sobota, 25 października 2014

Czy droga, czy ścieżka?

Mam dość swojej niekonsekwencji i mam dość tego, że mi ona przeszkadza. Szukam sposobu na ucieczkę od tego, co mnie przygnębia, ale, kiedy już wydaje mi się, że ją znalazłam, często okazuje się, że ona obniża mój nastrój jeszcze bardziej.

Jest jedna jedyna, która nigdy się nie zmieni. Działała podczas najsmutniejszego jak dotąd czasu w moim życiu, kiedy miałam nadzieję, że jest jeszcze szansa. Wciąż ten promyk nadziei, że będzie inaczej. Że los się odmieni. Nie ma. Była, ale wyobraźnia zakazuje wierzyć, że cokolwiek miałoby sens. Wtedy był to, zdaje się, jakiś molowy marsz. Może Nocturn Chopina? Teraz nie wiem, dokąd idę. Może inaczej - wiem dokąd, ale nie wiem którędy. Co stanowi o moim życiu? Co mnie określa?

Oglądnęłam oczyszczający film. Po przerwie związanej z wcieleniem się w nauczyciela. Nadspodziewanie satysfakcjonujące. Moja sześcioletnia kuzynka uczy się grać na pianinie, a ja, niczym pozytywistyczna bohaterka, staram się skupić całą swoją moc i pracować cierpliwie, aby dać jej jak najwięcej z mojego doświadczenia, żeby nie zrazić jej do ćwiczeń, ani nie zepsuć talentu, który przecież może mieć. Chyba nie mam pojęcia, co robię. Trochę zaskakuję samą siebie.

Zapytana, co się dzieje. Nie odpowiadam. Wiem, że to drażni. Nie potrafię wydusić słowa. Cały czas rozważam, co może być ze mną nie tak. Może od początku nic nie jest, ale zauważam nieistniejące objawy albo sama je w sobie kreuję? To nie jest ten moment, kiedy chce się mówić o sobie. Bez zapasu chusteczek albo długich rękawów człowiek się nie obejdzie. Za dużo w nas emocji innych ludzi.

Przypomniał mi się epizod z mojego życia ze srebrnym naszyjnikiem na czarnym rzemyku. Coś tak wstydliwego, że nie chce się do tego wracać.

Coś, co zawsze poprawia nastrój :) 

Seal - Stand by me


Kartie

sobota, 18 października 2014

O powstawaniu idei

Dobry poranek to taki, kiedy wszystkie ważne sprawy załatwione są jeszcze przed śniadaniem, a ono samo składa się z sałatki z brokułów i własnoręcznie wykonanego sosu czosnkowego (który, o, dziwo, wychodzi), herbaty z sokiem malinowym oraz ciasta czekoladowego.

Przy tej całej "dorosłości" jest we mnie więcej dziecka, niż myślałam. Potrzebuję ciągłych pochwał, żeby wiedzieć, że coś robię dobrze. Z krytyką sobie radzę, ale nie mogę przeżyć bez jakiejś linii wspierającej. Na wszystko, co mi nie pasuje, najczęściej reaguję buntem na zasadzie: "na złość mamie odmrożę sobie uszy". Nie umiem rozładować emocji, a jedynym sposobem na nie jest płacz. Brak jakiegokolwiek konstruktywnego działania. Mówią, że lepiej się wypłakać, ale, jeśli ja nad tym zupełnie nie panuję, czy jest to na pewno dobre rozwiązanie?

Wciąż siedzi we mnie idea "dzienników podróżnych" na wzór tych tworzonych przez Edwarda Stachurę. Doprawdy, doskonały wzór postępowania sobie wybrałam, ot co! Jeśli skończę, uciekając ze szpitala psychiatrycznego, wypierając się jakichkolwiek problemów czy chorób psychicznych i popełnię samobójstwo, będzie to rzeczywiście wspaniałe zakończenie wspaniałego życia. Nie, nie o to chodzi. Nigdy nie miałam myśli samobójczych. Kiedy napadają mnie jakieś złe stany, w których myślę, że nie jestem nic warta i moje istnienie nic nie znaczy, unosi mnie ambicja i postanawiam sobie, że udowodnię światu i pokażę, że wcale tak nie jest. Otóż, buduję sobie sens bez podstawy. Jako że jestem za słaba, aby przyczynić się działaniem, wymyślam sobie, że napiszę doskonałe dzieło (dopracowując je w każdym detalu), które przywróci wiarę w ludzkość i sprawi, że wszystkie problemy się rozwiążą. To taki skrót myślowy. Marzenie o wielkiej idei - naprawie tego, co w nas złe.

Jak mogę radzić sobie z emocjami? Nie odczuwać ich? Czuję, że nie tędy droga. Może nie ma dla mnie żadnej rady i po prostu muszę pogodzić się z tym, że tak już mam?

Mute Math - You are mine



Kartie