czwartek, 25 grudnia 2014

Wszystko jest poezja

Te święta przeszły moje oczekiwania. Były naprawdę wspaniałe. Dostałam wymarzony prezent pod choinkę, którego propozycję rzuciłam bardziej w żartach, jako pomysł na przyszłe święta. Nie mogę uwierzyć! Muszę teraz tylko znaleźć miejsce, w którym takie rzeczy naprawiają. Dziękuję za wszystko, za wszystkie życzenia, za każdy sposób wsparcia, za to, że jesteście. Poza tym dostałam pięć tomów Stachury, na których zawsze zawieszałam oko, przechodząc obok antykwariatu. Jak to możliwe, że były na strychu, a ja o tym nie wiedziałam i pierwszy raz natknęłam się na nie przypadkiem w bibliotece?! Wreszcie mogę żyć powoli. Nie muszę nic robić chociaż przez chwilę. Jeszcze trochę, a naładuję się taką energią, że już nic nie będzie mi straszne. Mam w sobie tyle nadziei, że chwilowo nie boję się niczego. Niech przyjdzie koniec świata, chyba nigdy nie będę miała w sobie tyle spokoju, co teraz.

Aby tradycji stało się zadość w tym roku znowu ubierałam choinki. Uwielbiam ten rytuał, kiedy mogę puścić ulubioną świąteczną płytę, posprawdzać światełka, porozwieszać ozdoby, a na koniec strzepać cały brokat, który został mi na dłoniach i ubraniu. W tym roku z oświetleniem wiąże się ciekawe doświadczenie. Eksperymenty ze sprawdzaniem działania jednego z zestawów zakończyły się widowiskowym "pyk" - błysnęło przez chwilę, płytka trochę jaśniej, a chwilę później poczułam nie najprzyjemniejszy zapach. Tak, spaliłam światełka. Może i dobrze? Przynajmniej nie miałam okazji pomylić się podczas zawieszania ich na balkonie :) W związku z moimi ostatnimi elektrycznymi zamiłowaniami postanowiłam rozkręcić płytkę. Tam już doskonale było widać efekty mojej ingerencji - duże czarne ślady w miejscu styku z przewodem, a jeden drut był prawie całkowicie przepalony. Jednakże w każdym, nawet złym, wydarzeniu można odnaleźć jakieś dobro. Tak było również tym razem. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć kondensatory i oporniki na żywo, nie czując się jak totalny ignorant i wiedząc, że nie mylę ich między sobą.

Z ciekawostek z mojego życia dodam jeszcze, że dzisiaj skończyłam "Friends". Nawet nie wiem, co czuję. Co ja teraz będę robiła zamiast się uczyć? Już nie mam wymówki. Obietnica to obietnica. Przynajmniej te składane sobie mogę dotrzymać.

Ślę życzenia :) (jak to potwornie wygląda!)
Kartie

PS Życzę wszystkim, żeby Wasze kuzynki nie dziwiły się, że możecie tyle jeść :)

wtorek, 16 grudnia 2014

Kąt odbicia

Nie ma tego, co było. Nic nie jest straszne. Wszystko się rozmywa i wydaje mniej istotne niż kiedykolwiek. Tylko jedno przybiera wyraźniejszy kształt. Tworzy ciemny kontur odgradzający od reszty. Żyję w komiksie, w którym ludzie są przerysowani i niedorysowani. Sama jestem autorką. Wszystko to, co widzę jest dziełem moich oczu i mojej wyobraźni. Ludzie nie są źli - to ja źle patrzę na nich. Staram się nie widzieć zła w nikim.

Świat nigdy nie był piękniejszy niż teraz. Świat nigdy nie będzie piękniejszy niż jutro.

Czy tak mówi osoba zakochana? Może.

Wszystko zaczyna mi być obojętne. Wróć - wszystko przestaje być tak ważne, ale obojętne się nie staje i pewnie nie stanie nigdy. Słucham. Wszystkiego słucham. Pierwszy raz z prawie niczym się nie zgadzam. Każdego słucham. Nikt nie jest przeciwko mnie.

Czy jeśli tyle osób ma koncepcję na Twoje życie, która, ich zdaniem, byłaby gwarancją sukcesu, należy się do niej zastosować? Nie. Sami mamy lepszy wgląd w nasze życie. Wiem, czego chcę i wiem, co robić, żeby to osiągnąć. Potrzebuję rad, ale i tak zrobię po swojemu. Podstawowa różnica - wielostronne patrzenie. Nie zamykam się w tym, jak sama widzę swoje otoczenie. Patrzę z każdego zakamarka, zaglądam w każdy kąt. Nie ograniczam się.

Pierwszy raz czuję, że postępuję tak, jak powinnam. Zmiany się zbliżają. Niedługo zmienię środowisko, kąt patrzenia, kąt padania i kąt odbicia. Nic, co minęło, nie będzie ważne. Czas odkryć, kim tak naprawdę jestem. Bez masek, bez prowokacji, bez ironii i bez dystansu.

Potrzebowałam zderzenia, żeby się odbić.

Wszystkim życzę szczęścia i pewności, że to jest sposób, w jaki chcecie przeżyć własne życie.

Kartie

sobota, 6 grudnia 2014

Zmyślony ból

Nasuwa mi się na myśl kilka najprostszych pytań:

Skoro byłam nieszczęśliwa, dlaczego nie zapytałeś, czemu nie jestem szczęśliwa?

Skoro coś się zmieniło, dlaczego nie zapytałeś, dlaczego nie mogło pozostać takie samo?

Skoro było inaczej, dlaczego nie powiedziałeś, co Ci nie odpowiada?

Skoro widziałeś, że Cię potrzebuję, dlaczego odsuwałeś się ode mnie?

Mam poczucie, że zostałam zostawiona w momencie, w którym najbardziej potrzebowałam uwagi i czułości. Jak widzisz, potrafię sobie radzić bez Ciebie. Wiem, że tego nie czytasz. Wcześniej też nie zaglądałeś. Tym, na czym mi najbardziej zależało, też się nie interesowałeś. Czy w ogóle potrafiłbyś powiedzieć, gdybym ja Ci wprost nie zakomunikowała? Czy potrafisz to przyznać teraz? Gdybyś jednak zapytał - mam postanowienie, które daje mi siłę. I wspaniałych przyjaciół. Wszystko to, w czym nie chciałeś ze mną uczestniczyć, daje mi teraz moc do utrzymywania równowagi. Nie jestem zazdrosna. Nie rozumiem, jak mogłam być. Widzisz, co strach robi z ludźmi.

Zmieniło się to, że zaczęłam się bać. Wiadomo, co strach robi z ludźmi. Moja zmiana wywołana była innymi zmianami. Jakie to wszystko cudowne i jasne. Ciężko okazywać uczucia osobie, która ich nie odwzajemnia. Fizyczny aspekt miłości ma duże znaczenie. Może nawet większe niż powinien? Potrzebujemy tej otoczki rodem z komedii romantycznych. Potrzebujemy wyrazów przywiązania. Potrzebujemy szczerości w wyrażaniu uczuć. Nieważne, czy są zawsze pozytywne czy nie. Nie wszystko da się stłumić. To, co skrywane pod płaszczyzną taktu, nieśmiałości, lęków i dobrego smaku, kiedyś w końcu z nas wychodzi. Ucieka wszystkimi możliwymi drogami. Wyrazem tego może być skrzywiony uśmiech, odwracanie wzroku, krótszy uścisk. Wiedziałam, do czego to wszystko dąży, jeśli kierunek nie zostanie zmieniony. Próbowałam zmienić bieg rzeki, zapierając się wszystkim, czym tylko mogłam. Rzeka była zatruta. Po kolei pękała każda moja cząstka. Zabierał ją zbyt silny nurt. Wziął w posiadanie teraz, kiedy już mógł tylko zatopić na dnie i zmieszać ze szlamem.

Już nie muszę nic. Od początku wiedziałam, że do siebie nie pasujemy, ale jakoś wyszło. Wychodziło. Nie rozumiem, kto zmienił Twoje zdanie i po co to zrobił. Może przynajmniej Ty znajdziesz miłość swojego życia.

 Zaczynam wierzyć, że życie w związku to nie jest moje powołanie. Nie jestem jeszcze pewna, jakie ono naprawdę jest. Wydaje mi się to strasznie przykre, że teraz wszystkie swoje cele jako żony i matki będę musiała zapomnieć. Miałam wizję, nad którą wciąż pracowałam. Nasuwa się tu pytanie - po co? Po to, żeby być pewną, że to właśnie ta droga, że nie będzie lepszej żony dla mojego męża, że nie będzie lepszej matki dla mojego dziecka. Nie na siłę, bez parcia na doskonałość. Chodziło o wymiar miłości, jaką im będę przekazywać. Już wiem, do czego jestem pod tym względem zdolna. Trochę mnie to przeraża, gdy widzę, co potrafię czuć już na tym stopniu znajomości. Może moje życie jest już zaplanowane, a wydarzenie sprzed sześciu lat tylko wskazało na to, że to nie jest odpowiednia "kariera" dla mnie?

Zmieniam się. Cały czas się zmieniam. Kto się nie zmienia, stoi w miejscu. Kto stoi w miejscu, cofa się. Kto cofa się, nie rozwija się. Kto nie rozwija się, ten nie żyje.

 "Zmyślony ból"

Widziałam w Tobie to wszystko, zanim ona zobaczyła.
Dlaczego nie mieliście tematów do rozmów, dopóki Cię nie straciła?
Co to za zmowa, że to samo z ust Waszych wychodzi?
Nie znajdzie się nikt, kto nam obojgu to wynagrodzi.

Uciekacie od tych, którym na Was zależy,
kiedy nie wiecie co zrobić z takim zaangażowaniem.
Nie wszystko do Was należy.
Zagubieni w świecie uczuć, który nie jest pod Waszym panowaniem.

Kiedyś w centrum uwagi nie będzie żadne z Was.
Czas leczy rany...

Kiedyś przyjdzie ten czas.


Kartie

sobota, 22 listopada 2014

Nieedytowane

Susza.

Przerwany syndrom sztokholmski
zaczął się wcześniej
ale ja wciąż chcę mieć swoją klatkę
i swojego oprawcę
którego kocham
który nie jest oprawcą
który nie walczy

nie żyję syndromem
żyłam oprawcą
i... dla oprawcy



Zaplątana między
dwojgiem pisanych sobie ludzi
nie mogę oddychać
biorę wdech, a oni ściskają
mnie jeszcze mocniej
Nie są sobie pisani.
To ja byłam.
To było moje marzenie.
To jest mój świat.

Dla Niego nie jestem nikim
Dla Niego nie jestem w ogóle




Krzyczy ca-
ła moja dusza
żal wydobywa się przez łzy
wspominam wszystkie
chwile, kiedy mogłeś być szczęśliwy

Nie mogłam mówić
bezuważnie
podchodziłeś
koło mnie



Szum przewierca mi uszy
całowane przez niego

Mróz stabilizuje moje łzy
wylane przez niego

Ogień rozpala moje uczucia
nieprzerwane przez niego

Serce rozdziera na kawałki
wypełnione nim

bez niego



Czym jestem?
strzępkiem opinii innych
ciągłym staraniem
walką na śmierć
i życie o uwagę
cierpieniem dla cierpienia
ostatnią kroplą krwi
ostatkiem wszystkich sił



Nie jestem kochaniem.
Nie jestem księżniczką.
Nie jestem nikim ważnym.
Nie jestem tą, o którą warto się starać.
Nie jestem tą jedyną.
Nie jestem marzeniem.
Jestem niespełnieniem.



KRZYCZAŁAM ROZMOWĄ
krzyczałam ciszą
KRZYCZAŁAM RADOŚCIĄ
krzyczałam smutkiem
KRZYCZAŁAM ZAZDROŚCIĄ
krzyczałam obojętnością
KRZYCZAŁAM STARANIEM
krzyczałam uśmiechem
KRZYCZAŁAM PŁACZEM

Czy to ja jestem niema czy TY głuchy?



Jakie błędy popełniłam?
Stłumiłam go swoim uczuciem?
Przeszkadzałam staraniem?
Skrzywdziłam przywiązaniem?
Okazywałam żal, dlatego że mogłam dać mu wszystko.

...a on by tego nie zauważył.



Mój świat wciąż istnieje.
Tylko inaczej, gdzie indziej
ziszcza się komuś innemu.
Ktoś inny go zaśmieci.
Zabierze mu wolność.
To nie oni,
to my byliśmy dla siebie.
Jestem tylko opuszczonym satelitą.
Nie ma we mnie form życia,
czasem tylko ktoś wbije we mnie flagę.
Już nie wiem, ile pustych kraterów zostało.
Może to koniec?
"Koniec świata przyjdzie niezauważony"


PS Nie wierzyłam, że mogłam to śpiewać na serio. Katie Melua - Piece by Piece



Kartie

sobota, 15 listopada 2014

Popłoch

          "Oddycha się z ulgą, jak się zostaje z samym sobą. Lustrowcy, widmowcy, te latawce nad kołdrami, kołdrospychacze, bo i tacy są, kołdra puchnie, puchnie, robi przesuw. Potem się okazuje, że to ja się przesuwam. Czyli mną przesuwa. Coś. Życie i zmęczenie. Życzenia i złudzenia. O jedną, i to całą fizyczność za mało. Zawsze o jedną. Tak, że i to źle, i to.          
          A w pół? Właśnie, właśnie. Ale to wymaga kształceń dojść, wpraw."

Miron Białoszewski "Szumy, zlepy, ciągi"

 Minęło nieopatrzne przejście.

Na opak, na głowie, na rękach, na nosie, na ustach, na rzęsach. Bezuważnie, bezzrozumiale staje się. Stacza. Nie dotyka niczego, łamiąc porządek. Krzyczę w ścianie, którą sama zbudowałam. Jestem czy mnie nie ma?

Ślady, wszędzie ślady. Śladami. Niektórych świat po prostu omija.
"Bądź całym moim światem"
Nic nie działa. Prawda ma fałszywe brzmienie. Śmiech przez łzy jest oznaką szaleństwa. Nie wiem, czego potrzebuję. Nie wiem, czego mam dosyć.

Hałaśliwy chaos haseł. 

Jestem tchórzem. Nie przekraczam granic. Nie jestem artystką. Nie jestem normalna.

Konsekwencja? Zabawne. Jeszcze nigdy tak nie uderzyły mnie niczyje słowa. Niestety, moje biją bardziej. Nic nie działa. Determinizm istnieje. Nic nie pomaga.

"Od pewnego czasu, kiedy jestem nie sam, nie wpadam w stan potrzebny. A sam - subtelnieję w swojej grubej materii, podfruwa mi serce."
Miron Białoszewski "Szumy, zlepy, ciągi"

 
Mężczyźni myślą liniowo. Ot co, taki wniosek.


Kartie

sobota, 8 listopada 2014

Finchera Zaginiona dziewczyna

Czy przedstawienie siebie w lepszym świetle zmieni moje życie? Czy przekonywanie innych o tym, jak szczęśliwa i zadowolona jestem, sprawi, że sama w to uwierzę? Wymuszony uśmiech nigdy nie jest dobry. Wcale nie pomaga, bo ludzie doskonale wyczuwają tego rodzaju fałsz, tym bardziej, jeśli osobą kłamiącą jestem ja. Znowu te paradoksy. Co z tymi sprawami beznadziejnymi? Z lęku przed popełnianiem błędów, popełniam je. Przyciągam je do siebie. Wywołuję swoimi szamańskimi ceremoniami i pogańskimi rytuałami. Przywołuję, wyzywam, ziszczam.

Panika przed rozczarowaniem. Rozczarowanie paniką.

Bezdenna sztuka bzami się nie imająca. Zbyt mali ludzie skupieni koncentrycznie na granicy człowieczeństwa. Czy można mówić tu o romantycznym szale, czy to przypadek beznadziejny? Przypadek Buttona.

Jestem mechanizmem z na wpół wciśniętym przyciskiem. Bomba, która nie cyka, a może właśnie teraz wybuchnąć. Może już to zrobiła? Nikt nie zauważył. Nic na głos. Niemy szept. Krzycząca cisza. Rozzuchwalona bezradnością, niemocą i zbyt dużo "chcę".

ten nadmiar przymusu
woli
z własnej

zmęczona sobą
nuda bez zmian najmniejszych które konieczne do naprawy

chcieć mniej, robić mniej, mieć więcej.

Kartie

PS Finchera naprawdę polecam.

sobota, 25 października 2014

Czy droga, czy ścieżka?

Mam dość swojej niekonsekwencji i mam dość tego, że mi ona przeszkadza. Szukam sposobu na ucieczkę od tego, co mnie przygnębia, ale, kiedy już wydaje mi się, że ją znalazłam, często okazuje się, że ona obniża mój nastrój jeszcze bardziej.

Jest jedna jedyna, która nigdy się nie zmieni. Działała podczas najsmutniejszego jak dotąd czasu w moim życiu, kiedy miałam nadzieję, że jest jeszcze szansa. Wciąż ten promyk nadziei, że będzie inaczej. Że los się odmieni. Nie ma. Była, ale wyobraźnia zakazuje wierzyć, że cokolwiek miałoby sens. Wtedy był to, zdaje się, jakiś molowy marsz. Może Nocturn Chopina? Teraz nie wiem, dokąd idę. Może inaczej - wiem dokąd, ale nie wiem którędy. Co stanowi o moim życiu? Co mnie określa?

Oglądnęłam oczyszczający film. Po przerwie związanej z wcieleniem się w nauczyciela. Nadspodziewanie satysfakcjonujące. Moja sześcioletnia kuzynka uczy się grać na pianinie, a ja, niczym pozytywistyczna bohaterka, staram się skupić całą swoją moc i pracować cierpliwie, aby dać jej jak najwięcej z mojego doświadczenia, żeby nie zrazić jej do ćwiczeń, ani nie zepsuć talentu, który przecież może mieć. Chyba nie mam pojęcia, co robię. Trochę zaskakuję samą siebie.

Zapytana, co się dzieje. Nie odpowiadam. Wiem, że to drażni. Nie potrafię wydusić słowa. Cały czas rozważam, co może być ze mną nie tak. Może od początku nic nie jest, ale zauważam nieistniejące objawy albo sama je w sobie kreuję? To nie jest ten moment, kiedy chce się mówić o sobie. Bez zapasu chusteczek albo długich rękawów człowiek się nie obejdzie. Za dużo w nas emocji innych ludzi.

Przypomniał mi się epizod z mojego życia ze srebrnym naszyjnikiem na czarnym rzemyku. Coś tak wstydliwego, że nie chce się do tego wracać.

Coś, co zawsze poprawia nastrój :) 

Seal - Stand by me


Kartie

sobota, 18 października 2014

O powstawaniu idei

Dobry poranek to taki, kiedy wszystkie ważne sprawy załatwione są jeszcze przed śniadaniem, a ono samo składa się z sałatki z brokułów i własnoręcznie wykonanego sosu czosnkowego (który, o, dziwo, wychodzi), herbaty z sokiem malinowym oraz ciasta czekoladowego.

Przy tej całej "dorosłości" jest we mnie więcej dziecka, niż myślałam. Potrzebuję ciągłych pochwał, żeby wiedzieć, że coś robię dobrze. Z krytyką sobie radzę, ale nie mogę przeżyć bez jakiejś linii wspierającej. Na wszystko, co mi nie pasuje, najczęściej reaguję buntem na zasadzie: "na złość mamie odmrożę sobie uszy". Nie umiem rozładować emocji, a jedynym sposobem na nie jest płacz. Brak jakiegokolwiek konstruktywnego działania. Mówią, że lepiej się wypłakać, ale, jeśli ja nad tym zupełnie nie panuję, czy jest to na pewno dobre rozwiązanie?

Wciąż siedzi we mnie idea "dzienników podróżnych" na wzór tych tworzonych przez Edwarda Stachurę. Doprawdy, doskonały wzór postępowania sobie wybrałam, ot co! Jeśli skończę, uciekając ze szpitala psychiatrycznego, wypierając się jakichkolwiek problemów czy chorób psychicznych i popełnię samobójstwo, będzie to rzeczywiście wspaniałe zakończenie wspaniałego życia. Nie, nie o to chodzi. Nigdy nie miałam myśli samobójczych. Kiedy napadają mnie jakieś złe stany, w których myślę, że nie jestem nic warta i moje istnienie nic nie znaczy, unosi mnie ambicja i postanawiam sobie, że udowodnię światu i pokażę, że wcale tak nie jest. Otóż, buduję sobie sens bez podstawy. Jako że jestem za słaba, aby przyczynić się działaniem, wymyślam sobie, że napiszę doskonałe dzieło (dopracowując je w każdym detalu), które przywróci wiarę w ludzkość i sprawi, że wszystkie problemy się rozwiążą. To taki skrót myślowy. Marzenie o wielkiej idei - naprawie tego, co w nas złe.

Jak mogę radzić sobie z emocjami? Nie odczuwać ich? Czuję, że nie tędy droga. Może nie ma dla mnie żadnej rady i po prostu muszę pogodzić się z tym, że tak już mam?

Mute Math - You are mine



Kartie

piątek, 19 września 2014

Prawie dzień

Kalkulator to najlepszy zakup w całym moim życiu. Przebija nawet ulubione sukienki. Całe 7,90 zł niekończącej się radości. Trochę więcej niż kiedyś wspominane przeze mnie donuty z czekoladową polewą z orzechami, bo cena tamtych zawierała się w przedziale 1,50-1,90 zł, ale z tą różnicą, że nimi nacieszyć się mogłam zaledwie od paru minut do kilkunastu godzin, podczas gdy kalkulator służył mi będzie do czasu, aż będę chciała wymienić baterię i zgubię śrubkę, jak stało się w przypadku poprzedniego, czyli nieporównywalnie dłużej. Ponadto jest on dla mnie symbolem kontroli i opanowania. Tego wszystkiego, co utraciłam, ale wraz z kolejnymi cyframi wstukiwanymi w klawiaturę odzyskuję. Cierpliwość – tyle mi zostało.

 Pierwsze podejście zaliczone, więc mogę przystąpić teraz do martwienia się bardziej przyziemnymi,  wręcz nieistotnymi sprawami. Z nich nikt poza mną nie będzie mnie sprawdzał. Wszystko staje się takie… przytłaczające. Jakby ściany norm społecznych kurczyły się i zgniatały, napawając mnie klaustrofobicznym uczuciem lęku. Nie rozumiem, co mi przeszkadza. Zapomniałam wszystkie kody i pogubiłam klucze do wszelkich blokad psychicznych w moim umyśle. Potrzeba „prawdziwej” matematyki, aby rozwiązać mój problem. Czuję jakbym nie była sobą. Jakbym nie była nikim. Gdybym była tylko obojętnym ciałem – pamiętam różne doświadczenia, ale nie wywierają na mnie większego wrażenia. To chyba będzie kiedyś choroba społeczna – trudność w zadziwieniu i pobudzeniu członków nowoczesnej cywilizacji. To już nawet nie jest marazm, chyba raczej znudzenie przesytem. Może dosypaliśmy zbyt wiele substancji do roztworu, w którym nie da się nic więcej rozpuścić? 

Ten pesymizm zbliżający się niemalże do dekadentyzmu jest najprawdopodobniej wynikiem zmęczenia i opadnięcia fali emocji. Trzeba sobie je czymś zrekompensować. Mam ostatnio dużo do powiedzenia, szkoda tylko, że słowa to za mało, aby wyrazić moje myśli. Nie jest to nic szczególnie wielkiego – chodzi o książkę, którą ostatnio przeczytałam. Na razie powinien wystarczyć najprostszy komentarz: nie podobało mi się. Resztę zostawię na później.

 Takiej piosenki potrzebowałam - Coldplay "Don't Panic":



Czekając na...

Kartie

niedziela, 7 września 2014

Czas przebudzenia

Wspaniałe marzenia, które były już na wyciągnięcie ręki, okazują się nieosiągalne. Dopracowane plany nigdy nie zostaną zrealizowane. To już nawet nie jest zdenerwowanie, raczej obojętny żal. Obojętnie, co będzie. Obojętnie, jak będzie. Co w takiej sytuacji mogę zrobić? Nie pozostaje żadna wolna opcja poza cierpliwością i szukaniem innych, choć dużo trudniejszych i czasochłonnych dróg. Jak walczyć z przeszkodami? Niektórych stopni nie da się pokonać, jeśli przerastają cię o więcej, niż sam mierzysz. Czy to dobry moment na zmiany poprzeczek? Kiedyś mówiłam, że zawsze staram się doszukiwać czegoś dobrego w niepowodzeniach. Co znajdę tym razem? Jedna rezygnacja może odwołać drugą. Wtedy wystarczy spolaryzować dotychczasowe elementy wielkiego zbioru ograniczającego się zaledwie do marzeń i zdefiniować na nowo wszystkie składowe.

Nie jest tak, jak myślałam, że będzie. Znów kłębią się we mnie kontrastowe odczucia o grubości pajęczych nici, zwijających się w wielkie niewiadome. Jak ułożyć odpowiednie równanie? Może niewiadoma jest stałą, którą po prostu trzeba odkryć i nadać jej odpowiednią nazwę?

Nie jest tak, jak miało być. Dziwię się samej sobie, że łudziłam się, iż jestem w stanie zapanować nad swoim życiem. Nie ma nic prostszego, prawda? Za dużo zdarzeń losowych.

Dla odmiany, wiele spraw przybrało pozytywny obrót, którego zupełnie się nie spodziewałam. Praca przynosi adekwatne owoce. Jestem straszną pedantką jeśli chodzi o szczegóły tekstu, a potrafię się gubić przy ogólnych założeniach i tezach.

Prawdopodobnie, być może jutro będzie lepiej!
...lub gorzej.


Kartie

czwartek, 14 sierpnia 2014

O dwóch ogrodowych różach

Ostatnio pisałam niewiele, czekałam na natchnienie i dobry temat. Nie jestem pewna, czy nadeszło, ale zatęskniłam za opisywaniem mojego życia. Obawiam się, że, jeśli wciąż będę robić takie długie przerwy, mój plan z opracowaniem strumienia świadomości i powrotem do niego w przyszłości może nie wypalić. Robię postępy. Bardzo powoli, ale napawają mnie dziką satysfakcją, która już nie pozwoli mi się zniechęcić, zatrzymać, ani w żadnym razie zawrócić. Wszystkie wakacyjne plany nie miały żadnej szansy bycia w pełni zrealizowanymi. Nastawiałam się na to, ale celowo chciałam zrobić tak wiele. Wiedziałam, że taka ilość jeszcze mnie nie przytłoczy, a, robiąc choć ten mały odsetek, wykonałam dużo większą pracę, niż zdarzało mi się podczas poprzednich wakacji.

Wreszcie doceniam pełnię szczęścia i wiem, że nie muszę z nią nic robić. Mogę po prostu trwać w przeświadczeniu, że zaraz nie zniknie. Nieistotne jest, jaka będzie tendencja w czasie - wzrost czy spadek, ważne jest uczucie spełnienia, o którym nieraz mówiłam, jak bardzo jest dla mnie ważne. Naprawdę czuję się coraz lepszym człowiekiem. Zaczynam dostrzegać wyniki moich ambicji. Zastanawiam się, czy kiedyś zechcę się zatrzymać? Przestać troszczyć się o to, jaka powinnam być i świętować moje dotychczasowe osiągnięcia? Na pewno dodałoby mi to dużo pewności siebie. Z drugiej strony takie życie z dnia na dzień w tym samym, choć zupełnie dobrym, stanie mogłoby być strasznie nużące. Ileż można cieszyć się z tego, do czego się doszło? W końcu popadnie się w samozachwyt, a życie opiera się raczej na nieustannym dążeniu. Jestem doskonałym przykładem tego błędnego koła. Widzę tyle paradoksów w swoim rozumowaniu, a kiedy wprowadzam je w życie, wydają się takie naturalne i zupełnie normatywne. Nie są. Nie mogę pojąć, w jaki sposób przekonuję samą siebie, że prawdziwa egzystencja, taka jakiej pragnę, wygląda akurat tak, a nie inaczej.

Jestem zachwycona. Wszystko robi na mnie tak dobre wrażenie. Nie mogę uwierzyć, że doświadczam tego naprawdę. Czuję się, jakbym przeniosła się w świat romansu albo fantastycznej krainy. Nie mogę ogarnąć umysłem całego piękna, które mnie otacza. Pragnę się śmiać cały czas. Chłonąć każdą chwilę pobytu w tym ziemskim raju. Nie odczuwać tęsknoty, choć dzięki niej cieszę się z tego jeszcze mocniej. To jest ten stan, którego nie chcę przerywać. Nie chciałabym, żeby jakakolwiek moc była do tego zdolna. Chyba tak mówi człowiek zakochany, prawda? Bawi mnie moja naiwność, ale jeszcze bardziej śmieszy to, że mogę sobie na nią bez strachu pozwolić. Czyż to nie wspaniałe? Drobiazgowi ludzie nie są tak drobiazgowi.

Wiem, z kim założyć farmę. Na duchu podnosi mnie powiedzenie: "Kto nie ma szczęścia w kartach, ten ma w miłości". Trzymajmy się kurczowo tej wersji zdarzeń i nie dopuśćmy do zsunięcia się w dół po przepaści, która jest wszędzie dookoła. Jesteśmy wewnątrz średniowiecznego ogrodu różanego otoczonego urwiskami zamiast ciernistego żywopłotu. Kiedyś przerzucimy przez nie kładkę i, balansując na krawędzi, przedostaniemy się na zewnątrz z zamkniętymi oczami.

Kartie

czwartek, 24 lipca 2014

Psycho Killer

Mogłabym się pożalić, że jestem beznadziejna i świadczy o tym nawet zwykłe pobieranie krwi do badań - nie chciała lecieć i pani ciągle pytała mnie, czy się boję. Nie sądzę, że mogłam odczuwać lęk, skoro pierwszy raz odważyłam się, na przekór wielokrotnym stwierdzeniom i upomnieniom mamy, żebym "nie patrzyła, bo zemdleję", obserwować cały zabieg - od wbijania i przesuwania igły aż po sączenie krwi. Jeszcze lepiej niż o wszystkich badaniach rozmawia mi się (a raczej prowadzi monologi, bo chyba nie daję nikomu poza mną dojść do słowa)o jeżdżeniu. Sprawia mi to niewymówioną radość. Bez względu na to, czy opowiadam o czymś, co już kolejny raz mi nie wychodzi albo jest totalnie głupie i przynosi mi wstyd, że robię takie błędy, czy o konkretnych sukcesach, jak ruszanie z ręcznego, cieszę się jak wtedy, kiedy dostałam swój pierwszy portfel i tata zrobił zdjęcie mojej radosnej buźce.

Tej radości mam chyba ostatnio zbyt wiele, więc musiało się znaleźć coś, co zepsuje mi humor - sprzątanie. Nie chodzi o to, że jestem bałaganiarą (choć trochę jestem, ale świetnie odnajduję się w chaosie i, dopóki nie szukam czegoś dłużej niż 5 minut, dopóty mój pokój jest względnie uporządkowany), ale niektóre czynności męczą mnie bardziej, niż przebiegnięcie paru kilometrów (psychicznie, nie fizycznie). Zaraz muszę zrobić coś, co tygryski lubią najbardziej (;)), czyli umyć okna. W gruncie rzeczy to czyszczenie wcale nie jest takie złe. Dzięki niemu naszły mnie bardzo filozoficzne i ciekawe myśli. Czy zastanawialiście się kiedyś, czy pająki kłócą się i walczą między sobą o miejscówki czy jest im to raczej obojętne? Nie? A ja tak! Bo przecież niektóre z nich mają tak świetne okolice - nie dość, że ciemne, to jeszcze czasem nawet wilgotne i trudno dostępne przez ludzi, a bardzo łatwo przez wszelkiego rodzaju robaki i owady!

Odkryłam rodzinną więź z "ciocią" (siostrą mojej nieżyjącej już babci). Nigdy nie spodziewałam się, że przebywanie z nią w samotności będzie tak relaksujące i miłe. Wydawało mi się, iż będę spięta, cały czas szukała tematu, a rozmowa, jeśli jakaś w ogóle się nawiąże, będzie drętwa. Nie dlatego, żeby ciocia taka była, wręcz przeciwnie, ale ja czułam się nieswojo. Oczywiście, dopóki nie siadłam z nią w kuchni. Tam po wypiciu wiśniowego kompotu język od razu mi się rozwiązał. To było całkiem zaskakujące doświadczenie, a takie normalne! :) Jedną z interesujących rzeczy było to, że ja też piję taką samą zieloną herbatę.

Nie poznaję siebie w te wakacje. Chyba moc dowodu zaczyna działać. Zachowuję się całkiem inaczej. Robię zupełnie inne rzeczy. Wydaje się, jakby nic się nie zmieniło, bo wszystko jest "normalne", ale czuję jakieś pozytywne zakłócenia (oksymoron, hę?). Dużo aktywniejszy sposób spędzania czasu. Pochwalę się, że wzięłam się także za książki. Mam już za sobą "Chłopięce lata" Coetzee'go, "Chłopca w pasiastej piżamie" Boyne'a, "Sklepy cynamonowe" Schulza, jakieś 100 stron "Złego" Tyrmanda, 100 stron książki do kursu z prawa jazdy, więc się zupełnie nie nudzę. Do zobaczenia po średnio oczekiwanym wyjeździe :)

Talking Heads - Psycho Killer



Kartie

PS Jest jakiś sposób na przyspieszenie mycia okien? :(

poniedziałek, 7 lipca 2014

Bieg, do którego nie potrzebuję butów

Ostatnie dni były pełne wrażeń, a mój "grafik" chyba nigdy nie był tak napięty. Nie narzekam, bo było wspaniale, ale jestem już troszkę zmęczona. W końcu chwila przerwy, którą spędziłam w sposób ani trochę nie kojarzący mi się z relaksem - sprzątając. Czas na realizację tysiąca wakacyjnych planów. Książki, fizyka, matematyka, książki, sport, opalanie, książki, informatyka, język, sprzątanie, jazdy i trochę innych. Nie potrafię w żaden sposób tego zorganizować - wszystko wychodzi spontanicznie. Obawiam się, że najprawdopodobniej na jakiś czas odłożę pisanie tutaj. Nie jestem tego pewna, bo to świetna terapia i miejsce, które zastępuje mi pamiętnik. 55 dni do końca wakacji. To bardzo mało czasu. Biorąc pod uwagę, że potrzebuję też paru dni do totalnego "nicnierobienia", to za mało czasu.

Dzięki ostatnim dniom, podjęłam ważną decyzję. Nie jest ona w żaden sposób wiążąca, ale jednak pomoże mi w dysponowaniu czasem. Podróżom pociągiem zawdzięczam nadrabianie braków w czytaniu. Otóż, zaczęłam zagłębiać się w biografię J. M. Coetzee. Tylko jedną część. Więcej nie zamierzam. Potem skupię się na książkach do projektu, bo na nich zależy mi teraz najbardziej.

Tak ciężko mi się do tego wszystkiego zmobilizować! Muszę trochę ponarzekać, bo inaczej nic z moich planów nie będzie, a kiedy zobaczę, jak bardzo jestem leniwa, zmotywuję się i uznam, że tak nie może być, dlatego jak najprędzej zabiorę się do pracy. Takie jest założenie.

Tęsknię za "Spółką morderców". Poza ciut ciemniejszą skórą do lata nic mi nie brakuje. Trochę sztuki, trochę jedzenia, trochę muzyki i trochę towarzystwa sprawiły, że mogę sezon wakacyjny uznać za otwarty.

PS Trzeba zrobić porządki także na karcie. Praktyczna rada - usunięcie zalegających SMS-ów znacznie przyspiesza działanie telefonu. Kto by się tego spodziewał?! :P

Kartie

sobota, 21 czerwca 2014

O trudzie i łatwościach, a raczej o szczęściu, marzeniach i wysiłku, który trzeba włożyć, aby je wywołać

Ta "dorosłość" jest trudna. Znowu kolejna decyzja do podjęcia. Jakby tego nie było dość, jeszcze trzeba słuchać tego, co mówią inni. Nie tak, że zwykle nie słuchałam, wręcz przeciwnie, ale świadomość, iż teraz jest to mój obowiązek, jest dość przytłaczająca. Czy zrobiłam wszystko dobrze? Pewnie, że nie. Czy dałam z siebie wszystko? Chciałabym. Czy dałam z siebie wszystko, na co było mnie stać? Oczywiście, że tak. Mogłam tylko bardziej przyłożyć się do dodatkowych rzeczy i przeczytać więcej książek, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Miejsce w "ważniejszych" bezkonkurencyjnie wygrywa odpoczynek. W tym roku zszedł na dalszy plan, ale, tak jak w zeszłym, starałam się zbilansować swój czas. Teraz było ciężko. Gorzej niż ostatnio. Weekendy pozajmowane, mnóstwo nerwów, mało czasu dla siebie, dużo mniej muzyki. Przynajmniej potrafiłam odważyć się na występ i chyba nie zawaliłam przez to niczego szczególnego.

Moje marzenia się spełniają. Powoli, ale jestem coraz bliżej ich realizacji. Zastanawiam się, czy naprawdę czeka mnie aż tyle pracy, ile jest zapowiedziane. Jestem na to w pełni gotowa, ale gdzieś w środku odzywa się we mnie malutka leniwa cząstka, która ostatnio "pakowała" i ma mnóstwo siły na forsowanie swojego zdania. Z tego powodu muszę zacząć dbać o swoją ogólną formę i nie pozwalać niczemu przewyższać niczego. Z tylko jednym DUŻYM wyjątkiem :P

Mam wielkie szczęście. Staram się je doceniać. Nie chcę siebie samej zawieść. Będzie jeszcze lepiej.

Na pytanie gdzie jestem
odpowiadam tu
pokazuję prostym gestem
i nie liczę słów

Mogłabym mówić wtedy
kiedy miałam czas
brakowało ciszy kiedy
nie było już was


Kartie

piątek, 20 czerwca 2014

Cztery mile

W ciągu paru chwil wszystko się zmieniło. Uwielbiam ten stan przechodzenia od skrajnie negatywnych emocji, do nieograniczonej euforii. Gorzej w drugą stronę, ale to też potrzebne, choćbym nie wiem, jak bardzo narzekała, że wszystko nie ma sensu i do niczego się nie nadaję. Szczerze w to wierzę. To jak to było z tym szczęściem? Co teraz zrobić? :)

Wycieczka była wspaniała. Tyle kontrastów, ilu nigdy w życiu nie mogłabym sobie wyobrazić. We wsi, w której mieszkaliśmy, czułam się jak w domu u prababci. Nigdy nie miałam prababci, ale właśnie tak sobie to wyobrażałam. Urzekła mnie atmosfera i piękne budynki. Byłam zachwycona dywanikami. Jedzenie było niesamowite, bo pierwszy raz zjadłam gołąbki, które naprawdę mi smakowały. Tym razem było jeszcze lepiej, niż w tamtym roku. Tamta Rumunia kojarzyła mi się tylko z monastyrami. Ta to trochę sprytu, odnawiane zamki, trochę naturalnych sprzeczności, które mają pełne uzasadnienie. Z mniej eleganckich i oficjalnych rzeczy - uczyłam się pluć pestkami. Poza tym pierwszy raz bałam się tak bardzo, jak wtedy na górze z kościołem w Sighisoarze. Miecze?! Absurd.

Podjęłam trochę nierozsądnych decyzji. Trochę głupio, ale jakoś się to rozwiązało. Wspięłam się na wieżę razem z koleżanką po jej pięćsetnego kesza. Było super. Droga autokarem była znośna, bo miałam specjalnego rodzaju poduszkę ;) Mam nadzieję, że nie obrazi się za to określenie. Strasznie mi przykro, że zaniedbałam innych. Nie miałam pojęcia, że aż do takiego stanu. Dziękuję za zrozumienie.

Dzisiaj tak poważnie, płytko, bez polotu, ale czego więcej można się spodziewać po osobie piszącej, leżąc na dywanie w piżamie? Czas zakasać rękawy i wziąć się do pracy nad rozwiązywaniem.

Kartie

sobota, 7 czerwca 2014

Rachunek nierówności

"Bójcie się dziewczyny, nie znacie dnia ani godziny!"

W życiu nie byłam sobą tak rozczarowana, a nawet nie potrafię odpuścić. Czas nabrać trochę dystansu, bo jestem prawie pewna, że to jest właśnie gwarancja sukcesu. Nie znaczy to, oczywiście, że nagle zacznę wszystko lekceważyć. Muszę przestać się bać i po prostu próbować.

Przecież nie jest źle. Zawsze mogło być gorzej, ale chyba za wysoko podniosłam sobie poprzeczkę i teraz usiłuję do niej doskoczyć tak nieudolnie jak czterolatek na amerykańskim filmie sięgający po puszkę z ciasteczkami postawioną na lodówce. Opanował mnie taki skomplikowany nastrój, że nawet nie wiem o czym pisać. Naprawdę nie jest źle. Jest cudownie. Tylko z jakiegoś dziwnego powodu cieszę się z tego ruchem drgającym. Marzenie się spełnia?

Jak to jest stracić nadzieję i odzyskać ją w ciągu paru chwil? Wspaniale. Byle tylko niczego nie zepsuć. Nie trafić ręką, szukając drogi do światła z przysłoniętymi oczami, w czerwony przycisk. Nie złamać żadnej dźwigni gołym goleniem. Wyprostować się, utrzymać równowagę, a przede wszystkim wczuć się w klimat "Fausta" i razem z bohaterem krzyknąć "Trwaj chwilo, jesteś taka piękna!". My nie podpisaliśmy żadnego paktu. Kiedy już dojdziemy do wyjścia, zostaniemy sami jak po wydostaniu się z kostki. (odsyłam do "Cube", 1997)

Czy ja naprawdę mam wszystko przemyślane?

 Z dumą przedstawiam dzieło "Wild things junior":




Kartie

środa, 28 maja 2014

Gra wieży

Pogrążam się w apatycznym śnie,
już wcale nie wiem, czy tego chcę.
Otwieram oczy, widzę, bo nie
mam ochoty grać dalej w tę grę.

Zacznę pisać wiersze, bo zawsze chciałam spróbować, ale bałam się, że mi się nie spodobają. Najważniejsze w mojej "sztuce" (tak, o ile można to nazwać sztuką)jest, abym była z niej choć trochę zadowolona. Pewnie nigdy nie będę w pełni, ale może i dobrze, bo dzięki temu będę sobie stawiać wciąż coraz to trudniejsze zadania.

Dziękuję za temat o szczęściu. Czasem potrzebuję, żeby ktoś mnie o to zapytał, abym mogła uświadomić sobie, że nie mam tylu problemów, ile czuję. Nie mam żadnych. Gdybym tylko mogła dzielić się swoją radością! Normalni ludzie też czasem myślą o takich sprawach. Moje życie jest dążeniem do szczęścia, ale, kiedy już je uzyskuję, co mam robić dalej? Starać się utrzymać? Dzielić z innymi? Nie mogę zrozumieć, jak to działa. Skoro celem życia jest uzyskanie szczęścia to, co należy zrobić, kiedy się je już osiągnie? Umrzeć?

Tak w ogóle to ćwiczę odwagę. Boję się strasznie, ale muszę się przełamać. Nie w pół, mam nadzieję. Jeszcze jedna rzecz, której nie mogę zrozumieć - dlaczego wszystko zajmuje mi tyle czasu? Czemu nic nie może się dziać szybciej? Czy to kwestia tego, że jestem niecierpliwa, czy może mojego braku koncentracji. Płoszę się szybciej niż sarny na drodze. A jeśli jestem taką Pascalową trzciną? Byle jaki ogień spowoduje, że się spalę. Wypalę.

Może i miałabym coś do powiedzenia, ale uciekło mi, jak tysiące motyli, które jako dziecko próbowałam łapać.

Dziękuję za przypomnienie mi tej piosenki :) W trwającej fazie Beatlesów miło wrócić na chwilę do korzeni.





Kartie

niedziela, 18 maja 2014

Miłego dnia!

Wróciłam. Byłam tak zdołowana, że chciało mi się płakać. Uciekłam się więc do najbardziej radykalnych środków i poszłam na spacer. Początkowo celem był tylko zakup wody mineralnej. Wynikały z niego trzy korzyści - minięcie bezosobowych postaci, które pozwala mi poczuć obecność innych, dotleniający i orzeźwiający spacer, no i uzupełniająca minerały woda, która trochę wspomoże mój mózg. Zaraz pewnie będę żałować, bo czasu mało i siły fizycznej przez chodzenie w butach na obcasie pewnie jeszcze mniej, ale chwilowo mam się nie najgorzej, poza tym, że strasznie mi gorąco.

Jak to zwykle w przypadkach smutku bywa, starałam się być dla wszystkich miła. Uśmiechu z mojej twarzy od razu nie wydobyłam, ale przynajmniej wysłuchiwałam tego, co ludzie mieli do powiedzenia. Wyszło na to, że pomagałam innym dla siebie. Na początku pewna pani z wnuczkiem zapytała mnie o drogę na przystanek tramwajowy. Swoją drogą, z tym wnuczkiem to ciekawy zbieg okoliczności (ciekawym odpowiem osobiście). Pokazałam trzy najbliższe, ale, w razie czego, zapytałam się, o jaki to przystanek chodzi. Okazało się, że Karmelicka i, kiedy zaczęłam tłumaczyć drogę, wpadłam na genialny pomysł, że zamiast nieudolnie opowiadać, sama ją zaprowadzę, a przy okazji może trochę porozmawiam, bo przecież i tak miałam iść na spacer. Wracałam drogą bardzo okrężną. Doszłam do Bramy Floriańskiej, przed którą zaczepił mnie jeden pan. Światowy, swoją przemowę zaczął od "Excuse me", dopiero później przeszedł na nasz ojczysty język. Specjalnie zdjął czapkę, bo, jak sam mówił, rozmawiać z kobietą w nakryciu głowy nie wypada. Niestety, jego prośby nie spełniłam, ale za to pożyczyłam miłego dnia. Później minęłam zieloną orkiestrę, której nawet się nie przypatrzyłam, a normalnie zapamiętałabym miejsce ustawienia co najmniej trzech instrumentów. Chciałam tamtędy przejść, ale uznałam, że jest za duży ruch, więc po prostu poszłam dalej poprawiać sobie nastrój widokiem na Teatr im. Juliusza Słowackiego. Minęłam kilku obcokrajowców. Doszłam do rynku, gdzie zaczęłam żałować, że nie wzięłam okularów przeciwsłonecznych. Pod sklepem spożywczym, do którego najpierw chciałam iść, a później zdecydowałam się jednak udać do innego, pewien pan, nazywając mnie księżniczką, zapytał, czy nie kupiłabym mu czegoś do jedzenia. Popatrzyłam, porozważałam. W sumie limit dobroci na dzisiaj już się skończył. Nie wiem, czy stać mnie na takie pomaganie innym. To nawet nie są moje pieniądze. Później pomyślałam, że nie ma żadnych limitów i powinnam to zrobić. Najwyżej odmówię sobie czegoś i też będzie. Tak długo szukałam czegoś odpowiedniego, że pomyślałam, iż ten mężczyzna już pewnie nawet zapomniał o swojej prośbie, ale wręczyłam mu zakupiony towar, uśmiechnęłam się, on podziękował i nasze drogi się rozeszły. Dosłownie, bo skręciłam w inną stronę.

Postanowiłam już wracać. Miałam poczucie, że wycieczka nic nie pomogła. Gdy stałam na pasach i całą swoją uwagę skupiałam na tym, aby pod coś nie wpaść, nie zatoczyć się, ani nie zostawić obcasa między szynami tramwajowymi, pojazd do wożenia turystów po mieście zatrzymał się, a jego kierowca (całkiem młody)z przyjaznym uśmiechem kiwnął ręką i powiedział: "Proszę, słoneczko". Odwzajemniłam się skinieniem głowy i podniesieniem kącików ust. "Dobro zaczyna krążyć" - pomyślałam i pocieszyłam się, że mam gdzie mieszkać.

Chrupiąca czekoladowe ciasteczka
Kartie

czwartek, 15 maja 2014

Z głową w poduszce

Jestem niekonsekwentna, a mimo to wielki plan został wprowadzony w życie i właśnie siedzę z włączonym kursem linuxa online. Nie obijam się (:D), ale przez tę pogodę robię się apatyczna. A może powód jest inny niż deszcz, tylko nie chcę się do tego przed sobą przyznać? Żaden termin nie jest dogodny. Nigdy nie będzie dobrej chwili na te zmiany. Jutro będzie ciężko hamować.

Stan krytyczny desperacji osiągnęłam wczoraj, kiedy to jedyną rzeczą, której pragnęłam było położenie się na łóżku głową w dół. Już sama nie panuję nad tym, co mówię i co robię. Ten stan strasznie mnie przytłacza.
Chce mi się śmiać. To taki paniczny, przerażający rodzaj. Jedno spojrzenie, tyle mi wystarczy.  

Nie chcę, żeby inni musieli przeze mnie czekać. To kończy się źle. Siedem razy :)

- Mogę coś puścić, jak się to skończy?
- Jasne, tylko jeszcze sobie coś zobaczę. (puszcza muzykę)
- Właśnie to chciałam włączyć! Miałam już nawet przygotowane!
...czyli rozpływamy się nad coverami Boyce Avenue.

...rozpływamy się także przez pogodę, która jest bardzo niesprzyjająca. Przez moment moje buty zmieniły się w dwa pojemniki na wodę, a kiedy zmieniłam je na klapki, zaczęłam żałować swojej decyzji, bo moje stopy dosłownie wyślizgiwały się z nich i obuwie zostawało za mną, co nie było zbyt przyjemnym doznaniem.

Ostatnio przekraczam statystyki mówienia idiotycznych rzeczy. Co najlepsze - nawet ich nie żałuję. Dzisiaj bezstresowy wieczór szaleńczego amoku. Wszystkie nagromadzone złe emocje powoli mnie opuszczają. Szyby pokryte kroplami w tym świetle wyglądają, jakby okno zajęły miliony larw. Wyczuwam turpizm.

Czego jeszcze nie mogę zaakceptować?!



Kartie

wtorek, 6 maja 2014

Propozycja nie do odrzucenia

Tydzień szalonych decyzji. Gdybym była przedsiębiorcą, dostawcy mieliby w tym okresie duży zarobek, bo przyjmowałabym wszystkie oferty. Jestem otwarta na propozycje jak nigdy. Doszłam też do wniosku, że nie powinnam odkładać rzeczy do zrobienia aż nadejdzie "dogodny termin" (zwykle wakacje), tylko zacząć od razu, kiedy mam jeszcze motywację, a świeży pomysł wciąż siedzi mi w głowie. Jeśli nie spróbuję, nigdy nie dowiem się, czy mi się uda. A nawet jeśli nie, to co tracę? Odrobinę godności, chęci i może czasu, ale na pewno było warto.

Mój wyrok został odroczony. Miałam mieć szczepienie, ale nie ma lekarki, która tym się zajmuje. W zasadzie to nie wiem, czy się tego boję czy nie, ale, skoro tylu ludzi ma obawy przed poddaniem się temu zabiegowi, może coś w tym jest? Może ta igła wcale nie jest taka cieniutka, a, kiedy przebije skórę, będzie się ją czuć mocniej niż kieł wilka albo wiertarkę? Oglądam za dużo dziwnych filmów (odsyłam do "Pi" z 1998 roku). Rozszarpie tkankę i pozostawi zalążek choroby. Nawet nie wiem, co to za szczepionka. Szczerze mówiąc, nie robi mi to różnicy. Trzeba? Trudno. Tak już jest. To nic.

"Wesele" czeka :)

Jeśli wysiłek fizyczny jest nagradzany odpowiednią budową, czy jeśli ktoś woli - rzeźbą, mogę spodziewać się wspaniałej figury :)

Czy ludzi można porównać do modeliny?

Matematyko, ratuj! Bo zaczynam mieć Cię dość. Miało nas połączyć coś nierzeczywistego! A Ty ciągniesz dalej w zaparte. Atakujesz zespołami twierdzeń. Zbliżasz się do granicy mojej równowagi. Przez Ciebie jestem zwykłym ignorantem. Nie chcemy tego, dobrze o tym wiesz.

Odkryte w zacienionych podfolderach w zakamarkach dysku - Barbra Streisand "Woman In Love":




Kartie

sobota, 3 maja 2014

Sztuczna królewna

Nie chcę się zdradzać. Co z grą pozorów? Nie jest dobrze, ponieważ jeszcze nie jestem pewna swojej decyzji. A co jeśli, oszukując siebie, nabiorę poza tym kogoś innego? To nie plan filmowy, nie będzie dubli. Pokaz na żywo, podczas którego mogą ucierpieć asystenci. Nie potrzebuję ofiar. Chcę przejść przez korytarz, nie dotykając ścian, aby nie uszkodzić konstrukcji. Bez śladów, bez upomnień, bez presji. Wiem, że tego chcę, ale skąd pewność, iż będę w dalszym ciągu tak samo? Czy i kiedy się to skończy?

"Zapach życia, skromniutki nieznaczny zapach malutkiej stokrotki roznosi się po całym kosmosie"
Edward Stachura, Fabula Rasa

I co? Jestem emocjonalnie niewyważona. Godnym podkreślenia jest natomiast fakt, że dawno nie czułam się tak swobodnie. Rozkułam własne kajdany. Pracuję nad strumieniem świadomości. Dopasowałam struny i pochłania mnie pragnienie bycia kimś innym - muzykiem. Gram długo wszystko to, co tylko wpadnie mi w ręce. Pora odświeżyć swoją listę marzeń.

Nie chce mi się o tym myśleć, bo wiem, że do niczego mnie to nie doprowadzi.

Chciałabym chcieć tego, czego chciałam przez długi czas, dopóki nie dowiedziałam się czegoś, co zmieniło moje podejście.

Czasami zastanawiam się, czy każdy tekst, który piszę, nie zabiera mi cząstki duszy, a wtedy, kiedy nastąpi moment, gdy wyczerpię już wszystkie emocje i nie będę w stanie dać z siebie nic więcej, co się stanie.

Czy mój niepokój jest uzasadniony? Pisanie wzbogaca mnie czy może odbiera tożsamość po kawałku.

Jeśli jest tak z fotografią, która pochłania duszę? Za dużo pytań, za mało odpowiedzi.

Na dobre samopoczucie trochę kiczu z lat 80 i świetny teledysk :) Mam ochotę na Modern Talking



Kartie

środa, 30 kwietnia 2014

Wtedy możesz zacząć

Jak to jest, że ludzie wyrzucają sobie, że nie potrafią cieszyć się, kiedy nic ich nie martwi? Sprawa wydaje się prosta - nie masz żadnych problemów, czyli w życiu dzieje się dobrze. Co jest nie tak, że nie czujesz szczęścia? Zaczynasz buntować się od środka przeciwko samemu sobie. Uważasz się za bezczelną osobę, która nie potrafi docenić tego, co ma. Sama też niejednokrotnie zmagam się z tym paradoksalnym problemem. Nie mogę wtedy zrozumieć, dlaczego po prostu nie zacznę cieszyć się z tego, że żyję, co już w życiu osiągnęłam, jakich ludzi poznałam, jak nieraz mi pomogli. To niesprawiedliwe, że wszystko jest doskonałe, a ja znajdę coś, co burzy mi ten perfekcyjny obraz. Tylko dlatego rozumiem to u innych. Człowiek jest ciągle nienasycony i tkwi w swoim niezaspokojeniu, żądając więcej i więcej. To pułapka, ale z drugiej strony - nie pozwala nam zatrzymać się i przestać szukać nowości.

Chwilowo uwolniłam się z jej objęć i jestem na drodze do zdefiniowanego przez siebie szczęścia. Podoba mi się. Ogarnia mnie uczucie mocy. Dawno go nie było :) Wychodzę z zawiłości i dbam o równowagę. Podpieram się, czym tylko mogę. Nastrajam się pozytywnie i zaczynam wierzyć. Pomimo dziesiątek różnych, całkiem skrajnych emocji, odczuwam przede wszystkim radość. Potrzebuję tylko zająć się szukaniem inspiracji i utworzeniem pewnego porządku. Okazuje się, że mam swoje ulubione drzewo - jest nim ogromny, rozłożysty buk po drodze na Wawel.

Wszystko układa się w całość. Bez żadnych zbędnych elementów. Jest cudownie, bo mam szczęście. Mój sen się ziszcza. Chciałabym być tą, na którą się tutaj kreuję.

Dzisiaj mam w głowie dwie piosenki - "Fields of Gold" Stinga i "Hey Jude" The Beatles.

Hey Jude, don't be afraid
You were made to go out and get her
The minute you let her under your skin
Then you begin to make it better





Kartie

PS "Mrowiszko tu jest!"

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Ludowy akt rozpaczy

Miałam wczoraj ciekawą myśl i nawet prawie ją zapisałam, ale uznałam, że jest na tyle ważna, iż na pewno ją zapamiętam i nic nie sprawi, że będę w stanie ją zapomnieć. Zapomniałam...

...Ale przynajmniej już wiem, skąd biorą się białe jajka :)

Przeczytałam "Ludowy akt miłości" Jamesa Meeka i spodobała mi się ta interpretacja uczuć. Całe szczęście, że opis z tyłu książki nie oddaje istoty powieści. Normalnie wzięłabym go za spoiler - w końcu zdradza mniej więcej połowę akcji, ale w tej prozie chodziło o coś innego niż wydarzenia (Uwaga! Dalszy ciąg może sporo zdradzić!). Główny bohater Samarin jest dla mnie zbitką typowych postaci rosyjskiej literatury, z którą miałam styczność do tej pory - jest w nim Raskolnikow, i Woland i nawet trochę Mistrza - człowiek przeświadczony o wyższości siebie i swojego celu, siejący zamęt w Jazyku (niczym Woland ze swoją świtą w Moskwie), obnażający ludzkie zło, rozkochujący w sobie Annę Pietrowną, która, niczym Małgorzata, przez jedną noc była w stanie oddać mu wszystko, ale jednak prowadzący tych ludzi do szczęścia i dobra. Znika równie niespodziewanie, jak się pojawił. Podoba mi się. Fascynują mnie klimaty rosyjskiej literatury. Było też trochę o fotografii (aż żal myśleć, że nie przeczytałam jej przed konkursem, bo byłaby jak znalazł! Co najlepsze - kupiłam ją tuż przed nim). Na początku wydawało mi się, że to będzie o cierpieniu, upodleniu i braku godności. Gdybym miała zdecydować, co mi to przypomina, bez zastanowienia przytoczyłabym "Czekając na barbarzyńców" Coetzee. Okazało się, że to nie to. Jest o pożądaniu, o karze i w sumie o wszystkim, do czego zdolni są ludzie. Jedyne dziecko, o którym mowa w całym Jazyku to Alosza, synek Anny Pietrowny. Wydaje się jakby rozświetlać całą tę mroczną, dobijającą i osamotniającą scenografię. Rzeczywiście, Jazyk nie jest realny. Przypomina teatr wraz z Matulą, który oszukuje swoich aktorów, byle tylko dalej mogli grać, a on nimi dowodzić. Po co mu to? Na co mu iluzja władzy, namiastka królestwa? Stara się uniknąć kary, która ostatecznie i tak go dosięga. Z ręki Huzara. Czytając, postanowiłam, że w odpowiednich miejscach powtykam małe karteczki z co ważniejszymi hasłami, żeby nie zapomnieć, o czym czytałam. Jednym z popularniejszych był "erotyzm". Odgrywa ważną rolę w tej powieści. Zaczynając od Samarina i Jekateriny, których poznajemy na samym początku, przez Annę i jej męża, wszystkie kastracyjne zabiegi i przypuszczenie odbywających się w czasie zgromadzeń orgii, Huzarów (wraz z wyrafinowanym cytatem Bałaszowa w liście do Anny ;) ), kończąc na Czechach z Matulą na czele.
Podoba mi się połączenie racjonalnych żołnierzy z lekko mitycznymi Tunguzami i wirującymi kastratami. Całość zdaje się dziać w nieco onirycznej konwencji. Kiedy czytałam list Bałaszowa, przez moment zgubiłam się i nie byłam pewna, czy aby nadal czytam jego opis snu, czy może jest to już dalsza część jego opowieści o "zmianie". Wspominałam o fotografii. Od pierwszej chwili, kiedy Anna otrzymała aparat, miał on na nią duży wpływ. Dopiero na końcu zauważyłam jak wielki. Wszystkie ważne życiowe decyzje podejmowała jakby odurzona tym, co widzi na szklanej kliszy. Największym sentymentem darzę jednak Nekovara, który może nie odegrał dużej roli w akcji, ale był dla mnie symbolem zagubionych w życiu ludzi, którzy próbują dostać się do pewnego "innego" świata znajdującego się poza ich zasięgiem. Pozostaje nadzieja, że kiedyś uda im się do niego trafić.
Nasuwa mi się na myśl jeszcze trochę przemyśleń dotyczących "Ludowego aktu miłości", ale chyba nie nadają się do publikacji, zatem poprzestanę na tym, co już mam i postaram się odreagować tę długą przerwę. Dopiero teraz odkryłam wieloznaczność tytułu, który na początku zachęcił mnie do kupna tej książki, ponieważ spodziewałam się po niej czegoś w rodzaju przewodnika po ideałach (aż dziwne, że tak zrozumiałam okładkę przedstawiającą człowieka samotnie przemierzającego rozległy teren pokryty grubą warstwą śniegu), a w zamian dostałam coś, co skłania mnie do refleksji i nakazuje zastanowić się nad moimi wartościami.

Polecam, ale nie dla osób o słabych nerwach, które spodziewają się znaleźć w literaturze ukojenie, a nie moralny niedosyt. "Szczęśliwe zakończenie" jest chyba tylko pozorne.

Na koniec zdjęcie ręcznie malowanych jajek, żeby było "tematycznie" :)



Kartie

czwartek, 17 kwietnia 2014

Jak być dobrym człowiekiem?

W związku z tym, że różnorakie okoliczności zmusiły mnie do myślenia nad tematem pracy, po rzeczywiście długo trwającym wysiłku umysłowym udało mi się w końcu wyprodukować cały esej. Problem w tym, że ostatnio straciłam trochę wiarę w siebie i podczas zastanawiania się - odpuszczać czy nie odpuszczać, wszystkie ważniejsze sprawy zeszły na bok, a ja utrwalałam siebie samą w poczuciu bylejakości. Sytuacja się zmienia, choć jeszcze nie wiem, w którym kierunku. Wszystko to skłoniło mnie do refleksji nad samą sobą i nad tym, kim chciałabym być. Tu powróciło niemalże mityczne sformułowanie "dobrym człowiekiem". Nasuwa się pytanie, co to wyrażenie w rzeczywistości oznacza?

Powtórzę tu większość rzeczy, które zamieściłam w tymże eseju. Według mnie, nie może być mowy o byciu dobrym człowiekiem, jeśli nie posiada się choćby odrobiny tolerancji. To istotna cecha, która gwarantuje poszanowanie wolności i praw innych ludzi. Nie chodzi o to, aby akceptować wszystkich i aprobować ich zachowania, ale, żeby choć na chwilę przystanąć, zastanowić się i zrozumieć dane postępowanie. Tu przypomina mi się zasłyszane kiedyś zdanie "wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego".

Kolejną (wiążącą się z poprzednią) cechą jest empatia. Jest jak fundament, na którym buduje się wszelkie relacje między ludźmi. Dzięki niej rozumiemy sprawy, z którymi może nawet nigdy wcześniej nie mieliśmy nic do czynienia. Empatia zbliża pokolenia. Sprawia, że potrafimy wczuć się, zrozumieć, a może nawet i tolerować innych.

Bezcenna jest także zdolność do walki dla idei. Czynna postawa przeciwko wszelkim formom niesprawiedliwości i ogólnie pojętego zła. Niezgadzanie się na dyskryminację. Brzmi wspaniale. Trudniej z realizacją. To rzecz, z którą mam chyba największy problem, mimo że najbardziej mi zależy. Zgodnie z zasadami logiki, zaczęłam od najmniejszych rzeczy, ale mam nadzieję, iż kiedyś uda mi się znaleźć odwagę do czynienia większych.

To tylko parę cech lub umiejętności, które wydają mi się najważniejsze. Bez problemu można byłoby znaleźć ich więcej. Jednakże wymienione przeze mnie stanowią pewną bazę umożliwiającą dalsze starania. Wysiłek, który wkładam w samodoskonalenie zaczyna się opłacać.

Kiedy teraz myślę, o czym napisałam, wydaje mi się, że nie udzieliłam odpowiedzi na główne pytanie. Cóż, może tak naprawdę nie jest potrzebna?

Chwilowo zastanawiam się nad wyborem ścieżki życiowej. Stoję równocześnie na dwóch rozwidleniach. Na szczęście każde będzie dotyczyło innego momentu. Trzeba jak najszybciej podjąć decyzję.

Czy nadawałabym się na informatyka?

Kartie



piątek, 4 kwietnia 2014

Czerwona sukienka


W tamtych dniach siłę dawało mi wiele rzeczy, ale jeszcze więcej odbierało mi nadzieję. Było jednak coś, co pozwalało na prowadzenie w miarę przyzwoitego życia i kontynuowanie go mimo ciągle zmieniającego się stanu psychicznego. Dzięki tamtemu przedmiotowi udało mi się przetrwać wszystkie koleje losu i pokonać przeszkody, które ciągle uniemożliwiały mi dokonanie czegoś wzniosłego i wielkiego. Czułam się, jakby jakieś fatum decydowało za mnie, jak powinno potoczyć się moje życie. Jakby ktoś ciągle mnie śledził i nie pozwalał zrobić żadnego kroku bez złośliwych uwag ani prześmiewczych spojrzeń. Wtedy nie dawało mi spokoju ciągłe uczucie osaczenia. Chciałam uciec. Szukałam skutecznego sposobu. Przeglądnęłam tysiące egzemplarzy różnego rodzaju poradników, które miały pomóc mi uwolnić się od tego świata. Nic nie pomogły. Wprowadziły mnie tylko w nostalgiczny stan, kiedy to moim największym pragnieniem było odejście bez pożegnania i rozpoczęcie życia na nowo. Po wielu latach udało mi się odsunąć od siebie destrukcyjne myśli, ale, gdyby nie dzień, w którym zakupiłam ten przedmiot, najpewniej nie byłoby mnie tu, gdzie teraz jestem. Zrobiłam przerwę w pisaniu. Odłożyłam pióro i potarłam zbolałe dłonie. Wstałam z miejsca. Zerknęłam na ścianę, a później skierowałam się w stronę malutkiego okienka, przez które nieśmiało do pomieszczenia docierały blade promienie światła.
Kiedy miałam dziewięć lat i bawiłam się ze znajomymi w chowanego, byłam niezawodna w szukaniu doskonałych kryjówek. Pewnego dnia miałam jednak pecha i okazało się, że na drzewie, na którym chciałam się schować, osy założyły sobie gniazdo. Nie zauważyłam tego wcześniej, bo kątem oka dostrzegłam biegnącego za mną kolegę i próbowałam mu uciec. Wiedziałam, że nie potrafi się wspinać, dlatego szybko wdrapałam się na drzewo, lecz przez nieuwagę strąciłam misterną konstrukcję stworzoną przez osy. Zaniepokojona wychyliłam się w dół, żeby sprawdzić, czy mój znajomy nie ucierpiał. Nic mu się nie stało, ale to ja byłam w tarapatach, ponieważ poślizgnęłam się na konarze, a nie byłam na tyle zwinna, żeby w porę zdążyć złapać się jakiejś gałęzi. Zaczęłam spadać. Czułam, jakby mijały minuty, a to przecież trwało tylko kilka sekund. Zderzenia z ziemią nie pamiętam. Obudziłam się koło tego chłopca, zgodnie z tym co mówił, pół godziny później z bolesnym śladem po użądleniu przez osę. Przykładał do mojego ramienia babkę, ponieważ w tamtym czasie wśród wszystkich dzieci panował mit, że leczy ona wszystkie urazy i uśmierza ból. Nie wiem, czy rzeczywiście to działało, ale wtedy miałam wrażenie, że nic mi się nie stało. Podniosłam się, otarłam dłonie z piasku, chwyciłam chłopca za rękę i żadna gra już się nie toczyła. Pokazałam mu miejsce, w którym chowam się, gdy uciekam z domu, a on uśmiechnął się, zdjął pasiasty szalik z szyi i schował go pod dużym kamieniem. Od tamtego czasu staliśmy się przyjaciółmi. Kłóciliśmy się jak stare dobre małżeństwo.
Wszystko zmieniło się w dniu, w którym zakupiłam czerwoną sukienkę. Był piątek. Mój drogi przyjaciel miał wrócić za tydzień, a ja bez przerwy przygotowywałam się na jego powitanie. Nie widziałam go od ponad dwóch lat, ponieważ wyjechał do Norwegii. Robiłam się nerwowa na każde wspomnienie o nim. Jeśli możliwa jest relacja pomiędzy ludźmi działająca tak samo, jak dzieje się to w przypadku mikoryzy, to istniała właśnie między nami. Tego ranka obudził mnie klucz zgrzytający w zamku. Moja starsza sąsiadka była już schorowana i przy każdej, nawet najdrobniejszej czynności ręce trzęsły jej się co najmniej tak, jak gdyby właśnie skończyła używać miksera do ciasta, skacząc na trampolinie. Nie byłaby w stanie tego zrobić, co tylko potęgowało wrażenie jej nieudolności. Z przymrużonymi oczami chciałam wstać, ale przypomniałam sobie, że zostawiłam przy łóżku krzesło, które miało powstrzymywać mnie przed nocnymi spacerami podczas lunatykowania. Odsunęłam je, założyłam pantofle i przeczesałam ręką włosy. Sąsiadka wciąż nie mogła poradzić sobie z zamkiem.
- Ktoś na pewno ukradł mi klucze! – usłyszałam zrzędzenie. – A może do domu włamali mi się złodzieje i zablokowali dziurkę czymś od środka? O, nie! Moje wszystkie oszczędności z szuflady…  Byle tylko nie zaglądali pod łóżko! – lamentowała, jak gdyby nie zdając sobie sprawy z siły swojego głosu.
Poczułam, że mam dość jej stękania. Odsunęłam rygiel i wychynęłam zza drzwi.
- Proszę pani… - powiedziałam zachrypniętym, jeszcze nierozbudzonym głosem.
- Czego znowu chcesz? – warknęła. Odwróciła się w moją stronę i zlustrowała od góry do dołu. – To pewnie ty! Co zrobiłaś z moim mieszkaniem? Mów natychmiast, bo zadzwonię na policję!
- Czy mogę? – zapytałam, robiąc krok w jej stronę. Zawsze dziwiłam się, jak to możliwe, że starucha ma tyle siły do krzyku, podczas gdy ledwo porusza kończynami.
- Jeśli mnie napadniesz, zacznę krzyczeć! – zaskrzeczała, ale w jej głosie zabrakło tej pewności, którą zawsze jest nasycony.
Widziałam nieźle ukrywany strach w jej oczach. Bała się mnie. Wzięłam klucze, nie dotykając jej dłoni, którą z resztą szybko usunęła, i bez problemu otworzyłam drzwi. Odwróciłam się na pięcie i wróciłam do swojego mieszkania. Patrząc na norweskie czasopismo, które dostałam pocztą, przypomniałam sobie o planach spotkania. Szybko ubrałam się i wyszłam na ulicę. Spacerując wzdłuż witryn sklepowych, obserwowałam mijanych ludzi. Wydawało mi się, że z naprzeciwka idzie w moją stronę znajomy z liceum. Nienawidziłam tej szkoły. Wskoczyłam szybko do najbliższego sklepu, aby uniknąć nieprzyjemnej rozmowy. Cofnęłam się w głąb, wpadając na wieszak.
- Czy mogę w czymś pomóc? – usłyszałam głos zirytowanej sprzedawczyni.
Aby uniknąć konfrontacji, uznałam, że najlepiej zrobię, kupując coś w tym sklepie. Rozglądnęłam się po pomieszczeniu i zobaczyłam na wystawie czerwoną sukienkę. Spytałam, czy jest dostępny mój rozmiar, a skoro był, wzięłam ją, płacąc bez mierzenia. Przecież i tak miałam kupić coś ładnego na przyjęcie przyjaciela. Wróciłam do domu, przebrałam się w sukienkę. Przymierzyłam szpilki i zasnęłam.
Przespałam cały dzień. Krzesło było odsunięte, a buty leżały pod łóżkiem. Nie mogłam sobie przypomnieć, co mi się śniło. Przez następne kilka dni było zadziwiająco cicho. Codziennie, choć na chwilę, ubierałam sukienkę i wyobrażałam sobie, że mój przyjaciel już tu jest. Chwali mnie, przytula i opowiada o swoim życiu. Nie mogłam sobie tylko przypomnieć, gdzie zostawiłam zegarek, który ofiarował mi piętnaście lat temu. Liczyłam godziny, które dzieliły mnie od ponownego spotkania z przyjacielem. Miał wylecieć z Oslo do Hamburga, a stamtąd dojechać pociągiem. Uwielbialiśmy pociągi. Zawsze marzyłam, że zostanie kolejarzem. Myślałam, że on też tego chce, dlatego zdziwiłam się, kiedy oznajmił mi, iż wybiera się do Norwegii. Wydzwoniłam lotniska, żeby być na bieżąco. Pozostało tylko czekanie. 8 września nieustannie czułam napięcie i ekscytację na myśl o spotkaniu z moim przyjacielem. Tego dnia wyglądałam nieziemsko. Ubrałam buty na wysokim obcasie, wspomnianą już czerwoną sukienkę, a we włosy wpięłam żółty kwiat. Godzinę po planowanym czasie przylotu zadzwoniłam na lotnisko, aby zapytać, czy nie ma opóźnień. Sprawdziłam wszystko dokładnie – lot Partnair 394.
To był ostatni dzień, kiedy byłam szczęśliwa i najgorszy w moim życiu. Nie doświadczyłam niczego straszniejszego – nic nie równało się z tym, co wtedy mnie spotkało. Mój przyjaciel zginął w katastrofie lotniczej. Samolot wpadł do wody. Nie ocalał nikt. Kiedy o tym usłyszałam, nie mogłam uwierzyć. Zagryzłam zęby, zacisnęłam pięści i zamknęłam oczy. Zerwałam się z fotela, chwyciłam telefon i cisnęłam nim z całej siły
w ścianę, wyrywając kabel. Rozglądnęłam się po pokoju. Wyszłam do kuchni. Podeszłam do stołu, wyciągnęłam ramkę ze zdjęciem przyjaciela i przyjrzałam się mu. Uderzyłam pięścią w szybkę, zbijając ją, i wyciągnęłam fotografię. Schowałam ją do torebki i wyszłam. Tego dnia wszystko było mi obojętne. Nic nie miało dla mnie znaczenia. Szybkim krokiem, wsłuchując się w rytmiczny stukot moich obcasów, poszłam w kierunku mostu Überfuhrsteg. Tyle czasu mieszkam w Salzburgu, a wciąż wydaje mi się obcy. Dzisiaj wreszcie poczułam pewną więź z tym ponurym miastem. Ono też straciło cząstkę siebie, a nawet tysiąc razy więcej tych cząstek. Chciałam po prostu skoczyć, ale za dobrze umiem pływać. Poza tym szkoda mi było sukienki. Z napuchniętymi oczami, drobnym, chwiejącym się krokiem wróciłam na główną ulicę prowadzącą do mojej kamienicy. Po drodze minęłam sąsiada, który agresywnie patrzył na mnie, nie ściągnął czapki na pozdrowienie, a kiedy podniosłam na niego wzrok, odwrócił głowę. Wydało mi się to dziwne. Wytłumaczyłam sobie to zachowanie tym, że pewnie spieszył się do pracy, co chciałam potwierdzić, zerkając na zegarek, ale przypomniałam sobie, iż nadal go nie znalazłam. Przy wejściu do kamienicy stał czarny Jaguar z przyciemnianymi szybami.
- To pewnie rodzina starej – pomyślałam.
Wyszłam na górę po klatce schodowej, słysząc rytmiczne kapanie wody z przeciekającego sufitu. Na górze urządzono pralnię.  Drzwi od mojego mieszkania były otwarte na oścież. Nie przypominam sobie, żebym je zamykała, ale też nie sądzę, abym mogła zostawić mieszkanie w takim stanie. Brakowało mi tylko narzekań sąsiadki. Dawno jej nie słyszałam. Od kilku dni nie wychodziła na zakupy. W tym momencie usłyszałam pukanie do drzwi. Stanęłam w bezruchu. Nie wiem, dlaczego ktoś pukał, zamiast użyć dzwonka. Otarłam oczy chusteczką i poszłam otworzyć.
- Witam panią, chciałbym zadać kilka pytań – powiedział monotonnym głosem policjant zapatrzony w notatki. Zamyśliłam się. Mężczyzna zdziwiony zastaną ciszą oderwał wzrok od zeszytu i przyjrzał się mi. – Co robiła pani tydzień temu?
- Nie pamiętam – odpowiedziałam lekceważąco, podejrzewając, że to staruszka złożyła na mnie skargę.
- Wie pani co? – zapytał, powoli przenosząc wzrok z moich kolan aż do twarzy. Przeszły mnie ciarki. – Jest pani młoda, jeszcze dużo życia przed panią, więc na pani miejscu, byłbym jednak bardziej skory do współpracy, zważywszy na fakt, iż jest pani główną, jeśli nie nawet jedyną, podejrzaną.
- Nie urządzam tu domu publicznego! Przecież nie ma w prawie nic o zakazie noszenia czerwonych sukienek w innych profesjach, a nikogo do mieszkania nie przyprowadzam! – wybuchłam. – Czy ja wyglądam jak prostytutka? Jeśli ta staru… pani Fingerlos znowu nagadała panu o rzeczach, które robię…
- Nie przyszedłem dzisiaj w tej sprawie – powiedział z przekąsem. - Ale z tego, co mi wiadomo, tamta została już dawno wyjaśniona.   
- A więc o co chodzi?
- Pani sąsiadka nie żyje. Przeszukaliśmy pani mieszkanie. Sytuacja wygląda tak, jakby pani Fingerlos popełniła samobójstwo, ale otrzymałem rozkaz zbadania sprawy i przesłuchania podejrzanych. Z przykrością dla pani, jestem zmuszony poinformować, iż wszystkie poszlaki wskazują na panią. Pytam ostatni raz, inaczej oskarżę panią o utrudnianie śledztwa – co robiła pani 1 września?
Moja twarz przybrała teraz wyraz zaskoczenia połączonego ze złością. Zmrużyłam oczy, popatrzyłam na odznakę, a później na notes policjanta. W myślach próbowałam przypomnieć sobie, co działo się tydzień temu. Potarłam nerwowo nadgarstek i poprawiłam rękawy sukienki. W tym czasie mężczyzna zdążył usiąść przy stole. Ręką dał mi znak, że mamy czas. Zaczęłam chodzić w kółko po dywanie. Przystanęłam.
- Dlaczego to ja jestem podejrzana?
- Ponieważ mieszka pani najbliżej, miała z nieboszczką najczęstszą styczność, pani Fingerlos składała już różne skargi na panią, więc ma pani motywy… Wymieniać dalej? Byłbym zapomniał. W mieszkaniu znaleziono pani zegarek.
To tam jest! O, nie… Nie przysunęłam krzesła do łóżka. Mogłam lunatykować w nocy! A co jeśli… Jeśli naprawdę ją zabiłam? Chwyciłam się dłonią za podbródek, a drugą oparłam na biodrze. Wyszłam do sypialni, zajrzałam pod łóżko i wróciłam.
- Czy mogłabym zobaczyć to mieszkanie? – zapytałam. Mężczyzna skinął głową i zaprowadził mnie tam. Wiem, że nie powinien. Nie wolno mu robić takich rzeczy, ale myślę, że wtedy zadziałała moc czerwonej sukienki, a może tylko chciał wyobrazić sobie mnie w czasie zabijania, aby potwierdzić swoją wersję wydarzeń?
Ostrożnie weszłam przez korytarz. W malutkim pokoju nie było czuć zapachu psującego się ciała, którego tak bardzo się bałam. Było całkiem czysto – nie licząc paru worków i taśmy zabezpieczającej. Rozglądałam się dookoła, skupiając uwagę na wszystkich detalach. Przy drzwiach wejściowych zobaczyłam pasiasty szalik. Wydawał mi się znajomy. W czasie przechadzki po mieszkaniu dowiedziałam się dwóch rzeczy – staruszka zatruła się lekarstwami i nie zostawiła nikomu żadnej wiadomości. Kolejnej wizyty policjanta miałam spodziewać się jutro, żeby spisać oficjalne zeznania. Znalazłam u niej wiele rzeczy należących do mnie, ale starałam się nie dać tego po sobie poznać. Wiedziałam, że każdy mój kolejny krok może świadczyć o winie. Nie myślałam trzeźwo. Tęskniłam za przyjacielem, choć przez moment wydało mi się, jakby minął rok, od dnia jego śmierci. Najgorsza dla mnie była świadomość, że nie wiem, co działo się ze mną tydzień temu. Odtwarzając kolejne wydarzenia – od momentu przebudzenia, aż do chwili powrotu do domu, uświadomiłam sobie swoje tragiczne położenie. Nie spotkałam nikogo, kto mógłby zaświadczyć o mojej niewinności, a przed jedyną szansą, którą miałam, uciekłam. Poczułam ukłucie w piersi. Szukam obrony, a może powinnam raczej oskarżać samą siebie?
Zdjęłam sukienkę i zostawiłam ją na łóżku. Schyliłam się, sięgnęłam ręką do ściany, ale na podłodze nic nie znalazłam. Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie, że tamtej nocy byłam w mieszkaniu pani Fingerlos. To był ten dzień, kiedy wpadłam do sklepu. W następny piątek miał przyjechać mój przyjaciel. Wzdrygnęłam się. Byłam u niej. Jak inaczej wyjaśnić wszystkie te przedmioty zostawione w różnych miejscach? Skąd wziął się tam mój zegarek? Skoro przypomniałam sobie już, że chodziłam wcześniej po jej mieszkaniu, co jeszcze miało mnie spotkać? Kiedyś czytałam o wyparciu. Jeśli człowiek przeżywa jakieś traumatyczne zdarzenia, które sprawiają mu ból albo wywołują w nim poczucie wstydu i winy, to jego pamięć „usuwa” problematyczne wspomnienia. Wypiera niewygodne myśli.
Następnego dnia, po męczącej nocy pełnej sennych koszmarów, znowu ubrałam czerwoną sukienkę. Wyciągnęłam z torebki fotografię i owinęłam ją w szalik. Zabrałam go wczoraj z mieszkania, oddając chustkę, która z niewiadomych przyczyn wisiała u mnie w szafie. Postawiłam na stole znalezioną w niej karteczkę z listem. Zwinęłam dywan. Przetarłam lustro, a wychodząc, zabrałam jeszcze zeszyt.
Policjant uśmiechnął się do mnie i kątem oka zobaczył wystający z torebki szalik. Pokręcił głową. Patrzyłam mu prosto w oczy, powstrzymując łzy. Spisał zeznania, zakuł mnie w kajdanki i zaprowadził do aresztu. 8 września 1989 roku zmarł też jego przyjaciel.