sobota, 21 czerwca 2014

O trudzie i łatwościach, a raczej o szczęściu, marzeniach i wysiłku, który trzeba włożyć, aby je wywołać

Ta "dorosłość" jest trudna. Znowu kolejna decyzja do podjęcia. Jakby tego nie było dość, jeszcze trzeba słuchać tego, co mówią inni. Nie tak, że zwykle nie słuchałam, wręcz przeciwnie, ale świadomość, iż teraz jest to mój obowiązek, jest dość przytłaczająca. Czy zrobiłam wszystko dobrze? Pewnie, że nie. Czy dałam z siebie wszystko? Chciałabym. Czy dałam z siebie wszystko, na co było mnie stać? Oczywiście, że tak. Mogłam tylko bardziej przyłożyć się do dodatkowych rzeczy i przeczytać więcej książek, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Miejsce w "ważniejszych" bezkonkurencyjnie wygrywa odpoczynek. W tym roku zszedł na dalszy plan, ale, tak jak w zeszłym, starałam się zbilansować swój czas. Teraz było ciężko. Gorzej niż ostatnio. Weekendy pozajmowane, mnóstwo nerwów, mało czasu dla siebie, dużo mniej muzyki. Przynajmniej potrafiłam odważyć się na występ i chyba nie zawaliłam przez to niczego szczególnego.

Moje marzenia się spełniają. Powoli, ale jestem coraz bliżej ich realizacji. Zastanawiam się, czy naprawdę czeka mnie aż tyle pracy, ile jest zapowiedziane. Jestem na to w pełni gotowa, ale gdzieś w środku odzywa się we mnie malutka leniwa cząstka, która ostatnio "pakowała" i ma mnóstwo siły na forsowanie swojego zdania. Z tego powodu muszę zacząć dbać o swoją ogólną formę i nie pozwalać niczemu przewyższać niczego. Z tylko jednym DUŻYM wyjątkiem :P

Mam wielkie szczęście. Staram się je doceniać. Nie chcę siebie samej zawieść. Będzie jeszcze lepiej.

Na pytanie gdzie jestem
odpowiadam tu
pokazuję prostym gestem
i nie liczę słów

Mogłabym mówić wtedy
kiedy miałam czas
brakowało ciszy kiedy
nie było już was


Kartie

piątek, 20 czerwca 2014

Cztery mile

W ciągu paru chwil wszystko się zmieniło. Uwielbiam ten stan przechodzenia od skrajnie negatywnych emocji, do nieograniczonej euforii. Gorzej w drugą stronę, ale to też potrzebne, choćbym nie wiem, jak bardzo narzekała, że wszystko nie ma sensu i do niczego się nie nadaję. Szczerze w to wierzę. To jak to było z tym szczęściem? Co teraz zrobić? :)

Wycieczka była wspaniała. Tyle kontrastów, ilu nigdy w życiu nie mogłabym sobie wyobrazić. We wsi, w której mieszkaliśmy, czułam się jak w domu u prababci. Nigdy nie miałam prababci, ale właśnie tak sobie to wyobrażałam. Urzekła mnie atmosfera i piękne budynki. Byłam zachwycona dywanikami. Jedzenie było niesamowite, bo pierwszy raz zjadłam gołąbki, które naprawdę mi smakowały. Tym razem było jeszcze lepiej, niż w tamtym roku. Tamta Rumunia kojarzyła mi się tylko z monastyrami. Ta to trochę sprytu, odnawiane zamki, trochę naturalnych sprzeczności, które mają pełne uzasadnienie. Z mniej eleganckich i oficjalnych rzeczy - uczyłam się pluć pestkami. Poza tym pierwszy raz bałam się tak bardzo, jak wtedy na górze z kościołem w Sighisoarze. Miecze?! Absurd.

Podjęłam trochę nierozsądnych decyzji. Trochę głupio, ale jakoś się to rozwiązało. Wspięłam się na wieżę razem z koleżanką po jej pięćsetnego kesza. Było super. Droga autokarem była znośna, bo miałam specjalnego rodzaju poduszkę ;) Mam nadzieję, że nie obrazi się za to określenie. Strasznie mi przykro, że zaniedbałam innych. Nie miałam pojęcia, że aż do takiego stanu. Dziękuję za zrozumienie.

Dzisiaj tak poważnie, płytko, bez polotu, ale czego więcej można się spodziewać po osobie piszącej, leżąc na dywanie w piżamie? Czas zakasać rękawy i wziąć się do pracy nad rozwiązywaniem.

Kartie

sobota, 7 czerwca 2014

Rachunek nierówności

"Bójcie się dziewczyny, nie znacie dnia ani godziny!"

W życiu nie byłam sobą tak rozczarowana, a nawet nie potrafię odpuścić. Czas nabrać trochę dystansu, bo jestem prawie pewna, że to jest właśnie gwarancja sukcesu. Nie znaczy to, oczywiście, że nagle zacznę wszystko lekceważyć. Muszę przestać się bać i po prostu próbować.

Przecież nie jest źle. Zawsze mogło być gorzej, ale chyba za wysoko podniosłam sobie poprzeczkę i teraz usiłuję do niej doskoczyć tak nieudolnie jak czterolatek na amerykańskim filmie sięgający po puszkę z ciasteczkami postawioną na lodówce. Opanował mnie taki skomplikowany nastrój, że nawet nie wiem o czym pisać. Naprawdę nie jest źle. Jest cudownie. Tylko z jakiegoś dziwnego powodu cieszę się z tego ruchem drgającym. Marzenie się spełnia?

Jak to jest stracić nadzieję i odzyskać ją w ciągu paru chwil? Wspaniale. Byle tylko niczego nie zepsuć. Nie trafić ręką, szukając drogi do światła z przysłoniętymi oczami, w czerwony przycisk. Nie złamać żadnej dźwigni gołym goleniem. Wyprostować się, utrzymać równowagę, a przede wszystkim wczuć się w klimat "Fausta" i razem z bohaterem krzyknąć "Trwaj chwilo, jesteś taka piękna!". My nie podpisaliśmy żadnego paktu. Kiedy już dojdziemy do wyjścia, zostaniemy sami jak po wydostaniu się z kostki. (odsyłam do "Cube", 1997)

Czy ja naprawdę mam wszystko przemyślane?

 Z dumą przedstawiam dzieło "Wild things junior":




Kartie