sobota, 27 lipca 2013

Słoneczny patrol w nowym wydaniu

Zastanawiałam się, czy na pewno powinnam pisać tego posta, ale doszłam do wniosku, że osoby znajdujące się na zdjęciach raczej się nie obrażą, a poza tym nie jest to na tyle popularny blog, iż mógłby zaszkodzić ich prywatności (jak już, to w mikroskopijnym stopniu). Nie piszę zbyt często o konkretnych osobach, gdyż obawiam się, że mogłyby nie chcieć otwierania granic ich przestrzeni osobistej przeze mnie. Sami pewnie prędzej by się zdecydowali. Łatwiej pisać o sobie, bo ma się nad wszystkim (przynajmniej z założenia) kontrolę. Kiedy wspominam o kimś innym, zawsze istnieje prawdopodobieństwo, iż może sobie nie życzyć ujawniania swojej tożsamości albo pewnych szczegółów ze swojego życia. Jak widać, jednak podjęłam decyzję i piszę, ponieważ jest to najlepszy sposób na uwiecznienie wspomnień :)

Wylecieliśmy samolotem 4 VII 2013r. Wiadomo, jakie były moje wrażenia odnośnie lotu. Niestety, nie trafiło mi się siedzenie obok koleżanki. Wiem, że niedaleko mnie zajął miejsce opiekun (wtedy miałam nadzieję, iż okaże się opiekunem naszego obozu, bo wydawał się naprawdę sympatyczny), a tuż obok siadł jakiś młody chłopak, który niezbyt radził sobie z pasami, nawet po tym, jak mu pokazałam jak się nimi posługiwać. Nie był zbyt rozmowny, więc większość czasu spędziłam na patrzeniu przez okno. Uwielbiam ten moment, kiedy równaliśmy się z poziomem chmur, a później wylatywaliśmy ponad nie. Wszystko zdawało się być takie nierzeczywiste.

Po wyjściu z lotniska w Burgas czekała nas półgodzinna droga autobusem do Słonecznego Brzegu. Dowiedziałam się od samej kierowniczki, że ma taką samą sukienkę jak ja i nie byłam pewna, jak powinnam zareagować na to, że powiedziała, iż nie zrobi mi konkurencji, ubierając ją. Zastosowałam więc najbardziej sprawdzoną metodę na wszystkie nie do końca zrozumiałe sytuacje, czyli lekko się uśmiechnęłam.

Na jachcie podczas rejsu (kapitan pozwolił mi stać! :D)

Odpuszczę bardzo szczegółowe opisy na temat tego, co było dalej. Nie robiłam zdjęć wszystkiego dookoła, jak to miałam kiedyś w zwyczaju. Teraz bardziej interesowali mnie ludzie. Sam charakter obozu był raczej rozrywkowy niż do zwiedzania. Byliśmy dwa razy w Aquaparku, wybraliśmy się na piracki rejs. Wypróbowaliśmy wszystkie zjeżdżalnie - z pontonami i bez, tyłem i przodem. Po prostu czas maksymalnie wykorzystany. Najlepsze były dwie wysokie - czerwona i żółta, no i niebieska, w której nie było nic widać. Podczas rejsu byłam jedyną dziewczyną (poza opiekunką), która odważyła się skoczyć. Później dołączyły się jeszcze dwie inne, ale z dumą stwierdzam, że byłam prekursorką. Oczywiście, niezbyt ostrożnie, pierwszy skok wykonałam z dachu na bombę, co przyprawiło mnie o dosyć silny ból ud i miejsca, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Jak wyszłam z wody, trzęsłam się niemiłosiernie, lecz nie znalazł się żaden dżentelmen skory do ofiarowania mi swego płaszcza (przecież wcale nie dlatego, iż tegoż płaszcza nie miał :)).
Dwukrotna wizyta na dyskotece w klubie "Lazur". Jak już kiedyś wspominałam, nastąpiła integracja międzynarodowa. Niesamowite przeżycia. Poza tym codziennie odbywały się zajęcia taneczne, które sfinalizowaliśmy nagrywaniem filmiku flash mob. Naszym animatorem był niezwykły pan Adam, który próbował już chyba wszystkiego (kostka rubika, żonglerka, zabawy intelektualne). Poniżej filmik z naszym udziałem. Może nie przyznam się, gdzie jestem, bo nie mogłam się skupić i się parę razy pomyliłam :) Miałam po tym straszne odciski i zdartą skórę (tańczyliśmy boso), stąd widoczny na niektórych zdjęciach bandaż na stopie.


Nasz hotel był w porządku. Obsługa świetna. Była pani w recepcji, która potrafiła płynnie mówić po Polsku. Jeśli chodzi o kelnerów, to z jednym naprawdę dobrze się dogadywałam, a dowiedziałam się, że nauczył się angielskiego, grając w WoW'a (może ja też spróbuję? :)). Nasz pokój był całkiem miły. Byłam z przesympatycznymi dziewczynami, choć przyznam szczerze, że na początku trochę się bałam, iż możemy się nie dogadywać. Na szczęście okazało się być inaczej i teraz mam tylko same dobre wspomnienia.

 Nasz pokój



Bardzo podobała mi się tamtejsza organizacja posiłków. Co prawda nie przywykłam do jedzenia obiadów o 12:30 (zazwyczaj po 16:00, niekoniecznie z własnego wyboru), ale byłam zadowolona z tego, iż mogliśmy wybierać. Nie wszyscy chcieli jeść potrawy z bułgarskiej kuchni (ja owszem!), więc mieliśmy do wyboru na obiad jeszcze dania włoskie. Co wieczór decydowaliśmy, którą kuchnię wolimy, a nazajutrz dostawaliśmy malutkie karteczki później oddawane odpowiednim osobom. W hotelu znajdowały się dwie restauracje i bar. Mój pokój był bardzo blisko tej, w której wydawano śniadania, kolacje i obiady bułgarskie, ale nie dlatego częściej wybierałam tamtejszą kuchnię. Po prostu chciałam spróbować czegoś nowego, a że okazało się smacznie i różnorodnie, tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, iż podjęłam dobrą decyzję. Próbowałam chłodnika z ogórków i trafił w mój gust, choć się tego zupełnie nie spodziewałam.


Zaczynaliśmy mieć dość plaży, ale opiekunowie wyciągnęli nas na spacer do miasta wzdłuż brzegu. Pochlapaliśmy się wszyscy. Ja zręcznie unikałam rozbijających się o moje nogi fal. Chociaż było mi to obojętne i później przestałam zwracać uwagę na wodę, ponieważ wszystkie rzeczy tak szybko schły, że ledwo zauważyło się je zamoczone, a już były suche. Ta zasada nie dotyczyła jednak moich włosów, które były mokre caaaaaały czas. Dowiedziałam się, że strasznie prosto chodzę. Wcześniej nie myślałam o tym, wydawało mi się to raczej naturalne. Wręcz odnosiłam wrażenie, iż momentami się garbię. Zaskoczyło mnie to, z resztą jak wiele innych zdarzeń podczas tego obozu. Na przykład reakcja sprzedawcy na widok kolegi trzymającego kastet nie tak, jak powinien.


Sporo czasu spędziłam też na boisku. Raz zagrałam w koszykówkę, parę razy w "piłkę nożną" (w cudzysłowie, bo jednak nie można tak nazwać samotnej gry, stania na bramce lub podawania w grupie). Nauczyłam się trochę strzelać do bramki. Na tym z tyłu, do siatkówki plażowej, dużo nie pograłam, ale prawie zawsze liczyłam punkty (kto by się spodziewał, że potrafię mieć donośny głos!). Wyrafinowanym graczem to ja nie jestem, ale i tak spodobałam się paru osobom. Nie wiem, czy ze względu na totalny szok, że ktoś taki (jak ja) nie boi się dotykać piłki, czy reprezentowałam jako taki poziom, ale to bez znaczenia. Liczy się intencja!


Najwięcej zdjęć zrobiłam tuż przed dyskoteką (bo chciałam mieć ze wszystkimi, a to był dobry czas, bo dużo ludzi, a ja już ochłonęłam po grze i nie byłam aż tak czerwona) i w ostatni dzień (presja czasu). Co było dość zabawne, w klubie spotkałam parę osób z gimnazjum.
Moim ulubionym momentem podczas dyskoteki było piana party (to właśnie wspominam najlepiej). Wtedy i tam po raz pierwszy przyczepiła się do mnie piosenka "Get lucky". Próbowała też inna, prawdopodobnie Rihanny (chyba dlatego bez powodzenia) i, w momencie kiedy puścił ją DJ, Hiszpan, z którym tańczyłam, nagle podniósł mnie (demo z Dirty Dancing, niestety, nie zostało uwiecznione :( ).

Mój ukochany Stanimir :D

Z Sebastianem :)

Przesłodki Valo :)

Mój ulubiony Dancho :D

Ja i moja wspólokatorka :)

i druga z prześmiesznym Lubo :D



Seria zdjęć z panem Adamem :)

 Ola i mistrz siatkówki :)

Ja i mega chudy Baki

Przez cały czas obozu miałam powody do śmiechu, często ktoś przeszkadzał mi w jedzeniu (nie zapomnę "a wiesz skąd biorą się ziemniaki?", ani próby popisania się zakończonej upadkiem filiżanki), zamek sam w magiczny sposób się naprawił (przeze mnie :D), dowiedziałam się, że ja "się chyba każdemu podobam", co było niesamowicie miłe, ale też trudne do uwierzenia, brzmienie głosu Dancho, miny Lubo i... Stanimir. Najchętniej wróciłabym tam w przyszłym roku. Jak to zwykł mawiać mój tata - "pożyjemy, zobaczymy".

Zapomniałam napisać jeszcze o moim osobistym sukcesie, czyli o tym, że miałam szczęście. Kogo walizka jako pierwsza ruszyła na taśmę po powrocie do Polski? Moja! Chociaż raz, ale radość z epickiego zwycięstwa (a chwilę wcześniej myślałam, że to mój brat, który zawsze ma szczęście, zaraz dostanie walizkę) była niezmierna.

Na koniec coś, co mam nadzieję jeszcze kogoś rozśmieszy :)
Miłego oglądania :)


Kartie

niedziela, 21 lipca 2013

Żegnaj, mój przyjacielu!

Dzisiaj był pierwszy taki dobry dzień, odkąd wróciłam z Bułgarii. Spędziłam go na oglądaniu filmiku, który wczoraj późnym wieczorem lub wczesną nocą (jak kto woli) zmontowałam, następnie na zrobieniu gifa (odezwała się moja narcystyczna natura), którego i tak usunęłam, troszkę lektury Umberto Eco i opalania, smaczny obiad, a przed nim moje ulubione czekoladowe ciasteczka, kolejne to wycieczka motocyklowo-skuterowa z tatą (ja na motorze :)), lody grejpfrutowo-pistacjowe i wizyta u babci, z którą porozmawiałam i zjadłam moje ulubione pierogi z jagodami i śmietaną. Przepyszne! Teraz zamierzam włączyć sobie "Przyjaciół" po angielsku i poczekać aż pojawi się "moja miłość" :)

Taka jest nasza ludzka natura, że wszyscy dążymy do tego aby być płytko-snobo-pseudo-dorosłymi, prawda? Wierzę w ludzi, ale nie w obleśnych mężczyzn (choć ciężko przechodzi mi przez gardło to określenie w stosunku do nich), którzy chyba za swój cel mają sprawienie, żeby dziewczyna uznała ich za obrzydliwych i zbyt pewnych siebie. Może tak właśnie jest? Nie, ja wcale nie udaję niedostępnej. Byłam strasznie zniechęcona, ale, na szczęście, na tej planecie istnieją też inne (lepsze!) typy osobowości i miałam z wieloma z nich styczność. Kocham świat za tę różnorodność. Gdyby wszyscy byli idealni, dla nikogo nie miałoby to znaczenia.

Teraz zawładnęła mną inna piosenka (choć od "Get lucky" jeszcze się nie zdołałam uwolnić), która jest zbyt smutna, zbyt kochana i zbyt wzruszająca. Ciekawe, czy, gdybym nie była związana z nią emocjonalnie, to też bym tak reagowała? Moja wyobraźnia pracuje zbyt intensywnie. Czy mówiłam już kiedyś, że, jak jestem skupiona na rozmowie, mój mózg wizualizuje wszystkie obrazy, o których usłyszę lub pomyślę? Powiedz mi o słoniu na łące, wyobrażę sobie słonia na łące. Czasami bywa to uciążliwe, ale też bardzo zabawne. Wróćmy do piosenki. Jest zbyt romantyczna. Nie powinnam słuchać Jamesa Blunta. Nie tędy droga do stabilizacji uczuciowej. Najłatwiej byłoby nie czuć nic, ale, jak stwierdziliby Grecy parę tysięcy lat temu, jestem tylko człowiekiem.


Kartie

czwartek, 18 lipca 2013

Get lucky

Obecne wakacje chcę spędzić na rozwijaniu umysłu, czyli będzie matematyka, będzie Dr Kawashima, będzie granie na gitarze, będą książki, będzie więcej bloga, będą ulubione seriale, a dla równowagi będzie trochę sportu, będzie pływanie i będzie zdrowsze odżywianie. Lepiej zadać pytanie, czego nie będzie? Dobrze byłoby też przypomnieć o swoim istnieniu znajomym, zrobić kilka szkiców, porozdawać pamiątki i może spełnić parę marzeń.

Jak to się dzieje, że łatwiej mi idzie opisywanie cudzych uczuć niż moich własnych? Drobnymi krokami ciągle przemierzam obszary swojej osobowości. Niczego nie jestem już pewna. Cały mój piękny świat jest pełen wątpliwości i wykluczających się wewnętrznych sprzeczności. Na nic tu zdadzą się kwieciste opisy czy homeryckie porównania. Ostatnio, zastanawiałam się, jaki dokładnie jest mój problem ze związkami. Znalazłam dwa istotne powody i chyba z nimi powalczę, więc muszę znaleźć odpowiednią zbroję i mocne oręże. Moje wynurzenia pewnie wydają się bardzo groteskowe - siedemnastolatka rozważa takie sprawy i w taki sposób. Nienawidzę, gdy ludzie mówią mi "nie udawaj takiej dorosłej". Proszę, nie powtarzajcie tego, tylko spróbujcie zrozumieć albo, jeśli Wam moje zachowanie przeszkadza, ujmijcie to po prostu innymi słowami. Lubię szczerość, ale taktowną, inaczej mogę zareagować w dziwny sposób. Jak tak dalej pójdzie,  napiszę instrukcję obsługi mojej własnej osoby. Chcę przestać tyle myśleć, ale jak tak się stanie, będę całkiem innym człowiekiem, a trochę się boję tak drastycznej zmiany. Jedno muszę przyznać, dużo lepiej się bawię, kiedy nie myślę o reszcie, tylko o sobie, ale nie lubię być egoistką. Chyba nie byłam i nie stałam się nią jeszcze. Jakie to cudowne, że można zakochać się w czyimś uśmiechu! Ponoć mój też potrafi się spodobać.

Niemożliwe jest zakochać się tak szybko, ale pierwszy raz spotkałam osobę, z którą czułam się tak związana, pomimo że bardzo krótko ją znałam. Nie, to nie jest miłość. Chociaż dowiedziałam się, że mnie kocha (dwa razy! ta dwójka zabawnie często się ostatnio powtarza), jednak, żeby nie było niedomówień, już na wstępie zaznaczę, iż było to powiedziane bardziej w żartach - pierwszy raz, jak wiedziałam, co to jest World of Warcraft, a drugi, kiedy domyśliłam się, o jaki napis chodzi, gdy tylko usłyszałam pierwszą jego część po angielsku (veni, vidi, vici). Gitara i piosenka Coldplay'a pomogły mi na chwilę odpocząć od wciąż powracających wspomnień z Bułgarii. Naprawdę mi się tam podobało. Uwielbiam gorące klimaty i to że nikt mnie nie ocenia, a jeśli już to robi, jest mi to całkiem obojętne (wyłączając oceny na plus - je biorę do siebie, nawet kiedy wypowiedziane są pod wpływem alkoholu :)).

Tak sobie teraz myślę, że moje wpisy straciły ten patetyczny charakter, jaki niejednokrotnie im towarzyszył. Kiedyś sądziłam, że mój język zależy od książek i inspiracji w danym momencie, ale może istnieją jeszcze jakieś czynniki?

P. S. zacznę dodawać piosenki, od których nie mogę się uwolnić.
Od wyjazdu jest to "Get lucky" :)

Kartie

wtorek, 16 lipca 2013

Bułgarski sen

Ach, wróciłam, chociaż chciałabym zostać tam jak najdłużej, zwłaszcza przez wzgląd na jedną osobę, którą naprawdę, naprawdę polubiłam. Jak zwykle głupio mi, że najpierw byłam wystraszona i zniechęcona, a później okazało się, iż nie było ku temu żadnych powodów. Jedynym plusem tych moich uczuć jest to, że nie przeszkadzają mi na tyle, żebym miała rezygnować z planów i jednak przekonuję się do tego, aby zrobić coś wbrew sobie, bo "przecież może okazać się fajnie" (i zwykle okazuje, ale najpierw nie mogę w to uwierzyć).

Dzisiejszy wpis będzie trochę relacją z wyjazdu, trochę spisem rzeczy, które zrobiłam po raz pierwszy, a trochę okazją do wyżalenia się.

Otóż, teraz otwarcie mogę powiedzieć, że pojechałam do Bułgarii, gdzie było cudownie, przepięknie, komercyjnie, ale przeżyłam tam niezapomniane chwile, o czym zaraz bardziej szczegółowo opowiem. Leciałam samolotem i muszę przyznać, że z katastrofą lotniczą od razu się pogodziłam, ale bardziej martwiło mnie prawdopodobieństwo ataku terrorystycznego - bo przecież jak się rozbijemy, to w sumie marne szanse, że przeżyjemy, więc będzie nam już to obojętne (naszym bliskim mniej, ale jakoś sobie poradzą), jednak jeśli napadną nas jacyś niewyżyci, pragnący zemsty i rozgłosu agresorzy, to nie wiadomo, jaki będzie nasz los - zostaniemy wystrzeleni od razu czy każą nam robić różne dziwne rzeczy? Na szczęście te niedorzeczne myśli przeszły mi po paru godzinach zastanawiania się, więc lot miałam całkowicie spokojny (psychicznie, bo w praktyce były podobno lekkie turbulencje).
Kiedy dolecieliśmy do Burgas, czekała nas kontrola paszportów i mogliśmy po tym udać się do dwóch autokarów (przydzielono mnie do tego z numerem 7 - przypadek? nie sądzę :P). Jechaliśmy mniej więcej pół godziny, ale przeminęło prawie błyskawicznie. Nie pamiętam dokładnie pierwszego dnia, wszystko tak szybko się działo. Wypakowanie, oglądanie, plaża, deszcz. Z początku byłam zmartwiona, że będę tylko podpierać ściany przez cały obóz, ale na szczęście tak się nie stało, bo muszę się pochwalić, że pierwszy raz:
- poszłam na prawdziwą dyskotekę (klub Lazur - dwa razy!),
- byłam na obozie, gdzie był taki rygor,
- tańczyłam z Brazylijczykiem (ach, Louis, który nie palił, był przystojny i grał w piłkę nożną),
- udało mi się zatańczyć (dwa razy!) z Jaronem z Izraela, którego spotkałam na dyskotece właśnie w jego pierwszy, a później ostatni dzień (pamiętał mnie, a ja jego - przeznaczenie? :D),
- ktoś powiedział, że jestem sexy,
- rozmawiałam z Bułgarem,
- grałam w piłkę nożną z kelnerami,
- zdarłam sobie skórę ze stopy, tańcząc flashmoba boso na chodniku,
- kibicowałam Polsce w meczu Polska - Bułgaria, kiedy byłam w Bułgarii,
- spotkałam kogoś, kto przypomina i ma głos jak niedźwiedź,
- jadłam przez parę dni z rzędu jajecznicę,
- spróbowałam chłodnika z ogórków (miał jakąś śmieszną nazwę, której niestety nie zapamiętałam) i smakował jak kwaśna mizeria,
- ktoś tak bardzo mi się spodobał (a ja jemu :( ),
- poznałam człowieka, który potrafi zrobić minę z mema "Bitch, please" (i wygląda niemalże identycznie),
- tak dobrze się z kimś obcym dogadywałam,
- czułam, że naprawdę umiem porozumiewać się po angielsku,
- piłam tak okropne soki, które zostawiały osad na zębach,
- miałam w pokoju zepsuty zamek, który przez przypadek, w jakiś magiczny sposób naprawiłam,
- skakałam ze statku,
- byłam w Aquaparku,
- tyle się śmiałam przy jedzeniu,
- tak bardzo chciałam z kimś zatańczyć,
- miałam tak wysoką samoocenę,
- zrobiono mi zdjęcie iPhonem,
- miałam zabandażowaną kończynę (nie dla ćwiczeń),
- tak bardzo chciałam zostać, nie wyjeżdżać,
- nie udało mi się nic a nic utargować, pomimo najpiękniejszego uśmiechu, na jaki było mnie stać i usilnych prób,
- piłam z plastikowego kubka nie używając do tego rąk (wiadomo, jak się to skończyło),
- próbowałam żonglować jedną ręką,
- zabiłam gigantycznego świerszcza,
- rozmawiałam z Rosjaninem,
- usłyszałam, że słodko mówię "relationship",
- ktoś tyle razy mówił mi, że bardzo chce mnie pocałować, ale tego nie zrobi,
- nie byłam tylko "siostrą Banana", haha,
- miałam pomalowaną twarz na barwy Polski (jako dowód pokażę moje ulubione zdjęcie):

- uczyłam się Bułgarskiego,
- nie zdążyłam się pożegnać :(

Tym ostatnim zakończę tę listę. Było mi strasznie smutno, ale powstrzymałam łzy. Pomogły mi w tym myśli, które ciągle nasuwały zabawne momenty, jak chwile, kiedy filiżanka upadła, moje "relationship" i reakcja na to, i stwierdzenie, że uśmiecham się cały czas, a jak będę zła i zacznę na kogoś krzyczeć, to też z takim szerokim suszeniem zębów. Polska przegrała, ale było niesamowicie. Słoneczny Brzeg to naprawdę strasznie komercyjne miejsce i normalnie by mnie to irytowało, ale tam było coś takiego, co nie pozwalało mi być złą. Po prostu wczułam się w klimat i nic nie było w stanie mnie zdenerwować. Nawet nadgorliwa opiekunka. Było idealnie, dlatego tak bardzo chciałam zostać.

Najbardziej żałuję, że nie miałam okazji się pożegnać. Czuję się przygnębiona i szczęśliwa zarazem, kiedy przypominam sobie przedwczorajszą rozmowę. To było tak słodkie i przykre jednocześnie, że nie jestem pewna, jak powinnam była zareagować. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś uda mi się przeżyć coś takiego. Mam nadzieję, że pewnego dnia spotkam ponownie Sachę (napakowany), Valenitna (słodki barman), Lubo (dzieciak), Dancho (niedźwiedź), Andre (8-letni chłopczyk), Bożydara (ten od nogi) i oczywiście Stanimira (nie wymaga komentarza). Bardzo za nimi tęsknię. Ja też nienawidzę się żegnać.

Kartie

poniedziałek, 1 lipca 2013

Eksperymentalny ideał

Ostrzegam na wstępie, że dzisiaj stosunkowo dużo ukrytych linków :) No, dobrze, nie są ukryte.

Rozpływam się w złości. Tracę samą siebie. Próbowałam przeprowadzić pewien eksperyment, ale nie wiem, czy jestem zadowolona z wyników. Wychodzi na to, że nikt nie znajduje się w podobnej sytuacji do mnie - albo nie myśli o tym, albo ma wszystko zaplanowane. Zastanawiałam się, kim jestem. Zasmuciła mnie ostatnia informacja, ale sobie już z nią poradziłam i wróciłam do tymczasowego stanu równowagi chwiejnej.

Muzyka z "Wyśnionych miłości".

Specjalnie się ubrałam, żeby móc napisać, że siedzę sobie teraz w czarnej hipsterskiej bluzie. Wydaje mi się, że nie mogę powiedzieć o sobie niczego, czego byłabym w zupełności pewna. To trochę niemożliwe. Kim ja właściwie jestem?

Ten eksperyment dał mi do myślenia i miałam zrobić coś w stylu podsumowania, ale postanowiłam, że stworzę swój własny wzór, inspirując się odpowiedziami.

Dobrze, żeby miał brązowe oczy, aczkolwiek nie jest to konieczne. Najważniejsze, żeby nie palił, bez tego nie przejdzie. Chociaż czasem fajnie pooglądać zdjęcia lub wyobrazić sobie artystę z chmurą dymu dookoła, niczym Stachura w moim mniemaniu, to jednak uważam, że to zbyt odpychające, zwłaszcza zapach - robi mi się od niego słabo (w złym tego słowa znaczeniu). Co to za książę z bajki z fajką w ustach, pożółkłymi paznokciami i odpychającym zapachem? Ciężko znoszę arogancję, ale w zasadzie jestem człowiekiem, który łatwo się do wszystkiego dostosowuje i w moim przypadku rzeczywiście działa zdanie "miłość jest ślepa". Chciałabym, żeby jego uśmiech działał na mnie tak jak uśmiech Heatha Ledgera (odsyłam do mojego ulubionego). Dobre wrażenie robi na mnie też głębokie spojrzenie, ale bez poczucia humoru będzie ciężko - ktoś mnie musi rozruszać :) Najbardziej zależy mi na poczuciu bezpieczeństwa, że przy tym człowieku nic mi nie grozi. Lubię wrażliwych ludzi, bo wtedy nie czuję się samotna. Po przeczytaniu niektórych odpowiedzi przypomniałam sobie, że rzeczywiście (i rzeczy wisiały - bursiany suchar) pasja jest niezwykle istotna. Chciałabym znaleźć kogoś, kto zaraziłby mnie swoją. Podobają mi się gitarzyści, ale niekoniecznie zależy mi na związku z jakimś. Poza tym fajnie byłoby, gdyby umiał gotować (ponoć najlepszymi kucharzami są właśnie mężczyźni, a mnie oszczędziłoby to roboty :P). Do totalnego zniechęcenia wszelkich kandydatów, jeśli jeszcze takowi się zachowali, zapraszam do mojej listy sprzed prawie dwóch lat. Jestem samobójcą, nie powinnam tego przypominać. Zostanę memowym "forever alone". Zacytuję jeszcze siebie samą: "mój ideał to połączenie młodego Stuhra i Heatha Ledgera" (ale nie bać żaby, dopuszczam większe dowolności krzyżówek). Marzę o chłopaku, który pocałuje mnie w deszczu (tak, oklepany motyw komedii romantycznych. Najpierw się z nich śmieję, a później spostrzegam, że sama tego pragnę), o kimś, kto jednego dnia będzie ze mną leżał na trawie i wpatrywał w chmury, a drugiego przewiezie na motorze. Potrzebuję kogoś, kto będzie pełen tylu wewnętrznych sprzeczności, co ja.

Tyle na dzisiaj, żeby już więcej nie przedłużać. Myślę, że jak na moje przemyślenia jest wyjątkowo treściwie. Tego wieczoru oddam się graniu na gitarze lub oglądnięciu reszty filmu "Ben Hur" (a wierzcie, że to długa reszta, bo oglądnęłam dopiero dziesięć minut, a całość trwa ponad trzy godziny, więc raczej gitara wygra). Sporo nawiasów dzisiaj. Mam wielką ochotę zedytować ten post w przyszłości, ale jakiś czas temu postanowiłam sobie, że nie będę nic poprawiać (nawet głupich ortografów czy interpunkcyjnych [chyba że w niezbyt odległym czasie]), żeby mieć pełny ogląd rzeczywistości i stanu emocjonalnego z danego dnia, kiedy cokolwiek pisałam.

Kartie