środa, 30 kwietnia 2014

Wtedy możesz zacząć

Jak to jest, że ludzie wyrzucają sobie, że nie potrafią cieszyć się, kiedy nic ich nie martwi? Sprawa wydaje się prosta - nie masz żadnych problemów, czyli w życiu dzieje się dobrze. Co jest nie tak, że nie czujesz szczęścia? Zaczynasz buntować się od środka przeciwko samemu sobie. Uważasz się za bezczelną osobę, która nie potrafi docenić tego, co ma. Sama też niejednokrotnie zmagam się z tym paradoksalnym problemem. Nie mogę wtedy zrozumieć, dlaczego po prostu nie zacznę cieszyć się z tego, że żyję, co już w życiu osiągnęłam, jakich ludzi poznałam, jak nieraz mi pomogli. To niesprawiedliwe, że wszystko jest doskonałe, a ja znajdę coś, co burzy mi ten perfekcyjny obraz. Tylko dlatego rozumiem to u innych. Człowiek jest ciągle nienasycony i tkwi w swoim niezaspokojeniu, żądając więcej i więcej. To pułapka, ale z drugiej strony - nie pozwala nam zatrzymać się i przestać szukać nowości.

Chwilowo uwolniłam się z jej objęć i jestem na drodze do zdefiniowanego przez siebie szczęścia. Podoba mi się. Ogarnia mnie uczucie mocy. Dawno go nie było :) Wychodzę z zawiłości i dbam o równowagę. Podpieram się, czym tylko mogę. Nastrajam się pozytywnie i zaczynam wierzyć. Pomimo dziesiątek różnych, całkiem skrajnych emocji, odczuwam przede wszystkim radość. Potrzebuję tylko zająć się szukaniem inspiracji i utworzeniem pewnego porządku. Okazuje się, że mam swoje ulubione drzewo - jest nim ogromny, rozłożysty buk po drodze na Wawel.

Wszystko układa się w całość. Bez żadnych zbędnych elementów. Jest cudownie, bo mam szczęście. Mój sen się ziszcza. Chciałabym być tą, na którą się tutaj kreuję.

Dzisiaj mam w głowie dwie piosenki - "Fields of Gold" Stinga i "Hey Jude" The Beatles.

Hey Jude, don't be afraid
You were made to go out and get her
The minute you let her under your skin
Then you begin to make it better





Kartie

PS "Mrowiszko tu jest!"

poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Ludowy akt rozpaczy

Miałam wczoraj ciekawą myśl i nawet prawie ją zapisałam, ale uznałam, że jest na tyle ważna, iż na pewno ją zapamiętam i nic nie sprawi, że będę w stanie ją zapomnieć. Zapomniałam...

...Ale przynajmniej już wiem, skąd biorą się białe jajka :)

Przeczytałam "Ludowy akt miłości" Jamesa Meeka i spodobała mi się ta interpretacja uczuć. Całe szczęście, że opis z tyłu książki nie oddaje istoty powieści. Normalnie wzięłabym go za spoiler - w końcu zdradza mniej więcej połowę akcji, ale w tej prozie chodziło o coś innego niż wydarzenia (Uwaga! Dalszy ciąg może sporo zdradzić!). Główny bohater Samarin jest dla mnie zbitką typowych postaci rosyjskiej literatury, z którą miałam styczność do tej pory - jest w nim Raskolnikow, i Woland i nawet trochę Mistrza - człowiek przeświadczony o wyższości siebie i swojego celu, siejący zamęt w Jazyku (niczym Woland ze swoją świtą w Moskwie), obnażający ludzkie zło, rozkochujący w sobie Annę Pietrowną, która, niczym Małgorzata, przez jedną noc była w stanie oddać mu wszystko, ale jednak prowadzący tych ludzi do szczęścia i dobra. Znika równie niespodziewanie, jak się pojawił. Podoba mi się. Fascynują mnie klimaty rosyjskiej literatury. Było też trochę o fotografii (aż żal myśleć, że nie przeczytałam jej przed konkursem, bo byłaby jak znalazł! Co najlepsze - kupiłam ją tuż przed nim). Na początku wydawało mi się, że to będzie o cierpieniu, upodleniu i braku godności. Gdybym miała zdecydować, co mi to przypomina, bez zastanowienia przytoczyłabym "Czekając na barbarzyńców" Coetzee. Okazało się, że to nie to. Jest o pożądaniu, o karze i w sumie o wszystkim, do czego zdolni są ludzie. Jedyne dziecko, o którym mowa w całym Jazyku to Alosza, synek Anny Pietrowny. Wydaje się jakby rozświetlać całą tę mroczną, dobijającą i osamotniającą scenografię. Rzeczywiście, Jazyk nie jest realny. Przypomina teatr wraz z Matulą, który oszukuje swoich aktorów, byle tylko dalej mogli grać, a on nimi dowodzić. Po co mu to? Na co mu iluzja władzy, namiastka królestwa? Stara się uniknąć kary, która ostatecznie i tak go dosięga. Z ręki Huzara. Czytając, postanowiłam, że w odpowiednich miejscach powtykam małe karteczki z co ważniejszymi hasłami, żeby nie zapomnieć, o czym czytałam. Jednym z popularniejszych był "erotyzm". Odgrywa ważną rolę w tej powieści. Zaczynając od Samarina i Jekateriny, których poznajemy na samym początku, przez Annę i jej męża, wszystkie kastracyjne zabiegi i przypuszczenie odbywających się w czasie zgromadzeń orgii, Huzarów (wraz z wyrafinowanym cytatem Bałaszowa w liście do Anny ;) ), kończąc na Czechach z Matulą na czele.
Podoba mi się połączenie racjonalnych żołnierzy z lekko mitycznymi Tunguzami i wirującymi kastratami. Całość zdaje się dziać w nieco onirycznej konwencji. Kiedy czytałam list Bałaszowa, przez moment zgubiłam się i nie byłam pewna, czy aby nadal czytam jego opis snu, czy może jest to już dalsza część jego opowieści o "zmianie". Wspominałam o fotografii. Od pierwszej chwili, kiedy Anna otrzymała aparat, miał on na nią duży wpływ. Dopiero na końcu zauważyłam jak wielki. Wszystkie ważne życiowe decyzje podejmowała jakby odurzona tym, co widzi na szklanej kliszy. Największym sentymentem darzę jednak Nekovara, który może nie odegrał dużej roli w akcji, ale był dla mnie symbolem zagubionych w życiu ludzi, którzy próbują dostać się do pewnego "innego" świata znajdującego się poza ich zasięgiem. Pozostaje nadzieja, że kiedyś uda im się do niego trafić.
Nasuwa mi się na myśl jeszcze trochę przemyśleń dotyczących "Ludowego aktu miłości", ale chyba nie nadają się do publikacji, zatem poprzestanę na tym, co już mam i postaram się odreagować tę długą przerwę. Dopiero teraz odkryłam wieloznaczność tytułu, który na początku zachęcił mnie do kupna tej książki, ponieważ spodziewałam się po niej czegoś w rodzaju przewodnika po ideałach (aż dziwne, że tak zrozumiałam okładkę przedstawiającą człowieka samotnie przemierzającego rozległy teren pokryty grubą warstwą śniegu), a w zamian dostałam coś, co skłania mnie do refleksji i nakazuje zastanowić się nad moimi wartościami.

Polecam, ale nie dla osób o słabych nerwach, które spodziewają się znaleźć w literaturze ukojenie, a nie moralny niedosyt. "Szczęśliwe zakończenie" jest chyba tylko pozorne.

Na koniec zdjęcie ręcznie malowanych jajek, żeby było "tematycznie" :)



Kartie

czwartek, 17 kwietnia 2014

Jak być dobrym człowiekiem?

W związku z tym, że różnorakie okoliczności zmusiły mnie do myślenia nad tematem pracy, po rzeczywiście długo trwającym wysiłku umysłowym udało mi się w końcu wyprodukować cały esej. Problem w tym, że ostatnio straciłam trochę wiarę w siebie i podczas zastanawiania się - odpuszczać czy nie odpuszczać, wszystkie ważniejsze sprawy zeszły na bok, a ja utrwalałam siebie samą w poczuciu bylejakości. Sytuacja się zmienia, choć jeszcze nie wiem, w którym kierunku. Wszystko to skłoniło mnie do refleksji nad samą sobą i nad tym, kim chciałabym być. Tu powróciło niemalże mityczne sformułowanie "dobrym człowiekiem". Nasuwa się pytanie, co to wyrażenie w rzeczywistości oznacza?

Powtórzę tu większość rzeczy, które zamieściłam w tymże eseju. Według mnie, nie może być mowy o byciu dobrym człowiekiem, jeśli nie posiada się choćby odrobiny tolerancji. To istotna cecha, która gwarantuje poszanowanie wolności i praw innych ludzi. Nie chodzi o to, aby akceptować wszystkich i aprobować ich zachowania, ale, żeby choć na chwilę przystanąć, zastanowić się i zrozumieć dane postępowanie. Tu przypomina mi się zasłyszane kiedyś zdanie "wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego".

Kolejną (wiążącą się z poprzednią) cechą jest empatia. Jest jak fundament, na którym buduje się wszelkie relacje między ludźmi. Dzięki niej rozumiemy sprawy, z którymi może nawet nigdy wcześniej nie mieliśmy nic do czynienia. Empatia zbliża pokolenia. Sprawia, że potrafimy wczuć się, zrozumieć, a może nawet i tolerować innych.

Bezcenna jest także zdolność do walki dla idei. Czynna postawa przeciwko wszelkim formom niesprawiedliwości i ogólnie pojętego zła. Niezgadzanie się na dyskryminację. Brzmi wspaniale. Trudniej z realizacją. To rzecz, z którą mam chyba największy problem, mimo że najbardziej mi zależy. Zgodnie z zasadami logiki, zaczęłam od najmniejszych rzeczy, ale mam nadzieję, iż kiedyś uda mi się znaleźć odwagę do czynienia większych.

To tylko parę cech lub umiejętności, które wydają mi się najważniejsze. Bez problemu można byłoby znaleźć ich więcej. Jednakże wymienione przeze mnie stanowią pewną bazę umożliwiającą dalsze starania. Wysiłek, który wkładam w samodoskonalenie zaczyna się opłacać.

Kiedy teraz myślę, o czym napisałam, wydaje mi się, że nie udzieliłam odpowiedzi na główne pytanie. Cóż, może tak naprawdę nie jest potrzebna?

Chwilowo zastanawiam się nad wyborem ścieżki życiowej. Stoję równocześnie na dwóch rozwidleniach. Na szczęście każde będzie dotyczyło innego momentu. Trzeba jak najszybciej podjąć decyzję.

Czy nadawałabym się na informatyka?

Kartie



piątek, 4 kwietnia 2014

Czerwona sukienka


W tamtych dniach siłę dawało mi wiele rzeczy, ale jeszcze więcej odbierało mi nadzieję. Było jednak coś, co pozwalało na prowadzenie w miarę przyzwoitego życia i kontynuowanie go mimo ciągle zmieniającego się stanu psychicznego. Dzięki tamtemu przedmiotowi udało mi się przetrwać wszystkie koleje losu i pokonać przeszkody, które ciągle uniemożliwiały mi dokonanie czegoś wzniosłego i wielkiego. Czułam się, jakby jakieś fatum decydowało za mnie, jak powinno potoczyć się moje życie. Jakby ktoś ciągle mnie śledził i nie pozwalał zrobić żadnego kroku bez złośliwych uwag ani prześmiewczych spojrzeń. Wtedy nie dawało mi spokoju ciągłe uczucie osaczenia. Chciałam uciec. Szukałam skutecznego sposobu. Przeglądnęłam tysiące egzemplarzy różnego rodzaju poradników, które miały pomóc mi uwolnić się od tego świata. Nic nie pomogły. Wprowadziły mnie tylko w nostalgiczny stan, kiedy to moim największym pragnieniem było odejście bez pożegnania i rozpoczęcie życia na nowo. Po wielu latach udało mi się odsunąć od siebie destrukcyjne myśli, ale, gdyby nie dzień, w którym zakupiłam ten przedmiot, najpewniej nie byłoby mnie tu, gdzie teraz jestem. Zrobiłam przerwę w pisaniu. Odłożyłam pióro i potarłam zbolałe dłonie. Wstałam z miejsca. Zerknęłam na ścianę, a później skierowałam się w stronę malutkiego okienka, przez które nieśmiało do pomieszczenia docierały blade promienie światła.
Kiedy miałam dziewięć lat i bawiłam się ze znajomymi w chowanego, byłam niezawodna w szukaniu doskonałych kryjówek. Pewnego dnia miałam jednak pecha i okazało się, że na drzewie, na którym chciałam się schować, osy założyły sobie gniazdo. Nie zauważyłam tego wcześniej, bo kątem oka dostrzegłam biegnącego za mną kolegę i próbowałam mu uciec. Wiedziałam, że nie potrafi się wspinać, dlatego szybko wdrapałam się na drzewo, lecz przez nieuwagę strąciłam misterną konstrukcję stworzoną przez osy. Zaniepokojona wychyliłam się w dół, żeby sprawdzić, czy mój znajomy nie ucierpiał. Nic mu się nie stało, ale to ja byłam w tarapatach, ponieważ poślizgnęłam się na konarze, a nie byłam na tyle zwinna, żeby w porę zdążyć złapać się jakiejś gałęzi. Zaczęłam spadać. Czułam, jakby mijały minuty, a to przecież trwało tylko kilka sekund. Zderzenia z ziemią nie pamiętam. Obudziłam się koło tego chłopca, zgodnie z tym co mówił, pół godziny później z bolesnym śladem po użądleniu przez osę. Przykładał do mojego ramienia babkę, ponieważ w tamtym czasie wśród wszystkich dzieci panował mit, że leczy ona wszystkie urazy i uśmierza ból. Nie wiem, czy rzeczywiście to działało, ale wtedy miałam wrażenie, że nic mi się nie stało. Podniosłam się, otarłam dłonie z piasku, chwyciłam chłopca za rękę i żadna gra już się nie toczyła. Pokazałam mu miejsce, w którym chowam się, gdy uciekam z domu, a on uśmiechnął się, zdjął pasiasty szalik z szyi i schował go pod dużym kamieniem. Od tamtego czasu staliśmy się przyjaciółmi. Kłóciliśmy się jak stare dobre małżeństwo.
Wszystko zmieniło się w dniu, w którym zakupiłam czerwoną sukienkę. Był piątek. Mój drogi przyjaciel miał wrócić za tydzień, a ja bez przerwy przygotowywałam się na jego powitanie. Nie widziałam go od ponad dwóch lat, ponieważ wyjechał do Norwegii. Robiłam się nerwowa na każde wspomnienie o nim. Jeśli możliwa jest relacja pomiędzy ludźmi działająca tak samo, jak dzieje się to w przypadku mikoryzy, to istniała właśnie między nami. Tego ranka obudził mnie klucz zgrzytający w zamku. Moja starsza sąsiadka była już schorowana i przy każdej, nawet najdrobniejszej czynności ręce trzęsły jej się co najmniej tak, jak gdyby właśnie skończyła używać miksera do ciasta, skacząc na trampolinie. Nie byłaby w stanie tego zrobić, co tylko potęgowało wrażenie jej nieudolności. Z przymrużonymi oczami chciałam wstać, ale przypomniałam sobie, że zostawiłam przy łóżku krzesło, które miało powstrzymywać mnie przed nocnymi spacerami podczas lunatykowania. Odsunęłam je, założyłam pantofle i przeczesałam ręką włosy. Sąsiadka wciąż nie mogła poradzić sobie z zamkiem.
- Ktoś na pewno ukradł mi klucze! – usłyszałam zrzędzenie. – A może do domu włamali mi się złodzieje i zablokowali dziurkę czymś od środka? O, nie! Moje wszystkie oszczędności z szuflady…  Byle tylko nie zaglądali pod łóżko! – lamentowała, jak gdyby nie zdając sobie sprawy z siły swojego głosu.
Poczułam, że mam dość jej stękania. Odsunęłam rygiel i wychynęłam zza drzwi.
- Proszę pani… - powiedziałam zachrypniętym, jeszcze nierozbudzonym głosem.
- Czego znowu chcesz? – warknęła. Odwróciła się w moją stronę i zlustrowała od góry do dołu. – To pewnie ty! Co zrobiłaś z moim mieszkaniem? Mów natychmiast, bo zadzwonię na policję!
- Czy mogę? – zapytałam, robiąc krok w jej stronę. Zawsze dziwiłam się, jak to możliwe, że starucha ma tyle siły do krzyku, podczas gdy ledwo porusza kończynami.
- Jeśli mnie napadniesz, zacznę krzyczeć! – zaskrzeczała, ale w jej głosie zabrakło tej pewności, którą zawsze jest nasycony.
Widziałam nieźle ukrywany strach w jej oczach. Bała się mnie. Wzięłam klucze, nie dotykając jej dłoni, którą z resztą szybko usunęła, i bez problemu otworzyłam drzwi. Odwróciłam się na pięcie i wróciłam do swojego mieszkania. Patrząc na norweskie czasopismo, które dostałam pocztą, przypomniałam sobie o planach spotkania. Szybko ubrałam się i wyszłam na ulicę. Spacerując wzdłuż witryn sklepowych, obserwowałam mijanych ludzi. Wydawało mi się, że z naprzeciwka idzie w moją stronę znajomy z liceum. Nienawidziłam tej szkoły. Wskoczyłam szybko do najbliższego sklepu, aby uniknąć nieprzyjemnej rozmowy. Cofnęłam się w głąb, wpadając na wieszak.
- Czy mogę w czymś pomóc? – usłyszałam głos zirytowanej sprzedawczyni.
Aby uniknąć konfrontacji, uznałam, że najlepiej zrobię, kupując coś w tym sklepie. Rozglądnęłam się po pomieszczeniu i zobaczyłam na wystawie czerwoną sukienkę. Spytałam, czy jest dostępny mój rozmiar, a skoro był, wzięłam ją, płacąc bez mierzenia. Przecież i tak miałam kupić coś ładnego na przyjęcie przyjaciela. Wróciłam do domu, przebrałam się w sukienkę. Przymierzyłam szpilki i zasnęłam.
Przespałam cały dzień. Krzesło było odsunięte, a buty leżały pod łóżkiem. Nie mogłam sobie przypomnieć, co mi się śniło. Przez następne kilka dni było zadziwiająco cicho. Codziennie, choć na chwilę, ubierałam sukienkę i wyobrażałam sobie, że mój przyjaciel już tu jest. Chwali mnie, przytula i opowiada o swoim życiu. Nie mogłam sobie tylko przypomnieć, gdzie zostawiłam zegarek, który ofiarował mi piętnaście lat temu. Liczyłam godziny, które dzieliły mnie od ponownego spotkania z przyjacielem. Miał wylecieć z Oslo do Hamburga, a stamtąd dojechać pociągiem. Uwielbialiśmy pociągi. Zawsze marzyłam, że zostanie kolejarzem. Myślałam, że on też tego chce, dlatego zdziwiłam się, kiedy oznajmił mi, iż wybiera się do Norwegii. Wydzwoniłam lotniska, żeby być na bieżąco. Pozostało tylko czekanie. 8 września nieustannie czułam napięcie i ekscytację na myśl o spotkaniu z moim przyjacielem. Tego dnia wyglądałam nieziemsko. Ubrałam buty na wysokim obcasie, wspomnianą już czerwoną sukienkę, a we włosy wpięłam żółty kwiat. Godzinę po planowanym czasie przylotu zadzwoniłam na lotnisko, aby zapytać, czy nie ma opóźnień. Sprawdziłam wszystko dokładnie – lot Partnair 394.
To był ostatni dzień, kiedy byłam szczęśliwa i najgorszy w moim życiu. Nie doświadczyłam niczego straszniejszego – nic nie równało się z tym, co wtedy mnie spotkało. Mój przyjaciel zginął w katastrofie lotniczej. Samolot wpadł do wody. Nie ocalał nikt. Kiedy o tym usłyszałam, nie mogłam uwierzyć. Zagryzłam zęby, zacisnęłam pięści i zamknęłam oczy. Zerwałam się z fotela, chwyciłam telefon i cisnęłam nim z całej siły
w ścianę, wyrywając kabel. Rozglądnęłam się po pokoju. Wyszłam do kuchni. Podeszłam do stołu, wyciągnęłam ramkę ze zdjęciem przyjaciela i przyjrzałam się mu. Uderzyłam pięścią w szybkę, zbijając ją, i wyciągnęłam fotografię. Schowałam ją do torebki i wyszłam. Tego dnia wszystko było mi obojętne. Nic nie miało dla mnie znaczenia. Szybkim krokiem, wsłuchując się w rytmiczny stukot moich obcasów, poszłam w kierunku mostu Überfuhrsteg. Tyle czasu mieszkam w Salzburgu, a wciąż wydaje mi się obcy. Dzisiaj wreszcie poczułam pewną więź z tym ponurym miastem. Ono też straciło cząstkę siebie, a nawet tysiąc razy więcej tych cząstek. Chciałam po prostu skoczyć, ale za dobrze umiem pływać. Poza tym szkoda mi było sukienki. Z napuchniętymi oczami, drobnym, chwiejącym się krokiem wróciłam na główną ulicę prowadzącą do mojej kamienicy. Po drodze minęłam sąsiada, który agresywnie patrzył na mnie, nie ściągnął czapki na pozdrowienie, a kiedy podniosłam na niego wzrok, odwrócił głowę. Wydało mi się to dziwne. Wytłumaczyłam sobie to zachowanie tym, że pewnie spieszył się do pracy, co chciałam potwierdzić, zerkając na zegarek, ale przypomniałam sobie, iż nadal go nie znalazłam. Przy wejściu do kamienicy stał czarny Jaguar z przyciemnianymi szybami.
- To pewnie rodzina starej – pomyślałam.
Wyszłam na górę po klatce schodowej, słysząc rytmiczne kapanie wody z przeciekającego sufitu. Na górze urządzono pralnię.  Drzwi od mojego mieszkania były otwarte na oścież. Nie przypominam sobie, żebym je zamykała, ale też nie sądzę, abym mogła zostawić mieszkanie w takim stanie. Brakowało mi tylko narzekań sąsiadki. Dawno jej nie słyszałam. Od kilku dni nie wychodziła na zakupy. W tym momencie usłyszałam pukanie do drzwi. Stanęłam w bezruchu. Nie wiem, dlaczego ktoś pukał, zamiast użyć dzwonka. Otarłam oczy chusteczką i poszłam otworzyć.
- Witam panią, chciałbym zadać kilka pytań – powiedział monotonnym głosem policjant zapatrzony w notatki. Zamyśliłam się. Mężczyzna zdziwiony zastaną ciszą oderwał wzrok od zeszytu i przyjrzał się mi. – Co robiła pani tydzień temu?
- Nie pamiętam – odpowiedziałam lekceważąco, podejrzewając, że to staruszka złożyła na mnie skargę.
- Wie pani co? – zapytał, powoli przenosząc wzrok z moich kolan aż do twarzy. Przeszły mnie ciarki. – Jest pani młoda, jeszcze dużo życia przed panią, więc na pani miejscu, byłbym jednak bardziej skory do współpracy, zważywszy na fakt, iż jest pani główną, jeśli nie nawet jedyną, podejrzaną.
- Nie urządzam tu domu publicznego! Przecież nie ma w prawie nic o zakazie noszenia czerwonych sukienek w innych profesjach, a nikogo do mieszkania nie przyprowadzam! – wybuchłam. – Czy ja wyglądam jak prostytutka? Jeśli ta staru… pani Fingerlos znowu nagadała panu o rzeczach, które robię…
- Nie przyszedłem dzisiaj w tej sprawie – powiedział z przekąsem. - Ale z tego, co mi wiadomo, tamta została już dawno wyjaśniona.   
- A więc o co chodzi?
- Pani sąsiadka nie żyje. Przeszukaliśmy pani mieszkanie. Sytuacja wygląda tak, jakby pani Fingerlos popełniła samobójstwo, ale otrzymałem rozkaz zbadania sprawy i przesłuchania podejrzanych. Z przykrością dla pani, jestem zmuszony poinformować, iż wszystkie poszlaki wskazują na panią. Pytam ostatni raz, inaczej oskarżę panią o utrudnianie śledztwa – co robiła pani 1 września?
Moja twarz przybrała teraz wyraz zaskoczenia połączonego ze złością. Zmrużyłam oczy, popatrzyłam na odznakę, a później na notes policjanta. W myślach próbowałam przypomnieć sobie, co działo się tydzień temu. Potarłam nerwowo nadgarstek i poprawiłam rękawy sukienki. W tym czasie mężczyzna zdążył usiąść przy stole. Ręką dał mi znak, że mamy czas. Zaczęłam chodzić w kółko po dywanie. Przystanęłam.
- Dlaczego to ja jestem podejrzana?
- Ponieważ mieszka pani najbliżej, miała z nieboszczką najczęstszą styczność, pani Fingerlos składała już różne skargi na panią, więc ma pani motywy… Wymieniać dalej? Byłbym zapomniał. W mieszkaniu znaleziono pani zegarek.
To tam jest! O, nie… Nie przysunęłam krzesła do łóżka. Mogłam lunatykować w nocy! A co jeśli… Jeśli naprawdę ją zabiłam? Chwyciłam się dłonią za podbródek, a drugą oparłam na biodrze. Wyszłam do sypialni, zajrzałam pod łóżko i wróciłam.
- Czy mogłabym zobaczyć to mieszkanie? – zapytałam. Mężczyzna skinął głową i zaprowadził mnie tam. Wiem, że nie powinien. Nie wolno mu robić takich rzeczy, ale myślę, że wtedy zadziałała moc czerwonej sukienki, a może tylko chciał wyobrazić sobie mnie w czasie zabijania, aby potwierdzić swoją wersję wydarzeń?
Ostrożnie weszłam przez korytarz. W malutkim pokoju nie było czuć zapachu psującego się ciała, którego tak bardzo się bałam. Było całkiem czysto – nie licząc paru worków i taśmy zabezpieczającej. Rozglądałam się dookoła, skupiając uwagę na wszystkich detalach. Przy drzwiach wejściowych zobaczyłam pasiasty szalik. Wydawał mi się znajomy. W czasie przechadzki po mieszkaniu dowiedziałam się dwóch rzeczy – staruszka zatruła się lekarstwami i nie zostawiła nikomu żadnej wiadomości. Kolejnej wizyty policjanta miałam spodziewać się jutro, żeby spisać oficjalne zeznania. Znalazłam u niej wiele rzeczy należących do mnie, ale starałam się nie dać tego po sobie poznać. Wiedziałam, że każdy mój kolejny krok może świadczyć o winie. Nie myślałam trzeźwo. Tęskniłam za przyjacielem, choć przez moment wydało mi się, jakby minął rok, od dnia jego śmierci. Najgorsza dla mnie była świadomość, że nie wiem, co działo się ze mną tydzień temu. Odtwarzając kolejne wydarzenia – od momentu przebudzenia, aż do chwili powrotu do domu, uświadomiłam sobie swoje tragiczne położenie. Nie spotkałam nikogo, kto mógłby zaświadczyć o mojej niewinności, a przed jedyną szansą, którą miałam, uciekłam. Poczułam ukłucie w piersi. Szukam obrony, a może powinnam raczej oskarżać samą siebie?
Zdjęłam sukienkę i zostawiłam ją na łóżku. Schyliłam się, sięgnęłam ręką do ściany, ale na podłodze nic nie znalazłam. Zamknęłam oczy i przypomniałam sobie, że tamtej nocy byłam w mieszkaniu pani Fingerlos. To był ten dzień, kiedy wpadłam do sklepu. W następny piątek miał przyjechać mój przyjaciel. Wzdrygnęłam się. Byłam u niej. Jak inaczej wyjaśnić wszystkie te przedmioty zostawione w różnych miejscach? Skąd wziął się tam mój zegarek? Skoro przypomniałam sobie już, że chodziłam wcześniej po jej mieszkaniu, co jeszcze miało mnie spotkać? Kiedyś czytałam o wyparciu. Jeśli człowiek przeżywa jakieś traumatyczne zdarzenia, które sprawiają mu ból albo wywołują w nim poczucie wstydu i winy, to jego pamięć „usuwa” problematyczne wspomnienia. Wypiera niewygodne myśli.
Następnego dnia, po męczącej nocy pełnej sennych koszmarów, znowu ubrałam czerwoną sukienkę. Wyciągnęłam z torebki fotografię i owinęłam ją w szalik. Zabrałam go wczoraj z mieszkania, oddając chustkę, która z niewiadomych przyczyn wisiała u mnie w szafie. Postawiłam na stole znalezioną w niej karteczkę z listem. Zwinęłam dywan. Przetarłam lustro, a wychodząc, zabrałam jeszcze zeszyt.
Policjant uśmiechnął się do mnie i kątem oka zobaczył wystający z torebki szalik. Pokręcił głową. Patrzyłam mu prosto w oczy, powstrzymując łzy. Spisał zeznania, zakuł mnie w kajdanki i zaprowadził do aresztu. 8 września 1989 roku zmarł też jego przyjaciel.