sobota, 28 września 2013

Małopolska Noc Naukowców 2013

Cofnijmy się do dnia poprzedzającego piątek:

Zasiadłam na kozetce, przykładając pakunek z lodem do swojej lewej ręki. Atmosfera jak z filmu. Grecka muzyka w tle. Zerknęłam w stronę okna i byłam zmuszona przyznać, iż moje obawy potwierdziły się, ponieważ właśnie zaczął padać deszcz. Do gabinetu wszedł chłopak. Odwróciłam wzrok na zegar i próbowałam sobie przypomnieć, kiedy miało minąć te dziesięć minut. W tym momencie zadzwonił telefon. Spojrzałam w dół, poprawiłam okład i oparłam tył głowy o ścianę. Krople deszczu rozbijały się o szybę. Z radia do moich uszu tym razem dobiegały dźwięki walca. Mój palec został zabandażowany, zatem mogłam udać się do wyjścia i opuścić pomieszczenie.
Na zewnątrz czekało na mnie parę osób, z którymi podzieliłam się nabytymi informacjami, a następnie szybko pożegnałam i pomknęłam w doskonale znanym mi kierunku.


Piątek minął, jakby go nie było. Udało mi się przewidzieć bieg wydarzeń i podczas rozmów o przyszłości w międzyczasie ustalić plan reszty dnia. Po zakończeniu zajęć razem z przyjaciółką skierowałam się na obiad, a później spakowałam swoje rzeczy. Mogłam to sprawniej załatwić, ale nie spodziewałam się takiego obrotu sprawy. Od teraz naszej podróży towarzyszył urzekający tętent kół od walizki oraz sam przedmiot gwarantujący nam ten dźwięk, który, dzięki wspaniałej rączce, nawet nie sprawiał zbyt wiele kłopotu i aż tak uciążliwy nie był. Po tej przygodzie morał jest taki, że trzeba dawkować przyjemności. Rozpoczęłam podróż przez Kraków z przyjaciółką, bagażem i lekką obawą, iż ktoś może mnie dzisiaj uznać za (niedoszłą) terrorystkę. Naszym pierwszym celem, po tym jak ja skonsumowałam już swój posiłek, stała się meksykańska restauracja Alebriche. Grzechem byłoby tam nie pójść. Dostałam pięknie zamówioną po hiszpańsku tartę czekoladową, która przypomniała mi o ostatnich kulinarnych walkach z mikrofalówką. Była przepyszna, co stanowiło przyjemną odmianę dla mojego zwykłego pożywienia. Byłam zachwycona. Nawet teraz, pisząc tę relację, czuję zapachy, których w Alebriche było pełno. To naprawdę klimatyczne miejsce. Najbardziej spodobały mi się piękne serwety na stołach. Sposób mówienia po polsku naszego kelnera był rozbrajający. Całokształt sprawił, iż jestem prawie pewna, że jeszcze kiedyś tam zajrzymy.

Kiedy zdałyśmy sobie sprawę, jak szybko leci czas, zebrałyśmy rzeczy (i walizkę :) ) i szybkim krokiem dostałyśmy się pod Akademię Sztuk Pięknych, gdzie wypełniłyśmy ankiety oraz dostałyśmy koszulki (ostatnie dwa średnie rozmiary), a następnie przeszłyśmy do budynku numer 003, aby zobaczyć, co związanego z fotografią zostało tam przygotowane. Po całkiem długim czekaniu w kolejce, udało nam się dostać do ciemni, gdzie naświetlałyśmy stworzone przez nas kompozycje, które jakiś czas później zostały wywołane. Poplątałyśmy się chwilę po budynku, odwiedziłyśmy studio i trafiłyśmy na krótką prezentację o obróbce zdjęć. Kiedy się skończyła, poszłyśmy odebrać nasze dzieła. Całkiem interesujące.

Stamtąd droga do Collegium Witkowskiego była krótka. Obeszłyśmy tylko parę korytarzy, a po drodze wgłąb ulicy Gołębiej zostałyśmy zaproszone przez dwóch przebranych studentów do zwiedzenia Collegium Minus. Weszłyśmy do środka, ale miałyśmy jeszcze trochę planów do zrealizowania, więc nie zabawiłyśmy tam długo. Kolejnym punktem naszej wycieczki był Wydział Polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Byłam tam już kiedyś, ale o wczesnej porze. Wieczorem to miejsce wydawało się jeszcze bardziej magiczne. Tam spotkałyśmy trzy młode dziewczyny, którym moja przyjaciółka pokazała na mapie drogę do Wydziału Chemii. My same doszłyśmy do końca ulicy Gołębiej i skręciłyśmy na Rynek. Tam zatrzymał nas rajd rowerowy. Następnym celem była Akademia Górniczo-Hutnicza. Po drodze, na placu Szczepańskim, przystanęłyśmy na chwilę, żeby posłuchać muzyki - wokal, wiolonczela i klawisze.

Kiedy dotarłyśmy do naszego celu, okazało się, iż główny budynek jest zamknięty. Przed wejściem spotkałyśmy trzech studentów, których zapytałyśmy o drogę. Wytłumaczyli nam mniej więcej, dokąd się kierować. Posłuchałyśmy ich - poszłyśmy przed siebie w poszukiwaniu tajemniczego budynku D-17. Bezskutecznie. Przystanęłyśmy, żebym mogła jeszcze raz sprawdzić moją notatkę. Ci studenci właśnie przechodzili obok, więc zapytali, czy udało nam się go odnaleźć. Krótka odpowiedź: "średnio" może i nie była zbyt rozbudowana, ale za to niesamowicie wymowna, przez co chłopcy najprawdopodobniej postawili sobie za punkt honoru wybawienie bezbronnych niewiast z opresji, więc zaprowadzili nas dziwaczną drogą, gdyż musieliśmy przejść nad malutkim żywopłotem, co z walizką tak wygodne nie było, do bardziej poinformowanego osobnika, który ofiarował nam mapkę.

Sfotografowana przy lampach pod AGH. Demonicznie :>

Przeszliśmy wszyscy ulicą Czarnowiejską i tam zmartwiłam się, bo zastaliśmy tłum ludzi. Chłopcy robili zdjęcia mapy (żeby sami się nie zgubili), a my oszacowałyśmy liczbę osób i czas, jaki przyszłoby nam czekać, gdybyśmy zechciały dostać się na prezentację. W obliczu tych danych zmuszona byłam do rezygnacji z planu. Na szczęście nie byłam zawiedziona, bo wieczór i bez tego był pełen wrażeń. Podziękowałyśmy naszym przewodnikom i tu rozeszły się nasze ścieżki.

Następną - już ostatnią - lokalizacją na mapie odwiedzonych przez nas tego wieczoru miejsc została kawiarnia Cudowne Lata, gdzie było zbyt głośno i tłoczno dla mnie, co sprawiło, że to miejsce odwiedzać będę pewnie tylko z sentymentu lub z okazji ważnych wydarzeń (kto wie, ten wie :) ), nie ze względu na przyciągającą atmosferę. Choć słyszałam, że bywa przyjemniej, o ile nie wpada się tam w piątkowy wieczór.


Kartie

wtorek, 24 września 2013

Ciemność

"W blasku ranka, w nocy cieniach
Ktoś się rodzi dla cierpienia
W cieniach nocy, w dnia jasności
Ktoś się rodzi dla radości
Ktoś się rodzi dla radości
Ktoś się rodzi dla ciemności"
William Blake "Wróżby niewinności"
przeł. Józef Czechowicz

Odwiedziłam antykwariat i nie mogłam wyjść z podziwu nad tym, co odkryłam. Uwielbiam atmosferę takich miejsc. Coraz bardziej czuję, że zdecydowanie za mało czytam i zbyt wiele książek jeszcze na mnie czeka. Chciałabym móc wciągnąć się w nie i mieć czas na refleksje, nie musząc odrywać się od swoich zajęć. W ogóle najlepiej byłoby prowadzić swego rodzaju gnuśne życie, skupiając się na dziedzictwie kulturowym. Jestem okropnie leniwa. Potrzebuję jakiegoś impulsu. Czegoś, co doda mi siły do działania. 

Muszę odnaleźć siebie w sobie. Nie mogę nic poradzić na moje wewnętrzne stany, które zaczynają siać spustoszenie na pustyniach mojego charakteru. Przydałaby się dobra ręka, która sprawnymi ruchami miotłą odkryłaby starożytne figury i ruiny będące pozostałościami po okresach świetności. Nie pierwszy raz okazuje się, że za wszelką cenę chcę się oddzielić. Po co być częścią grupy, żeby z niej uciekać? Nauczyłam się żyć razem, ale osobno. Nie ma to najmniejszego znaczenia, bo jestem otoczona ludźmi, którzy mają znaczenie. 

Esencja mgły, z której wyłaniają się najpiękniejsze marzenia. Barwa najstraszniejszych odczuć, jakie kiedykolwiek kogokolwiek spotkały. Częstotliwość złudzeń. Potworne niedomówienia. Rzekome postaci. 

Myślę nad wszelakimi możliwymi zmianami. Błagam o nowość. Moje życie nie jest monotonne, ale czegoś w nim brakuje. Zaczynam uświadamiać sobie, co to dokładnie jest. Podnoszę powieki. Kieruję swój wzrok w stronę, w którą dawno nie patrzyłam. Mam ochotę zrobić coś, czego jeszcze nie robiłam. 

Usilnie proszę o możliwość spełnienia mojego marzenia o spotkaniu. 
Błagam o wskazanie mi drogi, jak mogę swój cel osiągnąć. 

W dążeniu do doskonałości pomoże mi...

Oczekuję nieskończonych pokładów dobra, nie oferując nic w zamian. Ten układ skazany jest na niesprawiedliwość i przekreślam jakiekolwiek szanse na jego powodzenie samą swoją istotą. 

Cieszę się, że znam tylu wspaniałych ludzi. Dziękuję wszystkim :) Kiedyś wymyślę sposób, w jaki będę mogła pokazać, co naprawdę czuję. Znajdę go. Jestem tego pewna. 


Kartie

wtorek, 17 września 2013

Jak oddzielić...?

Czy muszę tak często się mylić? Czy nie mogłabym po prostu od początku wiedzieć, czy jest tak, jak myślę, uważam, chcę oczekiwać, czy nie? Jestem tak oburzona swoją nieudolnością, że dzisiaj nie będę prawie w ogóle używać swoich słów. Zdam się na autorytety.

"Ach, jakiż dreszcz przebiega wszystkie me żyły, gdy palec mój przypadkiem dotknie jej palca, gdy nasze stopy spotykają się pod stołem! Cofam się jak przed ogniem, a jakaś tajemna moc pociąga mnie znowu; czuję zamęt we wszystkich zmysłach. O, a jej niewinność, jej prosta dusza nie czuje, jak bardzo mnie męczą te drobne poufałości. Gdy w rozmowie kładzie swą rękę na moją i wśród przejęcia się tematem bliżej się do mnie przysuwa, gdy boski oddech jej ust dosięga warg moich, zda mi się, że padam jakby rażony piorunem."
Johann Wolfgang Goethe "Cierpienia młodego Wertera"

Mur, do którego zostaliśmy przyparci, zaczyna się na nas walić. Czy rzeczywiście jesteśmy tak schematyczni? Nawet, próbując odbiec od utartych stereotypów? Zakochany oddala się i świat się oddala.

"Chociaż każda miłość przeżywana jest jako jedyna, chociaż podmiot odpycha myśl, że może się ona powtórzyć później, niekiedy dostrzega jakby rozproszenie miłosnego pragnienia; rozumie wówczas, że do samej śmierci zdany jest na łaskę i tułaczkę od jednej miłości do drugiej."
Roland Barthes "Fragmenty dyskursu miłosnego"

Czy musi tak być? To swego rodzaju mechanizm obronny. Co stałoby się z nami, gdybyśmy kochali tylko raz, jedną, wielką, niepowtarzalną miłością naszego życia i mielibyśmy dodatkowo takiego pecha, iż byłaby ona platoniczna? Czekałaby nas podróż z depresją lub zwinięcie żagli w czasie trwania rejsu. 

Dobrze nie czuć presji. Dobrze jest zachować swoją własną tożsamość. Dobrze jest żyć w zgodzie ze sobą i bez wewnętrznych tortur. Najlepiej jest nie ograniczać siebie samego bardziej, niż jest to wymagane. 
Albo miłość, albo twórczość? Czy zakochując się, skazujemy siebie samych na samotność? Podpisujemy swego rodzaju pakt. Każdy na innych osobistych warunkach. Jednak, kiedy obdarzymy kogoś prawdziwym uczuciem, nieuniknione staje się oddanie mu cząstki naszej duszy. Kim w takim wypadku się stajemy? 

Zaufanie, rozmowy, uśmiech, kontakt, pasja, wspólnota, bliskość - siedem istotnych czynników. Szukanie miłości z niemal stuprocentową pewnością gwarantuje niemożliwość jej znalezienia. Można dawać proste wskazówki, ale nie doprowadzą one do rozwiązania. Zwykle tworzy się je tylko po to, aby dać złudzenie przybliżenia, które w rzeczywistości skutkuje zagmatwaniem i zaplątaniem we własnych dążeniach. 

Co się stało z zasadą "złotego środka"? Co się stało ze mną? 

Jak oddzielić nagle serce od rozumu

Jak usłyszeć siebie pośród śpiewu tłumu?

M. Grechuta


Kartie

czwartek, 12 września 2013

Subiektywnie o przeszłości

Boli mnie gardło, ale liczę na to, że zaraz wszystko będzie w porządku i niebawem wrócę do normalnego stanu. Byle do jutra. W sobotę już jakoś wytrzymam. Nie lubię spać w ciągu dnia. Może spróbuję poczytać książkę. Zaparzyłam sobie zieloną herbatę i usiadłam przy grze z ciasteczkami, patrząc na kartkę z rysunkiem "Kasi po zjedzeniu tortu" umieszczonym na korkowej tablicy wiszącej na ścianie. Zajadam się najlepszymi żelkami na świecie i ustalam w głowie kolejność rzeczy do zrobienia.

Przepisałam dzisiaj jedno tłumaczenie ręcznie w zeszycie i byłam zadziwiona objętością. Zdawało mi się, że tego tekstu jest znacznie mniej, zwłaszcza, kiedy zapisywałam go tutaj. Jestem mocno zmotywowana do pracy nad sobą. Poznałam dzisiaj człowieka-legendę. O, nie! Mój słodki (wcale nie, bo bez cukru) boski napój powoli się wyczerpuje.

Chcę, żeby ktoś mnie pocałował. Chcę wiedzieć, że to prawda. Chcę to poczuć, zobaczyć, przekonać się na własnej skórze. Ta tęsknota rozrywa mnie od środka. Czuję się niezdolna do emocji, jednocześnie przywiązując zbyt wielką wagę do najdrobniejszych szczegółów. Szukam wszelkich przeciwwskazań. Bezskutecznie. Jeszcze nigdy nie czułam się tak związana z młodym Werterem. Sentymentalizm mnie nie przekonał, choć teatru w życiu nigdy dość.

W moim idealnym świecie nie miałabym ciała. W gruncie rzeczy potrzebuję oczu, nie wyobrażam sobie również życia bez nerwów. W ogóle to jestem niepoważna. Niedawno odkryłam, że ludzie (tak, w tym ja, choć staram się od takich norm odchodzić) rzeczywiście, wspominając swoje błędy, myślą kategoriami, które wskazują na to, iż mieli tyle samo doświadczenia wtedy, w momencie pomyłki, co teraz. W chwili rozważania swojej przeszłości, postrzegają ją, jakby wciąż byli takimi samymi ludźmi. Cofnij. Jakby od zawsze byli takimi samymi ludźmi. Jakby od zawsze mieli takie same poglądy. Jakby od zawsze mieli takie same pojęcie wartości. Dobrze wiemy, że byłoby to niemożliwe.

Cudownie jest być powodem radości dla ludzi. Cieszę się, że mogę im poprawić dzień swoją naiwnością, nieudolnością, radością, a także otwartością. Dobrze i niedobrze zarazem. Po co szukać środka łuku? Można wziąć strzałę i wepchnąć ją niczym harpun w sam środek serca.

Herkules!

Przypomniałam sobie właśnie, jak wygląda jedna z moich wymarzonych sukienek. Szmaragdowy wyraża wszystko, co chcę wyrazić. Tyle zieleni wokół mnie! Już niedługo...


Kartie

wtorek, 10 września 2013

Free Walking Tour

Dołączyłam do Free Walking Tour w Krakowie, zatem mogę oficjalnie wykreślić kolejne marzenie do spełnienia ze swojej listy. Poza tym wczoraj poznałam siostry z różnych stron świata (m. in. Kenia, Kanada, USA). Okazały się być bardzo sympatyczne, dlatego, kiedy je zobaczyłam na drodze, uśmiechnęłam się od ucha do ucha i przyspieszyłam kroku, żeby dotrzeć do nich prędzej.

Swoją drogą, pisanie w śmieszny sposób sprawia mi coraz więcej radości.

Od kilku dni czułam się strasznie zmęczona, ale dzisiaj jest znacznie lepiej. Znowu wypiłam tę okropną kawę. Mogłam trochę odetchnąć, ponieważ zrobiłam wcześniej wszystko, co miałam do zrobienia. Położyłam się na trawie, utkwiłam swój wzrok w toni wodnej, lecz nie na długo, ponieważ rozpraszał mnie telefon (jak to ostatnio moje najbliższe osoby zauważyły i nie oszczędzają nieraz drwiących słów, ani min, które wskazują na wybitne rozbawienie). Tak, mam świadomość tego, iż denerwuję ludzi. Pewnie za wczorajszy incydent parę osób mnie znienawidziło, ale to była najszybsza droga nauki (co nie znaczy wcale, że najlepsza, wiem).

Zrehabilitowałam się parokrotnie, ale nie w tym rzecz. Odwiedziłam antykwariat i zakupiłam album, który kusił mnie swoją okładką za każdym razem, kiedy mijałam wystawę, dlatego byłam bardzo zawiedziona, gdy zniknął z miejsca, gdzie go po raz pierwszy zobaczyłam. Przez długi czas bałam się, iż zmienił właściciela, ale niedawno odważyłam się w końcu zaglądnąć do środka i nie zawiodłam się, bo, po chwili spędzonej tam, udało mi się odszukać wspomnianą książkę (mianowicie zbiór zdjęć Beksińskiego) i poczułam, że grzechem byłoby nie wydać swych cennych pieniędzy na coś, czego pragnęłam przez kilka miesięcy, toteż po lekkim oswojeniu z ceną udałam się do kasy, gdzie sprzedawca (szczęśliwie dla mnie) zdecydował się obniżyć jej wartość, dodając z uśmiechem: "będzie na kawę". Wyszłam z budynku szczęśliwa. Z resztą nie ma się mi co dziwić. Zastanawiałam się jeszcze nad kupnem tomiku wierszy Edwarda Stachury, ale uznałam, że może mi nie wystarczyć funduszy na zakup książek do fizyki, a to, biorąc pod uwagę mój profil, byłoby profanacją.

Zbliża się czas, gdy dowiem się, czy moja praca jest coś warta.
Potrafię streszczać swoje największe i najbardziej obfite przeżycia w kilku zdaniach.
Skaczę po murkach i uważam to za najlepsze (cóż, bo najtańsze) hobby, jakie kiedykolwiek miałam :)

Rozpoczęłam trzeci sezon "Przyjaciół". Chwila odpoczynku, więc może skończę oglądać film "Czarny kot, biały kot". Zaintrygowała mnie dzisiejsza propozycja i chyba się nad nią dłużej zastanowię. Może filozofia lub filmoznawstwo? Czy raczej historia sztuki - "w razie czego"?

Kartie

wtorek, 3 września 2013

Minął ostatni dzień względnej wolności

Dzięki wspaniałym dziewczynom z mojej klasy odkryłam ostatnio niesamowitą rozrywkę, jaką jest geocaching. Zabawa przednia. Miny spacerowiczów, którzy spostrzegają nas zerkające pod ławki z twarzami wskazującymi na intensywny proces myślowy, są bezcenne. Uczucie odkrywania czegoś ukrytego robi swoje. Udawanie stewardessy też. Poza tym jestem bardzo miło zaskoczona początkiem nowych doświadczeń i wreszcie mogłam powrócić na moje ulubione miejsce na przerwach, czyli murek przy schodach. Tak cudownie zobaczyć wszystkie znajome twarze!

Dostałam na zamówienie świątecznego elfa z koralików i muszę przyznać, że jest jeszcze lepszy, niż myślałam, iż będzie. Jestem szczęśliwa i radosna. Uwielbiam, kiedy mam taki nastrój. Nic mi go nie potrafi zepsuć, do czasu... Ciekawa jestem, co sprawia, że następuje ten ów tajemniczy "czas"? A propos zagadek i sekretów - zastanawia mnie rozdział szósty.

Rozpiera mnie energia, pomimo że spałam dzisiaj tylko pięć godzin (ech, ze swojej własnej winy). Napiłam się kawy z automatu, która była okropna. Rozbawiło mnie, że już tak szybko udało mi się nie mieć lekcji. Ponadto dzisiaj uświadomiłam sobie, że nie wzięłam butów do ćwiczeń, więc zmuszona byłam do udania się do galerii handlowej, dokładniej sklepu obuwniczego, i zakupu odpowiednich. Poszło szybko, może nawet za szybko, bo wyrobiłam się w niecałą godzinę, choć troszkę czasu w kolejce stałam. Najwyraźniej wcale nie musiałam tak lecieć i się spieszyć. Przynajmniej nie miałam okazji w grzeczny (ani w ogóle w żaden) sposób odmawiać nagabującym ludziom :)

"Jak to, taka kolorowa dziewczyna i nie jest zainteresowana Greenpeace?"

Nowe mieszkanki z każdym dniem coraz bardziej mnie zadziwiają. Staram się być dobrze nastawiona.
Dzień bez matematyki, dniem straconym - osiem godzin. Poczułam się strasznie zakłopotana, ale też niezwykle szczęśliwa, że jest ktoś, kto mi ufa. Ostatnio mam straszny słowotok. Czuję, że mam wszystkim tyle do opowiedzenia, a czasu jest tak mało.

Zdjęcia zrobione, więc pamiątki będą. Na razie cieszę się, że nie potrzebuję martwić się kolejkami, dzięki temu, iż mam raczej oryginalne pory wykonywania różnych codziennych czynności (choć budzenie o szóstej do takich nie należy).

Życzę wielu przygód, woli walki, pragnienia poznawania oraz samych sukcesów, a samej sobie przeczytania "W stronę Swanna" M. Prousta.


"Kochać to znaczy być wrażliwym"
C. S. Lewis


Szczęśliwa
Kartie