są zdolni do wszystkiego. Niektórzy bywają naprawdę mili, ale częściej spotykam tych gorszych i napastliwych. Proponowanie wyjścia "na piwko lub kawę" z ulotkami, mrucząc do ucha z szelmowskim uśmiechem nieznajomej dziewczynie, nie wydaje mi się okazaniem jej szacunku. Zwłaszcza, jeśli dochodzi do niego lustrujący wzrok, pod którym czuje się "rozbierana". Tak, zdarzyło mi się spotkać takich ludzi i zawsze zastanawiam się, jak na nich reagować - z obrzydzeniem, czy może z politowaniem?
Złoszczę się także, kiedy się powtarzam. Nie lubię mówić, czegoś, co jest oczywiste lub co ktoś już kiedyś powiedział (może nawet i lepiej), a jednocześnie nie przeszkadza mi parafrazowanie innych. Pisać mogę o wszystkim nieskończoną ilość razy, ale mowę racjonuję, jakby była na wagę złota. Słowem pisanym można się z łatwością bawić.

Zdrobnienia w reklamach. Mam dość tych wszystkich ziemniaczków, kurczaczków i zupek. Zastanawiam się, czy to ma rozczulić matki, które najczęściej robią zakupy przez skojarzenie tak prozaicznych rzeczy jak artykuły spożywcze z ich przesłodkimi, przeuroczymi, przewspaniałymi i przedrobnymi istotkami, czy może sprawić, żeby przeciętni Polacy typu Ferdka Kiepskiego siedzący przed telewizorem stali się łagodniejsi dzięki tym wszystkim sielankowym niemalże zwrotom.
Co jeszcze? Sztuczność, ale taka przesadna. Ludzie, którzy nakładają zbyt wiele makijażu scenicznego na swoje życie. Dziewczyny, które żegnają się z nowo poznanymi osobami albo nie lubianymi przez siebie tak, jakby byli najlepszymi przyjaciółmi od przedszkola i mieliby nie widzieć się przez najbliższe pięć lat - z tą czułością, tęsknotą i uczuciem. Namiętność lubię, ale tę naturalną, wynikającą z rzeczywistych emocji.
Czego nienawidzę najbardziej? Złości. Właśnie dlatego staram się przyzwyczajać do wyżej wymienionych rzeczy, zachowywać spokój w najbardziej granicznych sytuacjach i próbuję nie złościć nikogo więcej (aczkolwiek pokusa bywa silniejsza od moich chęci :)).

Za  tydzień nastąpi dłuższa przerwa, chyba że będzie mi się chciało coś napisać i ustawić publikację na jakiś nadchodzący dzień. Wątpię, ale spróbuję. Pewnie będzie dużo zamieszania. Tak jakbym wcale nie pakowała się co tydzień. Już mam nawet pomysł, co będzie następne. "Co mnie bawi?", żeby zmienić trochę nastrój ogólnej irytacji, na szczęśliwość i radość z życia. Zdradzę, że na pewno znajdzie się tam dźwięk darcia papieru. Dowiedziałam się, że jestem psychiczna. Usłyszałam to od osoby, która miała szeroki uśmiech na twarzy, więc wnioskuję, że to jednak hejt nie był (mimo próby).

Dzisiaj znowu się ukulturalniam. Nie wiem jeszcze, jak tam trafię, ale od czego w końcu jest GPS w telefonie? Pochwalę się, że używane dotąd raz.

Wolni jak marzenia.

Kartie

wtorek, 11 czerwca 2013

O człowieku, którego zżera ciekawość

Od czego zacząć? Kocham sztukę, najbardziej surrealizm. Inspirują mnie obrazy Zdzisława Beksińskiego i Salvadora Dalego. Lubię również niektóre dzieła Caspara Davida Friedricha i Jacka Yerki. Przede wszystkim skupiam się na uczuciach. Rysuję - ołówkiem, szybkie szkice. Robię wzorki na teczce, która jest już całkowicie zdezelowana, ale żal wyrzucić ją, bo zawiera wszystkie emocje z całego roku. Próbowałam nauczyć się malować, ale zabrakło mi samozaparcia (lub talentu :)).

O muzyce mogłabym pisać wiele, a nawet więcej. Ona nie jest częścią mojego życia, lecz jest jego osią. Potrafię grać na fortepianie, odrobinkę na gitarze, w wolnym czasie śpiewam przez okno (jest wysoko, więc nikt nie usłyszy :)) i jestem zafascynowana ludźmi, którzy opanowali umiejętność gry na wielu instrumentach.
Uwielbiam odkrywać nowe utwory. Słuchałam już chyba wszystkich możliwych gatunków muzycznych, ale z upływem lat ciągle udaje mi się znaleźć coś całkiem innego od tych, które już znam. Ostatnio często odtwarzam piosenki Sztywnego Palu Azji, The Beatles (ach, zwłaszcza "I want to hold your hand") i Oasis, ale moim ulubionym utworem i tak jest "Zombie" zespołu The Cranberries. Z ciekawostek - jak miałam 10 lat chciałam założyć zespół :)

Lubię biżuterię, chyba jak każda dziewczyna/kobieta. Najbardziej taką z przeszłością lub ciekawą historią, ale boję się tejże nosić, bo "co będzie, jeśli zgubię?". Jestem strasznie sentymentalna i łatwo przywiązuję się do rzeczy bez większej wartości. Kiedyś sama chciałam projektować i produkować własne ozdoby. Skończyło się na tym, że teoretycznie umiem, ale tego nie robię.

Kolejną rzeczą, bez której nie wyobrażam sobie życia, jest literatura. Z tego, co zdążyłam zauważyć, najbardziej podobają mi się książki z XX wieku. Moją ulubioną powieścią jest niesamowita "Mistrz i Małgorzata" (byłam nawet na spektaklu w Teatrze Groteska i czekam na kolejne, może w innych miejscach). Wywarły na mnie wrażenie także "Ukryte Twarze" Salvadora Dalego, "Proces" Franza Kafki i "Chłopiec z latawcem" Khaleda Hosseini. Nie mogłam za to umęczyć "Nocy i dni" Marii Dąbrowskiej, choć "Faraon" Bolesława Prusa poszedł mi całkiem szybko i nawet się podobał.
Moim ulubionym poetą jest Edward Stachura (z jego wspaniałym "Fabula rasa"). Znam też (nie licząc tych z dzieciństwa) parę utworów Wisławy Szymborskiej i Czesława Miłosza. Niestety, nie czytam za dużo poezji. Mam zamiar nadrobić wszelkie zaległości w wakacje :)

Uwielbiam kwiaty, choć nie znam ich zbyt wiele. Największymi względami darzę te białe (niekoniecznie naturalnie). Kocham lilie i róże (chciałabym kiedyś dostać białą :)), ale moją największą uwagę zawsze przykuwają polne kwiaty, których, niestety, nie spotykam na swojej drodze zbyt wiele. Zanim się przeprowadzałam, chciałam mieć na ogródku własną grządkę (dobrze, że jej nie dostałam, bo teraz nie miałby kto się tym zajmować). W przyszłości chciałabym mieć tyle czasu, żeby móc wyjść gdzieś i po prostu poleżeć na trawie, popatrzeć w niebo i pomyśleć.

To wszystko o mnie, co przychodzi mi na myśl. Jedno marzenie mniej do spełnienia - zaśpiewałam na deszczu piosenkę z filmu "Deszczowa piosenka" :)

Kartie

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Zielone drzewo przy drodze

Co może sprawić, że mój dzień jest jednym z najgorszych w życiu? Kiedy nie wyjdzie mi coś, co planowałam. Nie cierpię ponosić porażek. Same w sobie nie są złe, bo przecież uczę się dzięki nim i tak dalej, ale najgorszy jest moment, kiedy coś się nie powodzi. Koszmarny. Nawiedza mnie jedno z najgorszych uczuć, czyli upokorzenie. Można to zlekceważyć, ale zazwyczaj moje chore ambicje nie pozwalają odpuścić i drążę, i męczę, dopóki nie dowiem się, dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Nie przyznam najzwyczajniej w świecie, że to moja wina. Nie od razu. Musi minąć co najmniej minuta, żebym mogła otwarcie potwierdzić, że jestem winna popełnienia błędu, no chyba że mam tego dnia akurat świetny humor. Z drugiej strony, te sześćdziesiąt sekund (lub więcej) to nie aż tak dużo, więc osoby nieprzyzwyczajone jakoś wytrzymają. W skrócie - w sobotę miałam taki dzień, ale nie będę się nad tym rozwodzić, bo niedziela odmieniła się całkowicie i przez filmik, który zobaczyłam śmieję się na samą myśl nawet teraz.
Przedwczorajsze wydarzenia umocniły mnie i zniechęciły zarazem. Dobrze, że zbliża się już koniec moich szkolnych zmagań (przynajmniej do przyszłego roku). Swoją drogą, czasami nie rozumiem tej radości z opuszczenia szkoły. Trochę szkoda, że nie widzi się przez tak długi czas znajomych twarzy. Rozmawiać można przez facebooka lub telefon, ale to nigdy nie jest to samo. Spotkać niby też się można, ale, jak poprzednio, zawsze jest jakaś różnica, która uniemożliwia poczucie tej swojskiej wspólnoty klasowej (i nie tylko). Myślę, że to właśnie za sprawą murów szkolnych, tak znienawidzonych przez niektórych, powstaje ogniwo, które spaja wszystkich ze sobą, nawet jeśli normalnie nie mogą się znieść. Troszkę podświadomie, bo wcale nie czujemy połączenia z osobami, do których raczej pozytywnych uczuć nie żywimy. Jak poznać moment, w którym należy się poddać? Poddać czemukolwiek - uczuciu, losowi, innym. Ostatnio nie radzę sobie z oceną sytuacji tak dobrze, jak to zwykle bywało. Wiem, że to zdanie nie świadczy o mojej skromności. Czasem można zagrać kogoś innego. Stworzyć z życia spektakl jak artyści zainteresowani performancem. Nie wyobrażam fizycznego okaleczania się, ani publicznie, ani w samotności. Dopuszczam jedynie psychiczny masochizm, który także nie służy niczemu dobremu, ale wydaje się być mniej radykalnym, choć, paradoksalnie, wyrządza większe szkody.
Skupiam się na chłodnym powiewie wiatru i na przejeżdżającym tramwaju. Kiedy oprę się plecami o ścianę, czuję delikatne drgania, które wprawiają mnie w absurdalny stan. Mogę mówić o wszystkim, myśleć o wszystkim i milczeć o wszystkim w jednym momencie. Tak zwany multitasking. To mi przypomniało, że miałam kiedyś napisać o tym, jak bardzo nie lubię wszelkich wtrąceń z języka angielskiego i sytuacji, kiedy ludzie mówią, że nie da się ich zastąpić żadnym polskim słowem, a w rzeczywistości istnieją odpowiedniki, a nawet jeśli nie, to, w moim odczuciu, powinniśmy rozwijać nasz język, bo odnoszę wrażenie, że ubożeje z każdym dniem.
Zielone drzewo przy drodze też potrafi zainspirować. Teraz widzę zielony dach. Zielony odcień w oczach przyjaciółki i zielone barierki przy kwietnikach. Ostatecznie mignęła mi też zielona nakrętka. To kolor dzisiejszego dnia, ponieważ odczuwam lekką tęsknotę, tak jak dryfujący długo na tratwie rozbitkowie, którzy po dniach błądzenia w końcu dostrzegają zielony ląd.

Kartie