niedziela, 23 lutego 2014

Gdzie mieszkają dzikie stwory?

Stało się - przekroczyłam tę magiczną, długo oczekiwaną granicę i, o dziwo, nie rozpadłam się na kawałki :)

Co się zmieniło w moim życiu? Bilans od urodzenia do teraz w porządku niechronologicznym:
kolor dłoni, bo właśnie skończyłam kroić sałatkę,
masa - kiedy byłam w czwartej klasie, ważyłam 45 kg,
liczba przeczytanych książek - nadal nie jest taka, jaką chcę osiągnąć (i nigdy nie będzie...),
gust - na lepsze, na gorsze? Kogo to obchodzi? :)
wymarzony zawód - kiedyś miałam jakiś jego plan, teraz nie,
niektóre cechy charakteru - jestem cierpliwa, mam dziwne poczucie humoru, dużo mniej się złoszczę,

¡oƃǝzsdǝlɾɐu oƃǝıʞʇsʎzsʍ

 :) ɾɐısızp sıdʍ ʎuzɔʎʇsʎʇɹɐ

W sumie to jestem zbyt leniwa na takie podsumowania. I zajęta robieniem notatek o modzie (lub raczej jej braku)Amiszów i ich problemach ze światem zewnętrznym. Po angielsku od razu, a co! 

Co się od teraz zmieni?
- nie będę się bać pana w czytelni w bibliotece,
- będę robić więcej rzeczy po swojemu, mówiąc: "jestem już dorosła, sama ponoszę konsekwencje swoich błędów i biorę za nie odpowiedzialność" (a tak naprawdę: "mam 18 lat, mam swoje prawa!"),
- stracę część zniżek dla osób niepełnoletnich :(
- wyrobię sobie sama kartę biblioteczną,
- zrobię kurs na prawo jazdy i zdam (a przynajmniej spróbuję!),
- będę bardziej lub mniej chaotyczna,
- zacznę robić "dorosłe rzeczy", a przynajmniej będę wmawiać sobie, że tak właśnie postępują pełnoletni ludzie,
- znajdę uoʍʎ sʇʎl doʞɐzʎʍɐuıɐ sıǝqıǝ (chciałam napisać "wyrażania", ale nie mają odpowiednika "ż"),
- nauczę się gotować!!!

Urodzinowych życzeń nie mam zbyt wiele - tylko jedno jest tajne, bo pomyślałam je zdmuchując (dwukrotnie)świeczki na torcie, więc, dopóki nie będę wiedzieć, czy się spełniło (a przekonam się o tym dość szybko), nie wyjawię jego brzmienia. Życzę sobie po prostu szczęścia w życiu i dojrzałości.

Przy okazjach wspominania (bo dzisiaj też na pewno usłyszę trochę historii z mojego dziecięcego życia) - kiedyś spadłam z łóżka piętrowego. Spałam na górze i, jak rozmawiałam z moim bratem, lubiłam wychylać się, żeby go widzieć. Raz wychyliłam się trochę za bardzo i wypadłam, robiąc fikołka i uderzając w szafę (czerwoną!). Nie stało mi się zupełnie nic. Śmiałam się, ale na następne razy oduczyłam się tego sposobu prowadzenia rozmów. Morał z tej historyjki jest taki, że znajomość praw fizyki czyni człowieka mniej podatnym na wypadanie z łóżka :)

Kończę już, żeby ten wpis nie zrobił się zbyt długi. Dopiszę jeszcze jedno zdanie, żeby pokazać, jaką hipokrytką jestem i przedłużyć tekst.

 Ciekawostka (lub nie): w 2006 roku miałam 157 cm wzrostu :) [wyczytane ze wspomnianej już czerwonej szafy]

Jeden z najpiękniejszych zwiastunów, jakie widziałam. Zaraz po tym, kiedy uda mi się przeczytać książkę, postaram się oglądnąć ten film. Co ciekawe, o "Where the Wild Things Are" dowiedziałam się, szukając pochodzenia interesujących kostiumów ze zdjęcia fanów cosplay.


PS Kupiłam książkę "Ludowy akt miłości" Jamesa Meeka w księgarni przy ul. Grodzkiej w Krakowie.

Kartie

niedziela, 16 lutego 2014

Tak, jest tak

Nadspodziewanie dobry humor wciąż mi dopisuje, choć czuję się, jakby ktoś siłą wyrwał mi kilkanaście godzin z życiorysu. Szczerze mówiąc, przyznam, że myślałam, iż cały wczorajszy dzień będzie pasmem niepowodzeń, które zaczną się już od szóstej rano. Może nie aż tak, że zakładałam, iż na pewno tak będzie, ale bałam się możliwości sprawdzenia się takiego czarnego scenariusza. Na szczęście wszystko poszło dobrze. Zdziwiła mnie spokojna atmosfera, w jakiej to się odbywało. Wyobrażałam sobie raczej szaleńczy bieg przypominający ucieczkę ofiary (lub potencjalnego pokarmu)przed gepardem (nie bez przyczyny wybrałam najszybsze zwierzę). W ogóle to nic nie dzieje się bez przyczyny, co napisałam w mojej wspaniałej siedmiostronicowej rozprawce. Zostałam stworzona z cechą warunkującą pocieszanie samej siebie w każdym momencie - nawet jeśli sytuacja wcale tego nie wymaga.

Jak mogłam nie pomyśleć o skrzydłach Ikara?!

Przyjęcie osiemnastkowe było wspaniałe. Cieszę się, że mogłam je spędzić w tak bliskim mi gronie i wreszcie wszystkich ze sobą poznać. Pochwaliłam się kolegami z klasy, odkryłam nowe strony charakteru niektórych z gości i świetnie się bawiłam. Nie wyobrażam sobie, żeby ten dzień mógłby być lepszy. Po raz kolejny doceniłam swoje szczęście w spotykaniu interesujących ludzi. No i przede wszystkim prezenty, bo przecież tylko po to te cyrki robiłam, jak ktoś stwierdził :) Jest jeszcze coś, co muszę napisać - różowa farba na włosach jest super! Jeśli kiedykolwiek naprawdę mocno się upiję - wiecie czego się spodziewać. Torba z tytułem jednego z moich postów jest cudowna :D Będę mogła stać się żywą reklamą swojego bloga. Skoro już mowa o prezentach - inne też były super. Dzięki pudełku wypełnionym cukierkami nie będę głodować. Z wszystkimi tańczyło się wyśmienicie. Życzenia były cudowne.

Zauważyłam, że poprawiłam swoją biegłość w pisaniu. Coraz mniej idiotycznych błędów do poprawiania. Więcej sensu w tym, co próbuję robić. Na koniec - co najważniejsze dla sprawdzających - sto razy mniej skreśleń w pracy. Do Justynki - "18tka" z serduszkami jest genialna :D

Walentynki już były, więc o tym nie ma co pisać. Na pseudofilozoficzne wynurzenia jakoś mi się nie zbiera, bo wciąż czuję różowy proszek na głowie. Muzyki nie włączam, żeby nie przeszkadzać bratu. Żadnych wartych opisania, które przy tym nie naruszałyby niczyjego prawa do prywatności, wydarzeń już nie ma. Pozostaje tylko puścić "Marsz żałobny" Chopina i, tak jak Norwid ubolewający nad zrzuconym fortepianem, cierpieć z powodu zakończenia ferii. Do pracy, rodacy! Trzeba wytrzymać pięć dni roboczych, a później kolejne świętowanie. Jakoś nie czuję tego dojrzewania, ale czas zacząć ponosić konsekwencje swoich działań. Co do "pasowania" - tylko Justynka słusznie posługuje się pasem, Zuzia śmiała się, kiedy komentowałam uderzenia, mówiąc "o, tu ktoś nie trafił" albo "co to jest? Biczowanie? Tu są moje plecy!". Jeszcze muszę popracować nad byciem komikiem :)

Wbrew tematowi piosenki - miłość, o jaką wszystkim chodzi, omija mnie ostatnio szerokim łukiem. Może dlatego ratuję się właśnie takimi utworami Katie Meluy?


PS Muszę popracować nad słownictwem, bo "świetne" i "cudowne" stają się zbyt powszechne :)


Kartie

piątek, 14 lutego 2014

Jak uleczyć fanatyka?

"Mój drogi przyjaciel, wspaniały prozaik izraelski Sammy Michael, wybrał się kiedyś w daleka podróż samochodem z szoferem (...). Szofer palnął zwyczajową mówkę o tym, że zabicie wszystkich Arabów jest dla nas Żydów sprawą niecierpiącą zwłoki. Sammy go wysłuchał i zamiast zawołać:„Panie, co z pana za straszny człowiek! Czyś jest pan nazistą, czy faszystą?”, zagrał inaczej. „A kto pana zdaniem powinien pozabijać tych wszystkich Arabów?", zapytał. Na to szofer: „Jak to kto? My! Izraelscy Żydzi! Musimy! Nie mamy wyboru, pomyśl pan, co oni nam wyrządzają każdego dnia!”. „Ale jak pan myśli, kto powinien się do tego zabrać? Policja? A mo że wojsko? Stra ż po żarna? Ekipy medyczne? Kto ma to robić?”. Tamten podrapał się w głowę i rzekł: „Chyba powinniśmy się sprawiedliwie podzielić, każ dy z nas musi zabić kilku". Sammy Michael, zachowując kamienną twarz, rzekł: „No dobrze, przypuśćmy, ż e przydzielono panu blok mieszkalny w pańskim mieście, Hajfie, wiec puka pan albo dzwoni do wszystkich drzwi i pyta: Przepraszam, czy przypadkiem nie jest pan Arabem? Czy pani jest Arabką? I jeż eli odpowiadają, ż e tak, strzela pan do nich. Potem, gdy kończy pan obchód tego bloku i wybiera się pan do domu, gdzieś z czwartego pietra dobiega pańskich uszu płacz niemowlęcia. Czy wróciłby pan i zabił to dziecko? Tak czy nie?". Przez chwile panowała cisza, po czym szofer powiedział: „Wie pan co, pan jest bardzo okrutnym człowiekiem"."
Amos Oz, Jak uleczyć fanatyka?

Spodobał mi się język, jakim mówił i bezpośredni sposób, w jaki wyrażał swoje myśli. Trochę uogólniał niektóre kwestie, jednakże to sprawiło, iż skupił uwagę odbiorcy (lub, jak w moim przypadku, czytelnika)na rzeczywistym problemie.Wcale nie była nim sprawa Europy, która nie potrafi zrozumieć natury konfliktu. Zacytowany fragment tej książki zainspirował mnie. Poza tym zaimponowała mi zdolność autora do dygresji i wplatania innych wątków, które w plastyczny sposób doprowadzały do finałowego rozwiązania. 

Moje stwierdzenia są trochę niespójne. To znak, że się denerwuję. Wróćmy do spraw przyziemnych. Dzisiaj Walentynki (huh, jakby się nikt nie zdążył zorientować... biorąc pod uwagę wszystkie serduszka i medialne przetrząsanie tego tematu od kilku dni (ba, tygodni!)). W związku z tym czeka na mnie... nic specjalnego :) 
Upiekłam babeczki, konsumuję pizzę i, gdyby nie mój wiek, ktoś mógłby mnie wziąć za zdesperowaną starą pannę, a brakowałoby mi tylko zestawu kotów do kompletu (jednym to bym nie pogardziła). Wypełniam stosy kserówek i mam wrażenie, że niczego mnie już nie uczą. Czas na koncentrację, stop z narzekaniem, pełne skupienie i pozostaje tylko mieć nadzieję, iż przyniesie to dobre skutki. Nawet jeśli nie, w końcu jutro odreaguję. Wdech, wydech. Dam radę. 

Uleczę samą siebie.


Kartie

poniedziałek, 10 lutego 2014

Trzymam wszystkie cztery kciuki

Czwarty dzień leżę w łóżku i nie mam na nic siły. Choćbym, nie wiem jak bardzo, chciała, nie potrafię. Mam wyrzuty sumienia. Poczucie, że powinnam... wróć - muszę pracować, żeby nie zaprzepaścić szansy, którą otrzymałam. Męczę się, cały czas śpię, a kiedy rzeczywiście próbuję coś robić, rozpraszam się i zapominam, jaki naprawdę miałam cel. Wyćwiczyłam się jednak w pocieszaniu i wciąż przekonuję samą siebie, że to dobrze, iż choroba złapała mnie właśnie w ferie, bo przecież dzięki temu nie będę miała żadnych zaległości w szkole do nadrobienia. Kolejnym argumentem przemawiającym na korzyść tegoż "nieszczęścia" jest fakt, że nie ma śniegu, więc nic nie tracę, bo i tak nie mogłabym pojeździć na nartach (choć stoki naśnieżają sztucznie, to jednak nie bawi mnie zsuwanie się po błocie pełnym muld... pozytywną stroną tej pogody byłoby to, że nie marzłyby mi palce). Ostatnim powodem, dla którego WARTO zachorować w ferie jest to, że dawno nie byłam tyle czasu z moim bratem. Z racji tego, że komputer jest w moim pokoju, a o tej porze roku mój brat przy nim spędza największy procent swojego wolnego czasu, mam okazję, żeby w końcu trochę z nim porozmawiać. Odkryłam, że jest naprawdę kochany, ponieważ, o ile nie zapomina o tym, iż miał mi zrobić herbatę, o czym przypominałam mu parokrotnie, lecz później uznałam, że nie będę go tak męczyć, bo na pewno pamięta, a tylko go tym zdenerwuję, to robi wszystko, o co go poproszę i nawet w jego oczach dostrzegam chwilami cień troski i zmartwienia.  Przedwczoraj oglądaliśmy razem Top Gear. Ja leżałam w łóżku przykryta kołdrą do samej szyi, wsłuchując się w kwestie prowadzących i zerkając na ekran, podczas gdy mój brat oglądał i czytał napisy, przerywając od czasu do czasu, aby odpisać na otrzymane wiadomości.

Czy, jak na kogoś, kto nie czytał jeszcze kodeksu drogowego, wyniki z nowych testów na prawo jazdy kolejno 60/74 i 57/74 są złe? Tak się wciągnęłam, że chyba rozwiążę jeszcze kolejne. Nadałam sobie miano geniusza, bo spieszyłam się z odpowiedziami i starałam się zmieścić w czasie, a nie zauważyłam, że był odliczany dwa razy - raz na zapoznanie się z pytaniem, drugi na odpowiedź. Okazało się, że pierwszy test (z którego notabene uzyskałam lepszy wynik) rozwiązywałam tak szybko, że udało mi się odpowiedzieć na wszystkie pytania w ciągu czasu, który był przeznaczony na przeczytanie polecenia.

Miałam ponarzekać o tym, jaka samotna się czuję, ale... przeszło mi. Dopiję więc zrobioną dla mnie herbatę i poczekam na obiad, który będzie dzisiaj dość wcześnie. Mam nadzieję, że odzyskam dzisiaj siły, aby przeczytać "Lalkę" Prusa albo coś z historii literatury. Pozdrawiam Olę, która zainspirowała mnie do zatytułowania dzisiejszego wpisu w ten, a nie inny sposób.

 Kartie

czwartek, 6 lutego 2014

To lubię

Spontaniczne spotkania, przypadkowe odkrycia muzyczne i książki ze strychu są najlepsze! Jak powiedziałby Mickiewicz: "to lubię". Siedzę w romantyzmie. Historia literatury mi nie idzie, mam spore luki. Przydałoby się, żebym była bardziej oczytana. Szkoda, że szybciej nie realizuję swojej listy. Jakbym chociaż pamiętała wszystkie te książki, które już kiedyś przeczytałam, byłoby to bardzo pomocne. Niestety, nie jestem idealna. Może na szczęście? Dzięki temu mam do czego dążyć ;)

Kiedy dzisiaj powiedziałam coś mojej mamie, stwierdziła, że powinnam takie rzeczy zapisywać, co właśnie uczyniłam.

Jak byłam mała i czytałam dużo (i szybko!) książek, myślałam sobie, że, kiedy będę starsza, będę rozumiała wszystko z trudniejszych lektur. Wierzyłam, że będę znała cały kanon literatury i, co najważniejsze, znaczenie wszystkich pojawiających się w polskich książkach słów. Okazało się (co teraz wcale mnie nie dziwi, ale gdyby ktoś powiedział coś podobnego tamtej małej Kasi, nie uwierzyłaby za żadne skarby i obruszyła się, dlaczego mówi się jej takie rzeczy - może inni tak mają, ale ona będzie się starała i będzie wyjątkowa dzięki swojej pracy i pilności), że wciąż nie rozumiem tych "poważnych lektur", a co gorsza nie pamiętam prawie nic z tego, co czytam, więc ostatecznie wychodzi na to, że ilość zdobytej przeze mnie nowej wiedzy jest odwrotnie proporcjonalna do liczby przeczytanych dzieł. Natomiast w podstawówce przyrost nowych wiadomości na wykresie zbliżony byłby do graficznego przedstawienia funkcji kwadratowej. Matematyka jest wszędzie.

Wsłuchuję się w piosenki Jacka Johnsona, a zwłaszcza "Banana pancakes" odkrytą, kiedy szukałam oryginalnego przepisu na naleśniki.


Ten rytm pomaga mi się skupić i rozprasza zarazem. Problem tkwi w tym, że skupiam się nie na tym, na czym powinnam.

Powoli wkraczam w świat dorosłych. Robię coraz drobniejsze kroczki ze skrywaną nadzieją, że nie zmienię tendencji ruchu i mój opóźniony nie przekształci się w przyspieszony z przeciwnym zwrotem. Trzeba poznać trochę otoczenia, żeby wyrobić sobie poglądy. Pracuję nad wizją idealnej rodziny w mojej głowie.

P. S. Na następny raz lepiej zapytać, czy to kawa latte czy latte macchiato.

Pozdrawiam,
(celebrująca ferie i wolne od nau... szkoły :))
Kartie

niedziela, 2 lutego 2014

Jak nauka wyszła z lasu

Wciągnęłam się w wszelkiego rodzaju filmy krótkometrażowe - od tych non-camerowych Juliana Antonisza, przez rysowane na płytach gipsowych Piotra Dumały, aż po "zwykłe" animowane wytworzone przez Studio Miniatur Filmowych. W ten sposób przypomniałam sobie wiele kreskówek z dzieciństwa, o których, wydawało mi się, miałam już nigdy nic nie usłyszeć, gdyż do łask weszły całkiem inne sposoby na marnotrawienie czasu.

Podzielę się swoim odkryciem. Jest to film w reżyserii Mirosława Kijowicza zrobiony techniką wycinankową.

Droga, 1971


Żart przestrzegający przed nieprzewidzianymi konsekwencjami rozstań

Na koniec cytat Juliana Antonisza z rozmowy z Bogdanem Zagrobą z "Filmu" 32/1977:

"Człowiek jest dla mnie najdoskonalszą maszyną, wspaniałym urządzeniem mechaniczno-elektronicznym"

Kartie