wtorek, 27 sierpnia 2013

Czy chcę wiedzieć?

Miałam sen, że wróciło to, co było. Słyszałam piękne rzeczy. Ciężko było postąpić "dobrze". Dobija mnie to, że nawet we śnie chcę być za wszelką cenę etyczna. Później większość miasta została zalana wodą. Wciąż badam swoją pamięć. Jest całkiem niezła, choć od eksperymentu z dr. Kawashimą odstąpiłam z racji braku samodyscypliny. Muszę poszukać jeszcze fajniejszych książek, jak wrócę do Krakowa. Dowiaduję się o tylu niesamowitych miejscach!

Jeszcze tylko parę dni pozostało. Myślę, że czuję się tak samo otwarta (lub może nawet bardziej) jak w tamtym roku. Ekscytacja nowymi doświadczeniami zwiększa się z każdym dniem. To tylko szkoła, wiem, jednak nigdy nie spodziewałam się, że będę z niej tak zadowolona. Cieszę się, że dokonałam tego wyboru. Pewnie mówiłam to już nieskończoną policzalną ilość razy, ale wreszcie czuję, iż jestem w dobrym miejscu i idealnie do mnie pasuje. Otoczenie też jest niesamowite. Znów zawitam u sióstr. Uwielbiam to, że zawsze ktoś tam jest. Kiedy wracam zdołowana, zapłakana, mam stuprocentową pewność, że spotkam kogoś, kto będzie chciał mnie wysłuchać, pomóc, a jak nie, to przynajmniej odwróci moją uwagę od problemów. W ogóle same dylematy nie są tak ważne, tracą na znaczeniu, jeśli bierze się pod uwagę całość. Nieraz zastanawiam się, jakby było, gdybym zdecydowała się pójść do innej szkoły. Czy byłabym szczęśliwa? Teraz jestem i to bardzo!

Pamiętam, że nieraz zdarzało mi się być bardzo zasmuconą jakimś wydarzeniem, bo ja wszystko do siebie biorę, ale, kiedy próbowałam opowiedzieć, co się stało, dochodziłam do wniosku, że to jest po prostu śmieszne. Myślę, że nareszcie się uodporniłam. Nie mam pojęcia, jak do tego doszło, ale jestem niezwykle usatysfakcjonowana efektem.

Dzisiaj czeka mnie wielkie wyzwanie :) Poza tym może upiekę babeczki. Trzeba się nauczyć gotować! O, ironio! Najbardziej lubię jeść wszelkie eksperymenty kulinarne, a najbardziej gotować zgodnie z przepisem. Zgłodniałam na samą myśl.

Książka leży otwarta, a mi i tak bardziej uśmiecha się oglądanie psychodelicznych filmów lub ukochanego serialu. Ostatnio znalazłam odcinek do tego gifa. Jeszcze nie skończyłam drugiego sezonu, ale powoli się do tego zbliżam. Wciąż nie mogę opanować myśli i skupić się na czymkolwiek produktywnym (chyba że zaliczyć pisanie bloga do tychże zajęć).

Zapomniałam pochwalić się, że parę dni temu znalazłam pierścionek, który był moim ulubionym. Przez czas prawdopodobnie dłuższy niż rok myślałam, że się zgubił "na amen", a tu czekała mnie niespodzianka! A już sobie obmyślałam, że jak będę miała w przyszłości swoje pieniądze, pójdę do jakiegoś złotnika, który wyrobi mi taki sam na podstawie zdjęć (bo na szczęście jakieś miałam!).

Zapętlone w odtwarzaczu. Zastanawiam się, kiedy mi się znudzi.



 Kartie

czwartek, 22 sierpnia 2013

Niespokojna dusza

Miałam nadzieję, ale zupełnie się tego nie spodziewałam. Po co było krakać? Stało się! Co dalej? Nie wiem, jak się zachować. Nie mogę się skupić. Próbuję. Muzyka Arctic Monkeys w słuchawkach i ciągłe rozmowy bez końca, bo trwają pomimo braku łączności. Cała jestem przepełniona szczęściem. Nie mogę go opanować. Cieszę się jak nigdy dotąd. W moich snach wszystko jest idealne.

Przeglądam zdjęcia. Mam ochotę po prostu popatrzeć komuś głęboko w oczy. Moje, odbite w lustrze, nie są wystarczające. Czegoś im brakuje... Duszy? Nie jestem pewna, co widzę. Nie jestem pewna, co widzą we mnie inni. Chciałabym potrafić żyć w równoległych światach naraz. Najlepiej, gdybym mogła jeden skonstruować od podstaw albo przynajmniej ustalić parę szczegółów. Gdyby nakreślić bieg moich myśli, powstałaby wyjątkowo kształtna rozeta.

Cały mój pokój pogrążony jest w ciemności. Widoczne jest tylko lekkie niebieskie światło monitora, które miękko pada na moją twarz. Moja dusza jest wyciszona. Powstrzymałam rozkojarzenie. Marzę i próbuję sobie wyśnić idealne spotkanie. Chcę ochłonąć. Niech ktoś wyleje mi wiadro zimnej wody na głowę. Chcę wskoczyć do basenu. Serwuje mi się tylko wrzątek. Cóż począć, moja niecierpliwa duszo, z emocjami, które pochłaniają całą twoją energię? Masz jeden, jedyny cel. Czuję, że tak powinno być. Gonię za swoimi marzeniami. Zawsze warto jakieś mieć.

Moje często się spełniają, ale staram się wybierać je rozważnie. Na myśl przychodzi mi tylko jedno, któremu się nie udało i raczej nie ma żadnych perspektyw, aby było możliwe, czego bardzo żałuję. W poszukiwaniu straconego czasu. Badam pamięć w moim otoczeniu. Głównie swoją, przeprowadzając wszelakie eksperymenty, ćwicząc, ale dzisiaj udało mi się także poznać ją od trochę innej strony. Odwiedziłam babcię, która przypomniała mi (zupełnie nieświadoma, że właśnie to robi), iż powinnam przygotować się i powoli zabierać się do pisania.

Siedem grzechów głównych pamięci według Daniela L. Schactera:
1. Nietrwałość.
2. Roztargnienie.
3. Blokowanie.
4. Błędne przypisanie.
5. Podatność na sugestię.
6. Tendencyjność.
7. Uporczywość.

Oddycham i wsłuchuję się w rytm swojego ciała. Ono jest teraz moim przewodnikiem. Mój umysł może odpocząć i pozwolić decydować materii, czy powinnam spać, czy jeść. Staję się ograniczona przez doczesność. Ciało jest tylko ciałem.

Pokochałam tę piosenkę. Dzięki niej nie potrzebuję żadnych słów.



Kartie

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Co robić, gdy internetu brak?

Mamo, ja mam wszystko zaplanowane, zwłaszcza solenie (sic!) pierogów leniwych z serem.

Były okropne. Zostałam uziemiona na parę dni bez internetu, więc w skrajnych przypadkach tęsknoty korzystałam z promocyjnego transferu na karcie w komórce, ale wyszło mi to nawet na dobre, bo zdążyłam zamówić książkę "Wyobrażenia społeczne: szkice o nadziei i pamięci zbiorowej" Bronisława Baczko (mój pierwszy zakup przez internet), która zdążyła dotrzeć już dzisiaj, miałam czas na poczytanie pierwszej części "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta, wybrałam się na wiejski festyn, gdzie usłyszałam najzabawniejszy komplement w całym moim życiu:


"Jesteś ładna, kur*a, bardzo ładna. Przepraszam za "kur*a"",

a także obejrzałam dwa filmy z niezliczonej kolekcji płyt - "Love story" (ponoć klasyka) i "Hamlet". Tym razem, dzięki swojemu urokowi osobistemu (lub innym szlachetnym czynnikom, o których, z racji przyzwoitości, nie będę wspominać) udało mi się otrzymać płaszcz, a raczej bluzę, od pewnego dżentelmena. W ramach owego festynu wybrałam się z bratem i jego kolegami (moimi też) na przechadzkę. Dwa razy usłyszałam, że jestem idealna i świetnie nadawałabym się na żonę (swoją drogą, czasami nie wiem, czy brać to jako komplement, czy raczej obelgę...).

Chcę czuć Cię wszystkimi zmysłami.
Zobaczyć, usłyszeć, dotknąć, zasmakować, powąchać.

Natchnęło mnie. Czuję się jak poetka. Nagle zaczęłam pragnąć, aby ludzie dotrzymywali obietnic. No, może jeden człowiek. Nie mogę przestać myśleć o tym wszystkim. Przenoszę się w miejscu i w czasie. Moja wyobraźnia nigdy nie pracowała na tak wysokich obrotach. A jeśli TO już się stało? Czy wtedy przegrałam? Kto pierwszy wywiesi białą flagę?

Staram się być dobrym człowiekiem. Nie będę kłamać. Przepraszam wszystkich tych, wobec których nie byłam szczera. Chcę być szczera. Chyba po to opisuję moje życie.

"Człowiek jest trzciną najsłabszą na wietrze, najwątlejszą w przyrodzie, ale trzciną myślącą"
Blaise Pascal

Właściwie, nie jestem smutna, jestem szczęśliwa. 

Kartie

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wymarz swój sen

Bycie brutalnym jest zabawne.

Szukam ostatnio dobrej poezji angielskiej. Mam już parę typów, ale jeszcze się w nie nie zagłębiłam. (Mówiłam już, że uwielbiam zbitki podobnych wyrazów? Dla mnie zawsze mają znaczenie) Zacznijmy od definicji "dobrej poezji angielskiej", czyli takiej, która będzie wartościowa, piękna, po angielsku, ale taka, żebym ze swoimi zdolnościami (i pomocą słownika) mogła ją zrozumieć. Cały czas mam ochotę czytać o miłości. Moje życie chyba naprawdę się wokół niej kręci. Szukam swojego wzoru, aby nauczyć się jak rozwinąć tę jedyną, prawdziwą miłość.

Oglądnęłam dzisiaj piękny film - "To the Wonder". Spodobał mi się już od pierwszego kadru. Natknęłam się na niego w dosyć nietypowy sposób - szukając odpowiedniego gifa. Bardzo mi się spodobał obrazek, który znalazłam zamiast niego. Postanowiłam, że zamiast ślepo ufać swojej liście, spróbuję czegoś nowego - dla odmiany. Tak spędziłam dwie godziny na oglądaniu (jeśli by zliczyć to nawet więcej, bo co chwilę przerywałam, żeby coś zobaczyć/zrobić/sprawdzić/odpisać) tego emocjonalnego utworu. Klimatyczna muzyka doskonale oddawała charakter filmu. Miałam wrażenie, że już raz coś podobnego widziałam. Po chwili namysłu wspomnienia doprowadziły mnie do "Drzewa życia". Jak się okazało, niedaleko spadło jabłko od jabłoni, ponieważ oba filmy są dziełem Terrenca Malicka, który napisał do nich scenariusz i je wyreżyserował. Nie wiem, czy jest to dzieło do polecenia. Ostatnio polubiłam nieoczywiste i niebanalne dialogi, obrazy oparte na domysłach i filmy, podczas których ucieka się do całkiem innego świata oraz skupia na własnych emocjach, porównując je do przeżyć bohaterów. Może brakuje tu trochę poczucia humoru i odrobiny dystansu, ale wydaje mi się, że taki świat jest bardziej duchowy. Zdarzają mi się momenty, kiedy mam dość dbania o to, co na siebie założę. Kiedy czuję się zmęczona pożądaniem. Kiedy wiem, że ktoś traktuje mnie jak mięso, a sam zachowuje się niczym myśliwy. Kiedy łapię się na postrzeganiu ludzi w czysto materialny sposób. Kiedy dostrzegam, że jestem zbyt przyziemna.

Zastanawiam się, jaki kształt miałaby moja dusza, gdyby była ciałem?

Jak wyglądałyby uczucia, gdyby spróbować przedstawić je za pomocą symboli?

Starzeję się z każdym dniem, ale pytań coraz więcej. Owszem, znajduję odpowiedzi na część z nich i z każdej jestem dumna (mój mały osobisty sukces), ale zaraz uświadamiam sobie, że jeszcze długa droga przede mną.

Czuję się spełniona! Jak szybko dwa zdania potrafią zmienić mój nastrój :D To takie miłe. Zawsze wierzyłam.

Dzisiaj noc spadających gwiazd i zapowiada się też seans filmowy. Chciałabym nie musieć spać. Mieć do zagospodarowania całe cenne dwadzieścia cztery godziny. Móc zrobić z nimi, co tylko zechcę. Na razie, w wyniku smutnej konieczności conocnego snu, muszę się mierzyć z wciąż bzyczącymi komarami, które chyba nie rozumieją, jak bardzo chciałabym ich nie słyszeć i największy apetyt mają właśnie wtedy, kiedy już prawie udaje mi się pogrążyć w marzeniach. Za dnia też są uciążliwe, ale ich zaletą jest to, że przynajmniej ćwiczę swoją wolę i staje się coraz bardziej "silna", gdy usiłuję się nie drapać.

Śniło mi się, że byłam aktorką (całkiem niezłą! :O) w teatrze i improwizowałam, a potem pojawiło się dwóch mężczyzn, którzy grozili mi, że mnie zabiją, jeśli nie oddam im mojego roweru (jeden groził pistoletem), więc postąpiłam zgodnie z ich instrukcjami, choć przez myśl (tak, potrafię myśleć podczas snu, co jest trochę komiczne) przeszło mi zrobienie jakiegoś tricku godnego prawdziwych filmów akcji.

Na noc coś delikatnego:



Pozdrowienia od szczęśliwej i niecierpliwej
Kartie

sobota, 10 sierpnia 2013

What Katie did

Dzięki wyobraźni w cudowny sposób potrafię sprawić, że moje marzenia się spełniają. Zawsze myślałam, że jednym z najgorszych doświadczeń jest patrzenie, kiedy inni dostają to, czego my najbardziej pragniemy i nie doceniają tak, jak, zdaje nam się, moglibyśmy my. Uświadomiłam sobie, że to strasznie skoncentrowane na sobie podejście. Zastanówmy się, ile takich marzeń spełniło się nam, a nawet nie zwróciliśmy na to uwagi?

Gdyby teleportacja była możliwa, wiem, gdzie chciałabym się teraz znaleźć.

Jeśli mogłabym cofnąć czas, nie poprawiałabym zupełnie nic, tylko przeżyła wszystko jeszcze raz.

Czuję w sobie ogromną siłę. Mogłabym góry przenosić. Spełniać sny innych. Poświęcić się wyższym celom. Chciałabym poznać ludzi. Zagłębić się w ich procesy myślowe. Odkryć mechanizmy, jakimi posługuje się nasz mózg. Nauczyć się panować nad emocjami. Obecnie można obserwować u mnie stan nieprzeciętnych radości, samorealizacji oraz ekstatycznego napawania się teraźniejszością. Robię się nieznośna. Pragnę zarażać swoim entuzjazmem. Doceniać ludzi i być docenioną. Przypominam sobie ostatnie wydarzenia i zastanawiam się, jak odróżnić, czy ludziom naprawdę podoba się to, co robisz, czy tylko się nabijają? Sprawa wydaje się oczywista, ale rozwiązanie już tak oczywiste nie jest.

Och, chciałabym nauczyć się pisać bardziej metaforycznie. Wydaje mi się, że moje słowa są puste, podczas gdy wkładam w nie tyle emocji! Wciąż jestem monotematyczna. Nawet, kiedy przeskakuję z tematu na temat, jak mantra powraca jedna myśl. Nie potrafię się od niej odgonić, jak od komarów. "Koronka" zaczyna być moim ulubionym słowem. Nigdy tak wcześniej o nim nie myślałam. Pasowałaby do mnie rola językoznawcy. Nadal nie potrafię znaleźć odpowiedniej kategorii dla siebie.

Na koniec zostawiam piosenkę o mojej imienniczce. Podobno moje to jedno z trzech, które gwarantują największy sukces (ja jednak myślę, że wpływ na to ma popularność nazywania w ten sposób dzieci, a nie jakieś magiczne moce). Podoba mi się jej brzmienie. Ostatnio słuchałam jej dwa lata temu, ale coś sprawiło, że nie została wymazana z mojej pamięci. Z resztą bardzo słusznie, bo lubię powracać do "zapomnianych" utworów. Mają w sobie siłę i ukryty potencjał. Można je odtwarzać i wciąż doszukiwać się czegoś nowego. Najlepszym czynnikiem jest czas. Choć współcześnie postrzegany jest odwrotnie, uważam, że to on wydobywa największe piękno. Ja też przywiązuję zbyt wielką wagę do wyglądu i ulotnych wartości (hmm... czy w takim razie można je nazwać "wartościami"?). Czuję się usprawiedliwiona, bo to "normalne".

Zamykam oczy i przenoszę się do innego świata, który jest jeszcze lepszy niż obecny.
Życzę sobie, aby nigdy nie tracić woli walki. Nawet w sytuacjach beznadziejnych, o ile są tego warte.

Błyskawice atakują!


P. S. Cuda się zdarzają! Parę dni temu myślałam, że nie ma szans na odzyskanie tego, co napisałam, a tu proszę - pojawiło się samo!

Kartie

środa, 7 sierpnia 2013

Niebo jeszcze nigdy nie było tak niebieskie

Ten tydzień spędzam aktywnie. Do tego wszystkiego brakuje mi tylko płyty z ćwiczeniami, ale, szczęśliwie, jestem osobą, która jeszcze nigdy nie musiała się odchudzać, ani być na diecie. Czy to nie zabawne, że dostałam spamową wiadomość o programie o ludziach poszukujących spotkanych kiedyś osób akurat wtedy, kiedy myślałam o chłopaku, z którym tańczyłam i dotarło do mnie, że fajnie byłoby go jeszcze raz zobaczyć i podziękować? Przypadek? Przeznaczenie? Żartuję z samej siebie. Minął miesiąc od pierwszej dyskoteki, a w mojej głowie wciąż tyle wrażeń. Pierwsze plany na przyszłe wakacje rozpoczęte. Moje marzenia wydają się ostatnio coraz bardziej realne.

Dzisiaj taki gorąc, że nawet ja (a przecież kocham upały) po kilkudziesięciu minutach przewracania się na kocu, postanowiłam wrócić do domu i oglądnąć kolejny odcinek "Przyjaciół". Zaczynam się od nich uzależniać. Czy jestem indywidualistką, czy tylko, kopiując innych, uparcie próbuję wmówić sobie, iż to moje własne dzieło? Skąd mam wiedzieć, czy jestem oryginalna? Może nie o to chodzi, aby być innym niż wszyscy, ale wyjątkowym wśród reszty. Wyróżniać się swoim kunsztem, pasją i talentem. Mówią, że, choćbyś, nie wiem jak, dobrze coś robił, zawsze znajdzie się jakiś Azjata, który robi to lepiej.

Powinnam wziąć ołówek i nauczyć się w końcu czegoś nowego. Od dłuższego czasu stanęłam w rozwoju, jeśli chodzi o własną twórczość plastyczną. Mój zmysł artystyczny się trochę wyostrzył, ale wciąż brakuje odpowiedniej wprawy. W szkole podstawowej zawsze irytowało mnie, iż potrafiłam wyobrazić sobie tyle pięknych rzeczy, a na papierze wszystko wychodziło... gorzej. Już i tak jestem zdolna do przedstawienia większej ilości przedmiotów, jednak wciąż ten problem mi doskwiera. Potrzebuję trochę pokory i cierpliwości. Ciekawe, czy, jak będę miała kiedyś córkę, zainteresuje ją moja przeszłość i to, o czym pisałam?

Mogłabym się nie starzeć, ale ja w każdym wieku czuję się dobrze. Oczywiście, nachodzą mnie myśli typu: "ciekawe, jak będę wyglądać jak będę stara" lub "ciekawe, jakie będzie moje życie za dwadzieścia lat", ale najlepiej czuję się w tym momencie. Wszystko idealnie.

Mogę śmiało powiedzieć, że jestem szczęśliwa. Bez żadnych "ale". Moje życie jest idealne. Nigdy nie chciałam tego przyznać, żeby nie dołować innych, ani nie pokazywać siebie jako zbyt zarozumiałą, ale dużo lepiej się czuję, kiedy w końcu to powiedziałam. Komplikowałam je sobie niezmiernie, ale najlepszą drogą do szczęścia jest zaakceptowanie tego, co otrzymaliśmy i wykorzystanie w najlepszy z możliwych sposobów. Pogodziłam się ze samą sobą. Pogodziłam się z tym, kim jestem. Pogodziłam się z tym, jak wyglądam. Zgodziłam się na całe dobro i na całe zło, które mnie spotyka. Jest idealnie. Niebo jeszcze nigdy nie było tak niebieskie, a trawa taka zielona.

Kartie

piątek, 2 sierpnia 2013

Proces twórczy

Justynka, nie czytaj tego.

"Problem stanowi skonstruowanie świata, słowa przyjdą prawie same. Rem tene, verba sequentur. Odwrotnie jest w poezji: Verba tene, res sequentur."
Umberto Eco

powieść jako fakt kosmologiczny
zasada antropiczna
echa intertekstualne

Nagromadzenie myśli. Tęsknota. Sprzeczne uczucia. Brak apetytu. Nie wszystko musi być uporządkowane, czasem wystarczy zbitka słów, żeby poczuć rzeczywistość. Dyfuzja wrażeń. Nierealny świat.

Skończyłam czytać "Imię róży".

"Stąd długie studiowanie zdjęć i planów w encyklopedii architektury: trzeba było ustalić plan opactwa, odległości, a nawet liczbę stopni krętych schodów. Marco Ferreri powiedział mi kiedyś, że moje dialogi są filmowe, gdyż trwają odpowiednio długo. Ma rację, bo kiedy dwóch moich bohaterów miało rozmawiać w drodze z refektarza do krużganków, pisałem dialog z planem przed oczyma, a kiedy docierali na miejsce przestawali mówić."
Umberto Eco


Jeszcze bardziej od książki uwielbiam, jak autor ją opisuje. Porusza różne zagadnienia, o których zwykły czytelnik raczej nie myśli i pośrednio zahacza o proces twórczy. Zawsze chciałam być pisarką, która potrafi przewidzieć wszystko. Dopracowuje każdy element co do najdrobniejszego szczegółu, pozostawiając też swobodę interpretacji. Kimś, kto tworzy całość, aby była rzeczywista, zgodna z prawdą i realiami powieści, ale która wychodzi poza utarte schematy, czyniąc opowieść jeszcze ciekawszą. Wieloświat literatury wciąż stoi przede mną otworem i mam nadzieję, uda mi się wysnuć całkowity wniosek i przelać go na papier, zamykając w skończonej-nieskończonej formie.

Chciałabym być niczym Joseph Grand, który ma jeden cel - usłyszeć krótkie zdanie "Panowie, kapelusze z głów!” Sprawić, aby ktoś zatrzymał się nad nim, choćby miał być to jedynie okres przelotnej fascynacji, która minie tak szybko, jak zwykły mijać chwile żywota najdrobniejszych owadów. Poświęcić swoje życie jednemu, jedynemu, ale za to jak ważnemu, zdaniu:

„W piękny poranek majowy wytworna amazonka, siedząc na wspaniałej kasztance, jechała kwitnącymi alejami Lasku Bulońskiego.”

Moim marzeniem jest stać się jak Goethe albo Bułhakow, którzy napisali swoje największe dzieła, nie dopuszczając do jednoznacznych sformułowań. Pragnę chwycić pióro w dłoń i nakreślić nim ramowy plan axis mea mundum. Nie obierać punktu zerowego jako początek, ale zadziornie cofnąć się jeden krok i obrócić na wielu płaszczyznach. Pisać, pisać. Tworzyć, tworzyć. Wymyślać, wymyślać. Pracować, pracować. Kreować, kreować. Nie przerywać.

Uporządkować zbiory nagromadzonych emocji. Przemyśleć każdy akapit. Zastanowić się nad każdym zdaniem. Rozważyć każdy wyraz. Obserwować każdą literę. Zrozumieć każdą kreskę. Pojąć każdą przerwę.

Przelewam wodę. Drapię się za uchem. Robię wielki krok do przodu, cofając się w podskokach. Życie nie musi być bezpośrednie. Mogę je zagmatwać. Mogę nie zadawać pytań. Decyduję o kolorze twarzy. Gdyby zbadać częstotliwość używanych przeze mnie wyrazów, na pierwszym miejscu uplasowałoby się właśnie "życie". Przecież nie ja wybrałam język, którym mówię od urodzenia. Przyszedł do nas wszystkich sam. Jeden. Wyjątkowy język znaków. Widzimy je wszędzie.

Nawet odbicie lustrzane nie jest tym samym, czym powinno nam się zdawać. Sztuka nowoczesna jest bardziej doczesna. Kiedy palce same wystukują rytm klawiszy, już nad tym nie panujesz. Wydaje się, że twoja podświadomość pracuje za ciebie. Nie wybierasz słów sam. To słowa wybierają ciebie. Poddajesz się muzyce swojego umysłu i nie pytasz o nic. Jesteś w danym momencie, w danych realiach. W stadium, z którego nie wypoczwarzy się piękny motyl. Skrywasz wewnątrz bestię. Potwora, który zżera cię od środka. Nie myślisz, więc nachodzą cię koszmary. Śnisz, więc opuszcza cię radość istnienia. Doprowadzasz się do skrajności, nie zdając sobie z tego sprawy.

Po prostu jesteś. Bezimienny. Ty, którego szukam, ale nie znajdę.



Kartie

czwartek, 1 sierpnia 2013

Zeszyt podróżny

Został miesiąc wakacji, dlatego ogłaszam koniec niezorganizowanego odpoczynku, spontanicznych wyjść. Najwyższy czas zacząć planować i przyzwyczajać się do rutyny. Niebawem wraca moja przyjaciółka, więc nareszcie będę mogła ją o wszystko wypytać i sama zdać relację z moich wojaży. Mam nadzieję skończyć dzisiaj "Imię róży" (bo te ostatnie 100 stron od paru dni czeka) oraz zacząć przygodę z dr. Kawashimą (parę miesięcy temu zabrakło mi samodyscypliny).

Już wczoraj rozpoczęłam mój sposób na połączenie przyjemnego z pożytecznym i oglądnęłam sześć odcinków "Przyjaciół" po angielsku. Nie, nie rozumiem wszystkiego, ale myślę, że powoli zaczynam wyłapywać słówka wraz z kontekstem (co uważam za najlepszą formę nauki). Przejechałam się także na rowerze i popływałam chwilkę (na dłużej nie pozwoliło mi słońce, które nie chciało świecić, a kiedy wychodzę z wody, strasznie się trzęsę z zimna, więc tylko ono pomaga mi zwykle szybciej się ogarnąć). Brakuje mi ostatnio motywacji. Zastanawiam się, po co rano wstaję z łóżka - przecież są wakacje. Swoją drogą, dużo rzeczy do roboty można by znaleźć. Pojawiły się tematy, więc teraz muszę się zastanowić, który wybrać i... zacząć czytać "odpowiednie" lektury. Byleby mnie tylko nie zniszczyły jak te ostatnio. Zbyt emocjonalnie do czytania podchodzę, przez co zbieram doświadczenia niemalże wszystkich bohaterów (nie tylko tych, z którymi się najbardziej utożsamiam, jak to zwykle bywa). 

Zrobiłam pierwsze kroki do porządku ze zdjęciami na komputerze i nośnikach pamięci. Z jednego folderu usunęłam koło pięciuset zdjęć, co zredukowało tam całą liczbę plików do "jedynych" tysiąca dwadzieścia jeden. Zmieniłam też tapetę, bo tamta trochę mi się znudziła. Obecna jest hołdem dla mojej ulubionej komedii romantycznej (chyba i tak za dużo ich nie oglądam) i najlepszego aktora. Piękne zdjęcie. Czarno-białe wszystko wygląda lepiej. Inaczej. Bardziej wzniośle. Ma większe znaczenie. 

Może w końcu zacznę spisywać pojedyncze myśli, jak to już miałam kiedyś w planach. Będę wszędzie nosić ze sobą notatki i być może kiedyś powstanie zeszyt podróżny na wzór tych, jakie miał Edward Stachura. Kolejny jeszcze niezrealizowany plan! Poezja. Poszukam malutkich tomików na strychu i może odkryję na nowo zapomnianego artystę lub poznam w końcu klasykę. Zawsze mówiłam, że nie nadaję się do czytania wierszy. Może coś w tym jest? 

Jestem poprawna politycznie. Aż za dość.



Kartie