piątek, 19 września 2014

Prawie dzień

Kalkulator to najlepszy zakup w całym moim życiu. Przebija nawet ulubione sukienki. Całe 7,90 zł niekończącej się radości. Trochę więcej niż kiedyś wspominane przeze mnie donuty z czekoladową polewą z orzechami, bo cena tamtych zawierała się w przedziale 1,50-1,90 zł, ale z tą różnicą, że nimi nacieszyć się mogłam zaledwie od paru minut do kilkunastu godzin, podczas gdy kalkulator służył mi będzie do czasu, aż będę chciała wymienić baterię i zgubię śrubkę, jak stało się w przypadku poprzedniego, czyli nieporównywalnie dłużej. Ponadto jest on dla mnie symbolem kontroli i opanowania. Tego wszystkiego, co utraciłam, ale wraz z kolejnymi cyframi wstukiwanymi w klawiaturę odzyskuję. Cierpliwość – tyle mi zostało.

 Pierwsze podejście zaliczone, więc mogę przystąpić teraz do martwienia się bardziej przyziemnymi,  wręcz nieistotnymi sprawami. Z nich nikt poza mną nie będzie mnie sprawdzał. Wszystko staje się takie… przytłaczające. Jakby ściany norm społecznych kurczyły się i zgniatały, napawając mnie klaustrofobicznym uczuciem lęku. Nie rozumiem, co mi przeszkadza. Zapomniałam wszystkie kody i pogubiłam klucze do wszelkich blokad psychicznych w moim umyśle. Potrzeba „prawdziwej” matematyki, aby rozwiązać mój problem. Czuję jakbym nie była sobą. Jakbym nie była nikim. Gdybym była tylko obojętnym ciałem – pamiętam różne doświadczenia, ale nie wywierają na mnie większego wrażenia. To chyba będzie kiedyś choroba społeczna – trudność w zadziwieniu i pobudzeniu członków nowoczesnej cywilizacji. To już nawet nie jest marazm, chyba raczej znudzenie przesytem. Może dosypaliśmy zbyt wiele substancji do roztworu, w którym nie da się nic więcej rozpuścić? 

Ten pesymizm zbliżający się niemalże do dekadentyzmu jest najprawdopodobniej wynikiem zmęczenia i opadnięcia fali emocji. Trzeba sobie je czymś zrekompensować. Mam ostatnio dużo do powiedzenia, szkoda tylko, że słowa to za mało, aby wyrazić moje myśli. Nie jest to nic szczególnie wielkiego – chodzi o książkę, którą ostatnio przeczytałam. Na razie powinien wystarczyć najprostszy komentarz: nie podobało mi się. Resztę zostawię na później.

 Takiej piosenki potrzebowałam - Coldplay "Don't Panic":



Czekając na...

Kartie

niedziela, 7 września 2014

Czas przebudzenia

Wspaniałe marzenia, które były już na wyciągnięcie ręki, okazują się nieosiągalne. Dopracowane plany nigdy nie zostaną zrealizowane. To już nawet nie jest zdenerwowanie, raczej obojętny żal. Obojętnie, co będzie. Obojętnie, jak będzie. Co w takiej sytuacji mogę zrobić? Nie pozostaje żadna wolna opcja poza cierpliwością i szukaniem innych, choć dużo trudniejszych i czasochłonnych dróg. Jak walczyć z przeszkodami? Niektórych stopni nie da się pokonać, jeśli przerastają cię o więcej, niż sam mierzysz. Czy to dobry moment na zmiany poprzeczek? Kiedyś mówiłam, że zawsze staram się doszukiwać czegoś dobrego w niepowodzeniach. Co znajdę tym razem? Jedna rezygnacja może odwołać drugą. Wtedy wystarczy spolaryzować dotychczasowe elementy wielkiego zbioru ograniczającego się zaledwie do marzeń i zdefiniować na nowo wszystkie składowe.

Nie jest tak, jak myślałam, że będzie. Znów kłębią się we mnie kontrastowe odczucia o grubości pajęczych nici, zwijających się w wielkie niewiadome. Jak ułożyć odpowiednie równanie? Może niewiadoma jest stałą, którą po prostu trzeba odkryć i nadać jej odpowiednią nazwę?

Nie jest tak, jak miało być. Dziwię się samej sobie, że łudziłam się, iż jestem w stanie zapanować nad swoim życiem. Nie ma nic prostszego, prawda? Za dużo zdarzeń losowych.

Dla odmiany, wiele spraw przybrało pozytywny obrót, którego zupełnie się nie spodziewałam. Praca przynosi adekwatne owoce. Jestem straszną pedantką jeśli chodzi o szczegóły tekstu, a potrafię się gubić przy ogólnych założeniach i tezach.

Prawdopodobnie, być może jutro będzie lepiej!
...lub gorzej.


Kartie