poniedziałek, 28 grudnia 2015

O niezgodności

Przysiadłam na zielonej ławce w jednej ze spokojniejszych części parku. Wybrałam tę pod jedyną jodłą znajdującą się tutaj. W te strony nie zapuszczały się żadne dzieci. Nie było mowy o tym, żeby ktokolwiek miał mi przeszkadzać. Mogłam bez strachu wyciągnąć swoje notatki i wrócić do pracy, którą zaczęłam w czasie podróży. Wyciągnęłam z kieszeni płaszcza wieczne pióro ze złotymi wzorami. Jest dla mnie bardzo ważne, bezcenne. Piszę nim od kilkunastu lat i zawsze noszę przy sobie. Przyjrzałam się mu. Rozkręciłam je i wysunęłam skrawek papieru.

Pisz tylko prawdę. 
                 Twój A.

Zwinęłam go spowrotem. W dzieciństwie marzyłam o tym, żeby pisać reportaże, może książki podróżnicze. Chciałam też zostać tłumaczem. Uczyłabym się niepopularnych języków i przekładała najlepsze dzieła, do których nie mają dostępu "zachodnie" społeczeństwa. Sądziłam, że słowo to oznaczało coś zbliżającego się do swojego kresu. Jak Słońce zachodzi, chowając się za horyzontem. Dzień wygasa wraz ze wszystkimi doświadczeniami z przebiegu dnia. Inne, obce kultury kojarzyły mi się raczej z rozkwitem, czymś rodzącym się, co wygląda niepozornie, ale szybko rośnie w siłę. Jak kwiaty chowające się pod częściowym przykryciem, które potrzebują światła, aby móc wreszcie zabłysnąć i ujawnić się w pełnej okazałości. Tym, co mała, zuchwała ja miała wtedy w głowie, była idea. Pragnęłam być tym promieniem. Chciałam rozświetlać innych ludzi. Teraz wiem, że byłoby to obnażanie ich. Obdzieranie z tego, co pielęgnowali przez lata, dzięki czemu utrzymali się i zachowali zasadę. Moje zachowanie byłoby bezduszne jak dziecięce palenie liści lupą w pełnym słońcu. Wyrwałabym siłą drzewo z korzeniem, tylko po to, aby pokazać jedną gałązkę. Taka roślina nie mogłaby już się odrodzić i nikt nie byłby w stanie napatrzeć się na nią zdrową, tylko obserwowałby jej powolne usychanie.

Nie skończyłam żadnego reportażu. Wydawało mi się, że każdy z nich ma w sobie coś destrukcyjnego. Nie chciałam odpowiadać za wyniszczający wpływ rozgłosu na owe społeczeństwa. Ograniczyłam się do samych podróży, ale literackie szczęście przestało mi dopisywać, a wydawcy buntowali się przeciwko mojej postawie zwanej przez nich krótko i dobitnie "nieróbstwem". W związku z tym w pewnym momencie skończyły mi się pieniądze, wpadłam w długi i nie było mnie już stać na dalsze wędrówki. Zostałam zmuszona do bycia rzemieślnikiem i od dłuższego czasu właśnie nim jestem. Pracuję nie jako literat. Wpadłam w pułapkę. Nie jestem już nic nikomu winna, jednak utknęłam w maszynie, z której nie da się uwolnić. Nie zmieniam pracy, choć każdego dnia szukam sposobu, co mogłabym zrobić, żeby jej uniknąć. Moimi jedynymi próbami ucieczki są nieśmiałe podejścia do stworzenia własnego dzieła. Mam ambicje na to, żeby było ono odmienne od tego, co dotąd wychodziło spod mojego pióra. Tymczasem większość czasu zabierają mi zbieranie materiałów, wysłuchiwanie konferencji na tematy, które nikogo nie interesują i nikomu nie są potrzebne, oraz pisanie relacji z tychże wystąpień. Zostałam pionkiem, nie artystą.


___________

OK Go - Skyscrapers

sobota, 12 grudnia 2015

Przedsionek

Czy to nie jest niepokojące, że od pewnego czasu czuję się zagubiona?

Wyciągnęłam stary notes i zaczęłam wertować jego pożółkłe już strony. Niektóre z nich kruszyły się pod moimi palcami. Dociera do mnie, że są rzeczy bezpowrotne. Chciałoby się do nich wrócić, ale znikają. Rozpływają się i wracają do tego, czym były wcześniej. Poczułam, jak przyspiesza bicie mojego serca. Wzięłam płytki wdech. Położyłam się na plecach. Znalazłam się między tym wszystkim, co najbardziej cenię w życiu. Wywołuje to we mnie sprzeczne emocje - z jednej strony takie otoczenie sprawia, że czuję się pełna, przestaję szukać i zaczynam ufać nadziei, z drugiej jednak budzi we mnie zapędy do wysiłku, często także i zbędnego, do bezwzględnego nieraz zadowalania ludzi. Co jeśli jestem człowiekiem bez uczuć? Może to tylko dzieje się w mojej głowie, która ciągle tworzy nowe obrazy tego, co jest konieczne. Taki warunek trwania - autokreacja przeżyć, słów, a może i też zdarzeń? 

Jestem w środku. To zagubienie to właśnie centrum labiryntu. Dotarłam do nagrody, ale teraz muszę z nią wyjść. Wydostać się na powierzchnię. Dlaczego potrzebuję tego tak bardzo? Czy nie lepiej jest trwać w głębinach i, wstrzymując oddech, odkrywać coraz to nowe istnienia? Przeżywam. Przecież o to mi zawsze chodziło. Zdaje się, że ostatnio jest jakoś łatwiej. Nie ograniczam się do tego, co mogłabym (i tak zazwyczaj było) sobie narzucać. Przesuwam dłoń po chłodnych kamiennych ścianach. Idę wolnym krokiem. Nigdzie mi się nie spieszy i dzięki temu odczuwam wewnętrzny spokój. Niech będzie, co ma być. Nie jest mi to obojętne. Nie może być. Mam nadzieję, że wszystko zniosę. Zatrzymałam się przed pierwszym stopniem. Przede mną wyłoniły się strome schody. Czy na pewno wiem, dokąd mnie doprowadzą? Decyduję się zaryzykować. Stawiam wszystko na tę kartę. Czy mam coś do stracenia? Oczywiście. Gdybym nie miała, nie byłoby o czym decydować. Przybliżyłam się do osi, stając na koniuszkach palców. Usiłowałam iść, nie chwiejąc się. Wychodzę na wieżę.

Czuję czyjś oddech za moimi plecami. 

Idę w górę, woda sięga mi do kostek. Z każdym kolejnym krokiem, poziom podnosi się. Jest coraz trudniej. Wydawało mi się, że potrafię pływać. Usiłuję utrzymać tempo marszu. Ktoś dotrzymuje mi kroku. Nie odwracam się.

Dlaczego?

Wiem. Posadzka zmienia kolor na złoty. Odbijam się w niej. Teraz widzę, że moje przeczucie się sprawdziło. Nie idę sama.  

środa, 11 listopada 2015

Uporczywość.

Noc jest tą porą, kiedy myśli wszystkich ludzi spotykają się, więc może jesteśmy teraz razem?
 Jarosław Borszewicz, Mroki 
 

Wyglądając tego dnia przez okno, można było odnieść wrażenie, że zatrzymał się czas. Takież stwierdzenie nie odbiegałoby wcale daleko od prawdy, gdyż, istotnie, nastąpiły pewne komplikacje w ogólnym biegu osi życia, które sprawiły, że znacznie zwolniło. Zaryzykowałabym tezę, że wyszło to niemalże wszystkim na dobre. Czy było tak w istocie? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należałoby dotrzeć do każdej zaangażowanej osoby i zbadać jej opinię. Moglibyśmy wczuć się w rolę ankieterów. Naszym zadaniem byłoby dotarcie do sedna. Do pewnego początku. Jaka jest prawda? Nieuchwytna. Wszelkie próby zawarcia jej w jakimkolwiek istnieniu mogą skończyć się niepowodzeniem. Wydaje mi się, że to zbyt słaba nierówność. Wprowadzę korektę - zawsze mają złe uwieńczenie. Prawda nie potrzebuje ozdobników. Tym, co stanowi jej rdzeń, jest... Właśnie, co? Jedno z najlepszych pytań. Zatrzymałam się i stoję. Nie wybrałam tego miejsca. Nie mogłabym narzekać, że jest złe albo że oczekiwałam innych widoków. Istnieje tylko to, co widzę? Nie wtedy, kiedy nie patrzę sama.

Usiadłam na czarnym krześle przy jednej ze ścian szerokiego korytarza. Nie pamiętam, co mnie tu sprowadziło. Gdybym mogła wybierać, najchętniej nigdy bym się tu nie znalazła. Otaczało mnie wielu ludzi. Zbiór osobliwości. Nie miałam siły, ani ochoty utrzymywać otwartych powiek. Zmuszały mnie do tego jednak pewne okoliczności. Mianowicie - brak zaufania do wszystkich wokół mnie. Nie wiem, czego i z której strony się spodziewać. Szarą podłogę z dziwnym wzorem oblewało gęste żółte światło. Powiem konkretnie, aby uniknąć niedopowiedzeń. Wszystko jest zawarte w istniejącym porządku. Było to jedno z takich miejsc, które wpływają na człowieka tak, że po paru godzinach takiego siedzenia, jedyną myślą jest: jakiego rodzaju nabojów użyć przy przestrzelaniu sobie mózgu?
Czy miałabym odwagę to zrobić? W takiej chwili nawet bez namysłu. Bez zastanowienia wyrwałabym pistolet pierwszemu lepszemu, który by się z nim ujawnił. Mam mieszane uczucia co do ludzi, którzy noszą na widoku swoje wypolerowane glocki, a w osobnej kieszeni amunicję. W jaki sposób powstrzymują się przed użyciem ich na sobie? Może to tylko atrapy do straszenia już przerażonych lub dawania nadziei przemęczonym? Korytarz był duszny. Gdybym miała opisać go pozycją literacką, byłby to "Proces". Tak właśnie się czułam - jak skazaniec. Moja niewiedza była moją winą. Musiałam bronić się przed tym sama. Nieskutecznie. Twój wróg zna każdy słaby punkt. Gorzej, kiedy okazuje się, że jest ich więcej, niż się pierwotnie myślało. Zapada surowy wyrok. No to jestem ugotowana. Pewną nauczką dla mnie, która wynika z tych wszystkich bzdur, które udało mi się już przeżyć, jest, aby nigdy niczego nie zakładać. Żadnych swetrów, bluz. Najlepiej być nagim i takim ujawniać własne intencje.

- Miewam pretensje do świata za to, że nie jest takim, jakim go sobie wymyśliłam.
- Czym jest dla ciebie świat? Świat to ludzie?
- Świat to ja. To na mnie spoczywa wina.
- Nadal stoisz. Nie nudzi ci się to?
- Ani trochę. Choć wolałabym wybierać sama.
- Na następny raz tak będzie.
- Skąd ta pewność?
- Wyczytałem w gwiazdach. Albo w twoich oczach.
- Zdecyduj się.
- Chciałaś wybierać, możesz to zrobić za mnie.
- Kiedy ja już nie chcę.
- Za szybko zmieniasz zdanie.
- Ty mnie do tego zmuszasz.
- Oczywiście. Tak chciałem.
- Dlaczego?
- Żeby ci pokazać.
- Co? Nie potrzebuję niczego oglądać.
- Że nic nie jest stałe.
- To mi pokazałeś. 
- Nabierz dystansu, dobrze ci to zrobi.
- Zacznę biegać. Zwiększę dystans.
- Będziesz łatwiej uciekać.
- Uciekać? Kto mówi o uciekaniu? Wystarczy się schować.
- Ty.
- Nie powiedziałam ani słowa.
- Wyczytałem to w twoich oczach.
- To nie w gwiazdach?
- Nie, wybrałem.

niedziela, 25 października 2015

Obietnica

Najbardziej wyrazistym wspomnieniem, jakie mam teraz w głowie, jest pewno wydarzenie sprzed ponad roku. Jestem przekonana, że nic nie znaczy, a jednak wracam do niego coraz częściej. Czerpię z tego nietypowy rodzaj nadziei. Myślałam o tym przez pewien czas i wydawało mi się, że sprawa jest zakończona. A może raczej - nawet się nie zaczęła. Właśnie wtedy poczułam się wolna. Cały ten rok można zamknąć w obrazie, byłby tylko krótką migawką, przy tych paru sekundach, o których mówię. Nigdy wcześniej nie miałam wrażenia, że jestem tak zagubiona, a mimo wszystko chcę wchodzić głębiej w ten gąszcz wyborów. Zwykle szukałam drogi ucieczki. Prawdą jest powiedzieć o mnie, że często "idę na łatwiznę". Przyznaję się do tego i do wielu innych wad. Nie jest to jednak w tym momencie istotne, bo powód, dla którego opowiadam o jakiejś nierzeczywistej sytuacji (jest równie prawdopodobne, że była tak niesamowita oraz że w ogóle nie zaistniała), nie ma żadnego związku z tym, jaka jestem. Pewne powody nie potrzebują żadnych związków.

Trwam oderwana od rzeczywistości z własnego wyboru. Nie wychodziłam od kilku miesięcy. Zbyt dobrze czuję się w tej samotności. Nie mam ochoty dzielić mojego czasu na ludzi, którzy chcą mnie z niego obedrzeć. Nie oddam im ostatniej wartości, jaka mi pozostała. Jeżeli taką cenę ponosi się za dumne umieranie, jestem w stanie ją zapłacić. Nie potrafię znaleźć lepszego wytłumaczenia, dlaczego uciekłam. Po prostu tak chciałam. Raz w życiu zrobiłam to, czego pragnęłam z całego serca. Nie żałuję. Ostatnie, czego mi teraz potrzeba, to myśl, że popełniłam błąd.

- Po co mi o tym wszystkim mówisz?
- Chciałeś, żebym opowiedziała coś o sobie.
- Tak, chciałem.
- I? Co z moją historią jest nie tak?
- Widzisz wszystko inaczej. Jak chcesz widzieć. Rozumiem.
- To jest nie w porządku?
- Nie, to zupełnie naturalne. Przydałaby ci się jednak inna perspektywa.
- Nie rozumiem.
- Sama się zamknęłaś, tak? Przyznajesz się do tego, że przyjęłaś stały punkt obserwacji.
- Jakiej obserwacji? Ja nikogo nie śledzę.
- Wręcz przeciwnie. Myślisz o tym, co robią wszyscy, kiedy ich przy tobie nie ma. A przede wszystkim śledzisz każdy swój krok. Nie mam racji?
- Masz, ale nie do końca. Ja po prostu tego potrzebuję. Muszę się kontrolować, żeby nie popełniać błędów.
- Każdy je popełnia. Taki już jest świat.
- Wiem, ale nie mogę sobie pozwolić na to, żeby mylić się częściej.
- Dlaczego?
- Bo nie mogę być gorsza.
- Od kogo? Nikogo nie spotykasz.
- Od wczorajszej siebie. Bez tego nic nie stworzę.
- Jesteś niezmiernie surowym sędzią.
- Ty też mnie oceniasz!
- Ale nie skazuję.



- Jednak godzisz się na to, co jest! Jak możesz nie reagować? Nie czujesz potrzeby zmian?
- Wiem, że to nie jest ważne.
- A co dla ciebie jest? Masz cokolwiek takiego?
- Zadajesz mnóstwo trudnych pytań. Uspokój się trochę. Powinnaś nabrać dystansu.
- Nie odpowiadasz.
- Bo dobrze znasz moją odpowiedź.
- Powiedz to. Nie potrafię czytać ci w myślach.
- Bardzo dobrze. Dzięki temu możemy przeprowadzić wiele rozmów takich jak ta.
- Ot, przywilej.
- Kiedyś docenisz jego wartość.
- Gdybyś mógł powiedzieć mi, o czym marzysz?
- Nie mogę. Zostawmy to na jakiś inny czas.
- Który nigdy nie nadejdzie?
- Nigdy. 

piątek, 16 października 2015

Zrozummy!

Znowu uciekam od problemów. Czy jestem zdolny skupić się na tym, co rzeczywiście może być istotne? Uprzednie plany odrywają się ode mnie jak pijawki po nasyceniu się odpowiednią ilością krwi. Zbliża się czas, w którym trzeba będzie podjąć pewną decyzję. Ściśle rzecz biorąc, powinienem powiedzieć, że jakąś ilość decyzji, jednakże w ostatecznym rozrachunku będą się one sprowadzały do jednego wyniku. Czy chcę być tym sędzią, który orzeknie, która ze stron przegrywa? Surowym tonem odpowiem na wszelkie zarzuty. To ja znajduję się na górze i czekam. Wypatruję okoliczności łagodzących, kolejnych wątków. Wszystko po to, aby móc przedłużyć proces. Nie siły włożone w jego utrzymanie będą niszczące dla stron sporu. Jedyne co może sprawić, że doprowadzą się do stanu, w którym będą pragnęli odwrotności i zrobią wszystko, aby uciec od tego, co jednak będzie nieuniknione, to wyrok. Nie mogę dopuścić do sytuacji, żeby przerwali tę grę. Zapewniam, że uczynię to, co jest konieczne. Nie ma w tym romantycznego poświęcenia. Mam zupełnie racjonalne podejście do sprawy gwarantujące sukces, a przynajmniej najwyższe prawdopodobieństwo jego uzyskania. Niestety, są szanse, że mi się nie powiedzie. Też jestem w to wplątany i utknąłem, robiąc nieumyślnie pierwszy krok. Biorę na siebie konsekwencje własnych decyzji. To moja recepta na czystość umysłu - nie wyrzucam sobie błędnych wyborów, zastanawiając się, jak mogłem postąpić lepiej, co robiłbym teraz, gdybym skłonił się ku tamtemu pomysłowi albo czy dzięki temu spełniłyby się moje marzenia. Czas upływa i to on jest głównym czynnikiem działającym na moją niekorzyść. Gdybym tylko miał go więcej i mógł nim manipulować wedle moich potrzeb, nie miałbym żadnego problemu z przekierowaniem obrotu spraw na taki tor, że zapętliłyby się, umożliwiając mi upragniony odwrót.

Dobrze, to nie jest wycofanie się; biała flaga; sygnał, że nie chcę mieć już nigdy z tym nic do czynienia. W gruncie rzeczy dobrze wiem, czego chcę. Każdy, kto nie potrafi przyjąć tego do wiadomości, skazany będzie na długą batalię ze swoimi przekonaniami a kreowaną przeze mnie rzeczywistością. Wiem, jaki mam wpływ na ludzi. Przypuszczam, że dlatego zdecydowałem się wejść nieproszony w tę dyskusję, wymianę wrażeń. Tak już zostało. Ani się spostrzegłem, kiedy stałem się tym, który powstrzymuje jej dalszy przebieg. Dostrzegłem w moim położeniu siłę, jakiej jeszcze nigdy nie posiadałem. Wyznaję zasadę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie próbowałem jednak dochodzić, jaka ona była tym razem. Nie ingeruję w tę relację. Ja tylko śledzę każdy krok. Oceniam poszczególne wydarzenia, próbując dojść do jednoznacznych wniosków. Bez wsparcia, choć jest mi ono potrzebne. Zostałem sam na tym polu bitwy, na którym niejeden zdążył już zginąć. Nie chciałbym być następny. I nie będę. Mam pewność, że w tej walce nic nie stanowi dla mnie zagrożenia. Jestem na górze. Współistnieję z każdym z nich. Zwykle osobno, lecz coraz częściej razem. Nie ufam tej zgodności i węszę w niej podstęp. Żadne nie wpuści konia trojańskiego przez swoje bramy. Wiedzą, że to zbyt ryzykowne. W pewnym momencie zdarzy się jednak to, o czym cały czas mówię. Nastąpi zderzenie międzyplanetarne. To ja rozsądzę. To ja wydam wreszcie ten wyczekiwany wyrok. To ja podejmę tę ostateczną decyzję. Są dwie możliwości, kiedy już skończy się czas:

połączą się albo znikną na zawsze.



Jak zachować się, kiedy już zostaniemy doprowadzeni do ostateczności?


Melancholia, Lars von Trier

sobota, 10 października 2015

Aeternitas

Zgrywasz doświadczonego, a ja udaję niedoświadczoną.

Nie potrafię myśleć w ten sposób.

Po tym wszystkim utonęłam w fotelu. Odetchnęłam z ulgą, że nie stało się nic, co zmusiłoby mnie do zmiany strategii. Moje myśli zatrzymały się w pewnym punkcie i nie dawały się przekierować na inne tory. Żyję splotem naszych nóg. Próbowałam przypomnieć sobie wszystkie powody, które kiedykolwiek przewinęły się podczas naszych rozmów. Miałam prawo zachować się w ten sposób. Potrzebuję ciągłego przytakiwania, aby wreszcie poczuć się pewna. Dobrze, że to zrobiłam. Ty już nie żyjesz. Wydaje mi się, że nie mogłabym znaleźć lepszego rozwiązania. To by było na tyle. Nie trzeba nic zaczynać od nowa.

Przyłapałam się na tym, że przez chwilę spałam. Od razu wstałam z miejsca i wlałam gotującą się wodę do filiżanki. Podczas gdy herbata się parzyła, ja otworzyłam szafkę, szukając termometru. Znowu zapomniałam, że zostawiłam go na stole, żeby następnym razem tyle nie szukać. Poddałam się i rozchyliłam bordowe zasłony, aby wpuścić trochę światła do pomieszczenia. Dzięki temu dostrzegłam błyszczący przedmiot. Na szczęście nie miałam dzisiaj nic ważnego do wykonania. Gdyby nie to, już dawno popełniłabym serię największych błędów mojego życia. Nie mam miejsca na pomyłki. W głównej mierze wynika to z tego, że u mnie wszystko stało się stałe. Nie mam gdzie się pomylić, bo nie mam nic.

Otworzyłam okno i wychyliłam się przez nie. Oparłam się o parapet i przechyliłam tułów w dół. Usiłowałam przypomnieć sobie trik z chwytaniem poręczy i przeskakiwaniem na drugą stronę. Nie tutaj. Nie tym razem. Popatrzyłam przez moje zwisające włosy na sąsiedni budynek. W jednym z okien zobaczyłam rudego kota. Przechylił leniwie głowę w moją stronę. Rozwarł pyszczek, ukazując swoje drobne uzębienie. Następnie ostentacyjnie odwrócił się i z podniesionym ogonem skoczył w głąb mieszkania. Wróciłam resztą sylwetki do pokoju. Nic tu po mnie. Ubrałam płaszcz i wyszłam.

I nie mów: nie miałem czasu tego wszystkiego zmienić, bo oto od lat całych, od wieków całych nawiedzasz bez oporów to samo wypolerowane miejsce; od wieków całych w niezmienionej młodości przechodzisz o zmierzchu przez płowe święto Sekwany; ciągle w połowie tak młody - czas decyzji, przekroczenia zaklętego kręgu, przybliżenia się, Wielkie Przeciągi Czasu przeciągające się w nieskończoność, czas zawieszony, podarowany, żeby go rozpłatać i zginąć; ale ty kołujesz gładko po tej stronie krawędzi

 Edward Stachura

Ja wiem, że coraz mniej daję od siebie. Wszystko dlatego że oddałam wszystko. Nikomu i każdemu jednocześnie. Przechodząc koło tamtego miejsca, schyliłam się po leżącego między liśćmi kasztana. Nie mam już siły na tamte zabawy. Mam świadomość nadchodzącego końca. Wyczekuję go niecierpliwie, wiedząc, że każdy mijający dzień mnie do niego przybliża. To ten rodzaj pewności, że cokolwiek zrobisz, nic nie zepsujesz. Nie chciałam pokazywać się nikomu od tej strony. W rzeczywistości nigdy mnie nie było.


Naprawdę moglibyśmy tak trwać wiecznie.

poniedziałek, 28 września 2015

Stałam za ścianą

Na drewnianym krześle leżał otwarty list napisany przez kobietę, a obok nóż kuchenny.

Podniosłam się z podłogi, podpierając na łokciu, aby poprawić róg dywanu. Wygładziłam jego przekrzywione jaśminowe włosie. Szybko wróciłam do uprzedniej pozycji, rozciągając ręce nad głową. Wciągnęłam powietrze ustami i wsłuchałam się w rytm muzyki dobiegającej ze starej szafy grającej. Dostałam ten grat od mojej kuzynki, która nie miała co z nią zrobić, kiedy postanowiła się wyprowadzić. Teraz zdążyłam się już do niego nieco przyzwyczaić i często zdarza mi się słuchać muzyki na leżąco. Ograniczam picie kawy, w związku z tym musiałam znaleźć sobie jakiś inny rytuał zastępujący moją popołudniową rutynę. Przewróciłam się na bok. Ściągnęłam z siebie sweter i zwinęłam go w kłębek, po czym wsunęłam pod głowę jak poduszkę. Zasnęłam.

Śniłam o tym, że znalazłam się w teatrze. Od dawna przecież chciałam kupić bilety na pewien spektakl. Okazało się, że nie byłam po tej stronie, po której chciałam być. Stałam na scenie. Składała się z kilku warstw płaskiej scenografii. Była ona jednak tak pięknie namalowana, że z widowni musiała wyglądać jak żywe obrazy. Improwizowałam, bo, choć znałam tekst, nie potrafiłam przypomnieć sobie swojej roli. Na dole była pełna orkiestra. Największą uwagę zwracała kobieta grająca na harfie. Miała na sobie długą koronkową suknię w kolorze brudnego beżu. Jej włosy miękko spływały po ramionach, nadając twarzy harfistki jeszcze łagodniejszego wyrazu. Przypominała baśniowego elfa albo anioła. Zaczęłam mówić do aktora najbliżej mnie. Słowa same wychodziły z moich ust. Nie musiałam wcale myśleć nad tym, co zaraz powiem. Kątem oka dostrzegłam zdziwione twarze pozostałych. Mój partner dotrzymał mi tempa, nie okazując zaskoczenia. Przez chwilę wydało mi się, że spodziewał się takiego przebiegu zdarzeń. Puścił do mnie oko.

Obudziło mnie skrzypnięcie podłogi. Wzdrygnęłam się z tym nieprzyjemnym uczuciem spadania. Zerwałam się z dywanu i szukałam wzrokiem przybysza. Nie widziałam go dokładnie, gdyż moje okulary leżały na półce, do której nie mogłam sięgnąć. Wiem, że to mężczyzna. Poznałam to, zanim podniosłam głowę, po lekko cynamonowej nucie perfum.

- Znowu Cię taką zastaję - warknął, co rozwiało wszystkie wątpliwości dotyczące właściciela głosu.
- Może nauczyłbyś się pukać?
- Drzwi były otwarte. Każdy mógł tu wejść. Powinnaś się cieszyć, że to ja.
- Rzeczywiście, nie posiadam się z radości.

Gdybym miała na nosie okulary, zobaczyłabym, jak przewrócił oczami. Potarłam palcami skórę na czole. Przechyliłam głowę do tyłu, pozwalając mu na szybki pocałunek w szyję. Odeszłam od niego parę kroków i sięgnęłam po pożądany przedmiot. Z okularami widziałam nieporównanie lepiej. Teraz zobaczyłam jego przekrzywiony uśmiech, szarawą koszulę z rozpiętymi trzema górnymi guzikami. Widziałam jedną rękę w kieszeni i szeroko rozstawione czubki oddalonych od siebie stóp. Przede wszystkim mogłam patrzeć w te stalowe oczy, które w tym momencie nie były dla mnie zbyt przychylne.

- Włożyłem dalie do tego brązowego wazonu.
- Dobrze, dziękuję.

Staliśmy w bezruchu naprzeciwko siebie, a w tle wciąż było słychać muzykę. Wytrzymał parę sekund, po czym podszedł do szafy i, wciskając nerwowo parę przycisków, wreszcie ją wyłączył.

- Chcesz gdzieś iść?
- Po co?
- Jak to po co? Przecież mamy rocznicę. Kobiety lubią takie rzeczy.
- Ja chyba nie. Zresztą... co za różnica?
- Słucham?
- Co za różnica, czy jestem z Tobą.

Wepchnął drugą dłoń do kieszeni. Nie odezwał się ani słowem, usiłując przetrawić otrzymaną informację. Ostatnio często kłamie, a przy tym jest tak łatwowierny. Nie mogłam się powstrzymać przed wykorzystaniem tego. Co teraz? Mam przewagę, prawda?

- Czy jestem z Tobą tu czy gdzie indziej - dokończyłam po długiej przerwie. Przesunęłam palce po jego ręce od łokcia do nadgarstka, kiedy wykonywałam krok bliżej. Objął mnie drugą. Przybliżył swoją twarz do mojego policzka tak, że słyszałam jego oddech.

- Jesteś moja - wyszeptał.

Tym razem te słowa nie wywoływały przyjemnego dreszczu, a raczej odrazę. Tę własność widziałam jako umowę prawną, której nie można nie przyjąć i od której nie da się odstąpić. Miałam przygotowane swoje miejsce na obrzydliwej ekspozycji stworzonej przez niezdecydowanego - bo przecież nie zagubionego - egotystę. Znałam go krótko, co nie powstrzymało mnie przed szybkim obrotem spraw. Chcę przejąć kontrolę nad tym, co się stanie. Czas rzucić swoje karty.

- Już nie.
- Piłaś?

Wstrząsnął mną. Kiwnęłam przecząco głową, próbując przypomnieć sobie, gdzie zostawiłam butelkę. Nie piję kawy, wszystko lepiej czuć. Nieważne. To moja ostatnia szansa. Popełnianie błędów mnie ekscytuje. Ćwiczyłam to, wszystko opracowane. Wreszcie zrobię to, czego od dawna chciałam. Mam tyle opcji, a przecież mogłabym po prostu uciec.

 Kiedyś to zrobię.


 * * *


Piotr Rogucki - Kot

środa, 2 września 2015

Zachód

Śledzę wzrokiem zmieniające się obrazy. Czuję dreszcze. Jestem z nim. Tak jak nigdy nie byłam. Które z nas to zaczęło? Dwoje ludzi połączyło się ze sobą inaczej niż zawsze. To nie jest zwykłe spotkanie. Pewne spojrzenia są o ułamki sekund za długie, niektóre uśmiechy odrobinę zbyt wymuszone. Nie wynika to z grzeczności czy przyzwyczajeń. W ten sposób kamuflujemy się, usiłując uciec przed zdemaskowaniem. Następuje ta komiczna gra pozorów, podczas której żadna ze stron nie przyzna się, o co jej właściwie chodzi, a będzie wypatrywała podejrzliwie wszelkich śladów słabości u przeciwnika. W takiej przyjaźni nie może być mowy o partnerstwie. Kończy się ono wraz z pierwszą łzą uronioną przez pojawiający się znikąd smutek. Czy to ja się zmieniłam czy może on? Jak długo można trwać w tym stanie bez opamiętania? Można powiedzieć, że iskra, która mignęła między nami, zgasiła cały płomień. Nastał chłód, który rozprzestrzenia się. Zimno wiruje, zamrażając naszą krew. Jesteśmy bezsilni wobec tego, co zaczyna władać naszymi odczuciami. Nie mogę być bezwzględna, tak samo jak nie powinnam być czuła. Czy nie jest prawdą, że gubią nas nasze własne uczucia? Może po prostu nie wiemy, co zrobić z tymi odwzajemnionymi?

Czy to, co myślimy, że czujemy, jest prawdziwe? Czy możemy wierzyć, że taka miłość istnieje? Odsuwam rękę o kawałek za daleko. Już wiem, co to znaczy. Pomyśli, że chcę się oddalić. Nie potrzebuję go albo zwyczajnie unikam. Jeśli teraz przysunę ją, będzie to świadczyło o tym, że jestem niezdecydowana i tylko chcę go zwodzić. Pewne sprawy nie istnieją. Nigdy nie powinny istnieć. Nie ma żadnej siły, która mogłaby powołać je do życia, prócz wyobraźni. Właśnie ona jest winowajczynią. To ona odpowiada za te wszystkie ograniczenia, które powstrzymują nas przed dokonaniem czegoś bez przemyślenia. Skąd w nas ta odpowiedzialność za drugiego człowieka? Przy tym tak często zdarza nam się czuć, że inni nie przejmują się naszym losem. Ten rachunek nie jest równy. Nie można doprowadzić ich do łez bez powodu. Za wszystkim coś stoi. Niech to będzie nawet migająca latarnia z przepalającą się żarówką. Zawsze znajdzie się coś, co jest powodem.

Nie czuje mojego oddechu. Odchyla głowę do tyłu, rozumiejąc, że tylko tyle mu pozostało. Jedyne działanie w bezruchu, które nie będzie się wiązało z życiodajną nadzieją na koniec. Patrzy nie na mnie. Widzi obcego człowieka, w którym uchował się strzępek duszy. Nie próbuje wypruwać go na powierzchnię. Potrafi nasycić się oparami osoby, którą kiedyś byłam. Czasami tylko tyle wystarczy, żeby poczuć się inaczej. Odnowić uprzednie założenia. Może nawet uwierzyć, że gdzieś jest ten spokój, za którym tak się tęskni. W którymś wszechświecie znajdą się ramiona, które zamkną mnie i ochronią przed dawną agonią. Puste sny przestaną mnie dręczyć, a w zamian ukażą mi tylko to, czego od zawsze potrzebowałam. Teraz już rozumiem, że są rzeczy, do których nigdy nie będę zdolna.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Agrest

Tak często zdarzało mi się być przygotowaną na pewną rzecz, a kiedy już przychodziła, wszystko się rozpadało. Cały spokój nagle znikał, a przedsięwzięte środki ostrożności nagle zawodziły. W takich momentach moim najmocniejszym odczuciem jest zdziwienie. Nie mogę pojąć, czemu to nie wydarzyło się wcześniej. Wtedy byłoby bardziej  z r o z u m i a ł e. Wtedy nie byłoby problemów z tłumaczeniem, że tak po prostu musiało być. Przecież zawsze wiem, że bywają rzeczy nieuniknione, ale nie zawsze rozumiem, w jaki sposób się dzieją. W tym sęk, Karolu, że nie możesz wyrąbać całego lasu, a potem oczekiwać cienia od rozłożystej gruszy, pod którą będziesz chciał spędzić upalne południe. Pogrążmy się w naszej parnej gnuśności. Zastanówmy się, dlaczego zareagowałam w ten sposób? Co wpłynęło na mnie, że się zgodziłam? Nie potrafię nie myśleć o tych porażkach. To nie są zwykłe błędy. Żaden błąd nie jest zwykły, żadnego nie powinno być, żaden nie powinien się nigdy przyplątać z idiotycznymi myślami, które razem sprawiają wrażenie dopełniających się. Moje własne idee oszukują mnie. Bawią się wszelkimi uczuciami, wiedząc, w którym momencie zaatakować. W ten sposób gubię się w swojej własnej sieci połączeń. Wykonując kolejne nierozważne kroki, zlepiam się z nieodpowiednimi cząstkami i zaplątuję, uniemożliwiając sobie drogę odwrotu. Dużo myślałam o tym, co się między nami wydarzyło. Nie powinnam była wycofywać się. Zachowałam się tak, jakbym tylko ja jedna cierpiała.

- Nie oskarżam cię.
- Wiem, to nie byłoby na miejscu.
- Znowu przechodzisz do tego tonu.
- Przepraszam, muszę przestać.
- Wiesz, że nie miałem innego wyjścia.
- Pewnie nie.
- Musisz zrozumieć, że też byś tak postąpiła.
- Nie sądzę. Nie zrozumiem, bo nie jestem taka.
- Bywasz gorsza.
- Rzeczywiście.
- Nie powinnaś być już zła. Wszystko sobie wyjaśniliśmy.
- Uważasz, że jest w porządku?
- Tak. Sądzę, że jesteśmy kwita.
- Zabiłeś moją matkę, ja zabiłam twoją matkę. I co? Rachunek wyrównany?
-Tak, oko za oko, ząb za ząb.
- Nie, bo oboje jesteśmy bez matki. To nigdy nie będzie równość.
- Źle na to patrzysz. Jak zwykle przesadzasz.
- Słyszałeś o teorii rozbitych okien?
- O czym ty znowu myślisz?
- Nieważne.

Tak ciężko jest wrócić do sedna sprawy. Coraz trudniej dokopać się do fundamentów. Nieumiejętnie wyrwany chwast pozostawia resztki korzenia, a nawet łodyg. Wtedy nie można spodziewać się niczego dobrego. Najchętniej wpadłabym w panikę, ale nie jestem w stanie sobie na to pozwolić. Trzeba mieć przed sobą cel i nie spuszczać z niego oczu. Jak zbadać przyczyny, kiedy nie posiadamy materiału dowodowego? Na czym opiera się to złudne przekonanie, że to my mieliśmy rację? Im dalej od źródła, tym bardziej zakrzywione tory naszych wymysłów. Chciałabym wiedzieć. Zwyczajnie wiedzieć, co poszło nie tak. Nie muszę niczego odwracać. Wiem, że tego nie potrzebowałam, nie potrzebuję i nigdy nie będę potrzebować. To byłaby najgłupsza rzecz, jaką z taką mocą mogłabym zrobić. Jedyne co może przywrócić mi równowagę, to przyczyna. Tylko tyle. Potrzebuję znaleźć ten mały kamyczek, na którym potknęłam się wcześniej. Znaleźć go w tym gąszczu rozrastających się krzewów. Odróżnić go od innych gałązek czy szyszek. Niepotrzebnie wchodziłam do lasu.

sobota, 22 sierpnia 2015

Szukałam Cię po drugiej stronie

 "Łatwo jest powiedzieć, że była zła, ale to niewiele znaczy, jeżeli nie wiemy dlaczego."
John Steinbeck, Na wschód od Edenu


Nie wiem nawet, kiedy to się stało, ale zakochałam się w nim. Szybko jak nigdy. To przecież musiało być coś wyjątkowego. Mój genialny wyimaginowany scenariusz filmowy zaczął się sam realizować. Bez żadnych producentów. Film niezależny. Kamery. Światło. Akcja. Czy czegoś nie pominęłam? Wszystko działo się tak, jakbym to zaplanowała, a w rzeczywistości nie miałam nad niczym kontroli. Mogłam tylko obserwować kolejne kadry. Łączyć je w głowie w spójne sceny. Żadnych cięć, korekt czy iluzji. Szukałam swojego opiekuna, kogoś, kto mnie przeprowadzi przez wzburzone morza, a mimo to moje stopy pozostaną suche. Czyż nie wiedziałam, że to niemożliwe? Zawsze mogłam wyobrazić sobie, że tonę w jego objęciach. Zachłystuję się jego oddechem. Wynurzam z jego cudownych włosów. Ścieram krople potu z czoła. Zatapiam w naszej wspólnej pościeli. Od kiedy stała się czymś wspólnym? Już wiem, czego zabrakło. Dźwięk. Mikrofony, głośniki, fale, odbiorniki. O niektórych rzeczach nie trzeba mówić głośno, żeby być pewnym, że obie strony rozumieją je tak samo. Zdarza się, że ludzie łączą się tą dziwną telepatyczną więzią, dzięki której nie muszą sobie nic tłumaczyć. To jest możliwe, a przynajmniej tak słyszałam... Tydzień przed jego oświadczynami patrzyłam w okno i zastanawiałam się, jak by to było skoczyć. Myślałam o tym cały czas. Widziałam jak odchylam szyby, wchodzę na parapet i po prostu spadam. Jak gdyby nigdy nic. Na chodniku zostaje ze mnie krwawa plama. Trochę zbyt wypukły i zbyt płaski zarazem placek. Parę gołębi w żałobie zleci się na mój pogrzeb. Zapłaczą nad losem nieznajomej i odlecą. Opuszczą ją, bo nie miałyby powodu, żeby z nią zostać. Wypadłam. Niby przez przypadek. Tylko za bardzo się odchyliłam, bo przecież każdy człowiek czasem przykuca na parapecie, czyż nie? Nie potrafiłam uwierzyć nawet sobie. Tydzień później oświadczył mi się, a ja przyjęłam go.


Nasz ślub odbył się niedługo po tym. W innych przypadkach przychodził dużo później. Ten z początku był dość gwałtowny. Wydawało mi się, że z niczym sobie nie poradzę. Za dużo na mojej głowie, a planów tak wiele! Siedem miesięcy? Przestałam liczyć dni. W końcu i tak przeszedł dość bezboleśnie. Przez długi czas nie miałam się czym martwić. Po znajomych krążyły plotki, że po ślubie wszystko się zmieni - zamieszkamy razem na stałe, będziemy płacić razem rachunki, aż w końcu pewnego dnia zaczną się pytania o dzieci. Albo chociaż, czy nie chcemy przygarnąć pieska, bo właśnie syn koleżanki mamy znajomego kuzyna wujka przyjaciela z ławki mojego męża znalazł ogłoszenie, albo kotka, ponieważ żona dziadka dziecka w przedszkolu koleżanki cioci znajomego mojej koleżanki z pracy przygarnęła kotkę, która okazała się być w ciąży. Cóż za przypadek! Nie wierzę, jak los nam sprzyja i co chwilę podsuwa nam okazję do powiększenia naszej wspaniałej rodzinki! Takie były piękne początki, a my nie przejęci tym, przesiąknięci zapachem waniliowej świeczki, którą zapalaliśmy co wieczór, szukaliśmy idealnego sosu malinowego do naszych ulubionych lodów i oglądaliśmy filmy przytuleni do siebie na naszej PRL-owskiej kanapie. Czy wspominałam już, że to mieszkanie męża? Przeżyliśmy w nim tyle niewiarygodnych horrorów. Tysiące rozbrajających komedii. Parę krótkich dramatów. A najczęściej typowych seriali o byciu niezależnym, znajdywaniu własnej drogi, zawsze obecnych przyjaciołach i piciu.



Miałam córkę. Była naprawdę śliczna, choć wiem, że każda matka mówi tak o swoim dziecku. Nie wierzyłam, że mogło jej czegoś brakować. Miała dwanaście lat, kiedy ją straciłam. Wcześnie wykryto u niej ciężką chorobę obniżającą odporność. Skazywało ją to na życie w szpitalu. Wiedziałam, że dla dziecka oznacza to tyle, że nigdy nie będzie miała prywatności, swojego stałego miejsca. Możliwe, że będą ją przenosić z jednej sali do innej, a jej życie upłynie na ciągłym zastanawianiu się, w której z nich ma najlepsze światło do wpatrywania się w sufit. Byłam prawie pewna, że nie zainteresują jej żadne książki. Z wyglądu bardzo przypominała mnie, musiała więc coś odziedziczyć po ojcu. Wystarałam się o pozwolenie na leczenie jej w domu. Warunkiem koniecznym była całkowita sterylność pomieszczeń. Innymi słowy trzymaliśmy córkę w jej pokoju jak w bańce. Ochranialiśmy przed wszystkim, co tylko się ruszało. Nie mieliśmy z resztą wyboru. Przeszłam wymagające kursy pielęgniarskie, ciągle poszerzałam swoją medyczną wiedzę, żeby móc zareagować w razie potrzeby. Chciałam być przygotowana na wszystko. Mąż próbował mi pomagać, ale nie rozumiał podstawowych terminów, podstawowych zasad, więc po pewnym czasie nie pozwoliłam mu nawet zbliżać się do małej, żeby nie narażał jej na niebezpieczeństwo. Troskliwy ojciec bez żadnych predyspozycji do opieki dzieckiem mógł być groźny niczym żądło rozdrażnionego szerszenia. Nie mogłam pozwolić na to, aby jego bezmyślność narażała naszą córkę. Musiała być bezpieczna. Za wszelką cenę.


Pewnego dnia przyszłam do córki. Oczywiście, po czasochłonnym rytuale higienicznym, który, jak zawsze, zdołał uspokoić mnie po stresującej pracy. Siedziała z podkurczonymi nogami wpatrzona w swoje stopy. Wszystkie palce - zarówno u rąk, jak i nóg - miała ściśnięte. Popatrzyłam na jej równo zaczesane w warkocz włosy. Parę kosmyków wystawało przy gumce, którą były spięte, ale to wina nierównego cięcia. Sama zatroszczyłam się o to, żeby zawsze wyglądała nienagannie. Gdybym mogła dokładnie patrzeć i gdybym była tym zainteresowana, kątem oka zobaczyłabym drżący mięsień w prawej nodze.

- Cześć, córciu. Co słychać?
- Cześć. Wiesz, dużo myślałam. Hm... Z resztą nie mam tutaj większego wyboru.
- Ale chyba nie wolałabyś być w szpitalu, kochanie? Nie mam racji?
- Tak. Nie. Jak to powiedzieć? - mamrotała do siebie, jakby nie było mnie w tym pomieszczeniu. Czasami zastanawiałam się, czy nie ma autyzmu. Nie sądziłam, że brak relacji z rówieśnikami może mieć wpływ na jej interakcje z ludźmi. Przecież dawałam jej wszystko, czego może chcieć i potrzebować człowiek. Ja byłabym zadowolona z takiej kolekcji wybitnych autorów, którzy kładli duży nacisk na etykę w kontaktach międzyludzkich, na wartości, na piękno. Ona  była otoczona tym cały czas. Przecież musiało mieć to na nią jak najlepszy wpływ.
- Nie mogę już tak dłużej.
- Czegoś potrzebujesz? Jeśli nie chcesz, nie musisz czytać tej ostatniej powieści, którą Ci podrzuciłam.
- Chciałabym być nigdzie. Dużo o tym myślałam, ale teraz już wiem.
- Kochanie, o czym ty mówisz?
- Ja wiem. Tym, co pociąga do samobójstwa najbardziej jest to uczucie pustki. To nie jest nadmiar cierpienia, bo wtedy wiesz, że nadal umiesz czuć, a kiedyś poczujesz radość i szczęście. To ta bezdenna pustka. Bo jak pustka mogłaby mieć dno?

W jej oczach nie pojawiły się łzy. Mówiła o tym w taki sposób, jak gdyby opisywała jakiś obojętny jej obraz. Przeszły mnie dreszcze. Poczułam pojedynczą słonawą kroplę spływającą po moim policzku. Przestałam widzieć wyraźnie.

- Próbowałam ją jakoś wypełnić, ale nie da się. To jest tak, jakbym próbowała przekonać się, że jestem i mogę być piękna, nie wiedząc, czym jest piękno. Właśnie, czym jest życie? Czym jest szczęście? Czym są ludzie?

Nie słyszałam połowy słów, które do mnie mówiła. Byłam idealną matką. Poświęciłam dla niej życie. Poświęciłam dla niej siebie. Wychowywałam tak, jak należy. Czego jej brakuje? Nie jestem złym rodzicem. Moja córko! Nie możesz mówić poważnie. Tu jest jakiś haczyk, jestem tego pewna. Może to po prostu dręcząca fantazja senna. Zaraz zobaczę mojego męża wchodzącego do pokoju, a za nim wejdzie cyklop czy jakiś inny Nikt i zaczniemy tańczyć danse macabre.

- Pustka to brak czegokolwiek. Ja to czuję, nic nie czując. Nie miej mi tego za złe. Wiem, że inni radzą sobie inaczej. Ja nie mam wyboru. Nigdy go nie miałam. To wszystko samo przyszło i samo pójdzie. A teraz zamknij oczy i zapomnij o tym wszystkim. Bańka niczego nie uczy. Bańka to nie rozwiązanie. Ja wiem, że nic dobrego mnie tu nie spotka. Nawet więcej, nic żadnego mnie nie czeka.


Zaczęłam krzyczeć przypadkowe słowa. Zacisnęłam pięść i włożyłam ją do ust. Po chwili, łamiąc wszelkie zakazy, wpadł mój mąż i tym razem  zrozumiał bez użycia jakichkolwiek wyrazów, nie licząc wyrazów twarzy. Wyprowadził mnie z pokoju.

czwartek, 23 lipca 2015

Moja droga

Jak się okazało, zostałam związana w dokładnie taki sam sposób jak tamten chłopak. Nie wiem, czy mieli do tego maszyny czy stały algorytm, ale wszystko było dokładnie dopasowane do proporcji i budowy sylwetki. Jaka była metoda wyswobodzenia? Zacząć od dołu. Krzesło nie było ciężkie. Wystarczyło przechylić się do przodu tak, żeby stanąć na całych stopach. Wtedy węzły na dole lekko się rozszerzały i można było po kolei wysunąć nogi. Dalsze ruchy ograniczały się do powolnego przemieszczania poszczególnych lin przez manewrowanie barkami. Trochę cierpliwości, parę następnych odgięć kończyn i w ten sposób podejmuje się decyzję o wolności. Taką instrukcję potem otrzymałam. Nie byłam w stanie tego zrobić. Udało mi się wreszcie przekonać kogoś, żeby mnie uwolnił. A może sami się na to zdecydowali, widząc, że ten bezsens do niczego nie prowadzi? Tak czy inaczej, odwiązali mnie. Potarłam ręce, na których odcisnęły się ślady lin, które wyczuwałam pod opuszkami palców. Nie miałam siły zastanawiać się nad tym, co się dalej ze mną stanie. Mój wzrok wciąż był ograniczony przez nieprześwitujący kawałek materiału. Ktoś delikatnie chwycił mnie za łokieć. Tak lekko, jakby prowadził swoją ukochaną - miękki dotyk nie pozwalający jej na odczucie jakiegokolwiek zagrożenia - żeby w romantyczny sposób pokazać jej rocznicową niespodziankę, a nie ściskając ciężko szorstkie ręce nakierowujące zdezorientowanego więźnia, który zaraz usłyszy swój wyrok. Przeszliśmy parę kroków, po czym usłyszałam trzask drzwi. Byłam ukochanym więźniem.

Pewnego razu postanowiłam sobie skrócić drogę. Chyba zaczynam wierzyć w drobne przypadki, które niechętnie, ślamazarnie podpełzają zawsze pod moje drzwi. Niespiesznie jak ślimaki, o których wierszyki uwielbiałam w przedszkolu. Może raczej powinnam powiedzieć pod moje stopy? Zwykle też jestem do nich nieprzychylnie nastawiona. Szłam szybko i pewnie, ponieważ byłam przekonana, że, jeśli zwolnię choć na chwilę, bez wątpienia się spóźnię. Kątem oka zobaczyłam spłoszoną sarnę po prawej stronie. Przeniosłam spojrzenie przed siebie. Lubię widzieć cel, do którego dążę. Pożałowałam tego w tej samej sekundzie, w której ujrzałam mężczyznę ściągającego spodnie. Nie mogę zawrócić, przecież to spotkanie jest ważne! Idę sama przez las, a przede mną rozbiera się mężczyzna, który ma na sobie czerwone bokserki. Może to oznaczać tylko dwie rzeczy - albo zaraz będzie bardziej lub mniej skutecznie próbował mnie zgwałcić, albo to dość nieszkodliwy ekshibicjonista. Koło fortuny kręciło się, a ja do ostatniej chwili nie mogłam poznać losu. Pozostaje jeszcze opcja, że jestem szaloną pesymistką i nie każdy mężczyzna będący sam w lesie i czający się na nadchodzącą młodą kobietę stanowi dla niej zagrożenie. Przecież wszyscy żyjemy na tak cudownej planecie! Uznałam, że przejdę tak po prostu, udając, iż on wcale tutaj nie stoi. Mimo to przyspieszyłam kroku. Zobaczyłam jego i zaparkowaną obok ciężarówkę. Czemu zaspałam właśnie dzisiaj?! Nie wytrzymałam i nawiązałam z nim kontakt wzrokowy. Tyle wystarczyło.

- Ja się obnażam, a tu dama idzie. Nie boi się pani sama iść przez las?

- A chce mnie pan eskortować? - wypaliłam. Nie mam pojęcia, co we mnie wstąpiło, ale zaczęłam napawać się moją chorą odwagą. Mogłabym pisać scenariusze filmowe o absurdalnych feministkach. Nie każda idiotka ma takie szczęście jak ja. Zobaczyłam, jak mój potencjalny oprawca sięga po drugą parę spodni. Tylko się przebierał.


* * *

PS Coraz bardziej podoba mi się zacieranie granic. Co będzie następną?



PS 2 200! Kto nie szanuje swojego czasu i przeczytał wszystkie? Dziękuję za obecność! :)

środa, 1 lipca 2015

Czasem może się to źle skończyć

Wybudziłam się jak ze śpiączki. Siedziałam na krześle przywiązana do niego mocno jakąś taśmą lub sznurem. Oczy miałam zasłonięte grubą opaską, która uwierała mnie w uszy. Mimo to dobrze słyszałam swój oddech nie tylko od wewnątrz. Stuknęłam butem w podłogę. Wsłuchałam się w echo uderzenia. Pomieszczenie musiało być prawie puste. Znajdowałam się bliżej któregoś z kątów. Pokręciłam głową na tyle, na ile pozwalały mi więzy, żeby rozruszać trochę szyję. Wstrzymałam na chwilę oddech, aby upewnić się, że jestem sama. Pierwsza zasada w przypadku porwania: nie panikować. Czy to na pewno było porwanie? Nie mam pojęcia, jak się tu znalazłam. Co mnie do tego miejsca doprowadziło? Najważniejsze: kto mnie uwięził? Wtedy powód odnajdzie się sam.

- Wie pani, plotki roznoszą się szybko. Pytanie, kto za to odpowiada, zawsze pozostanie bez odpowiedzi.

Nie wiem, skąd dochodził głos. Próbowałam wyciszyć myśli, ale uderzyły szturmem na wszystkie dotychczasowe procesy mózgu i uniemożliwiły wzmożenie słuchu. Stres działa w nieodpowiednich momentach i w nie najlepszy sposób. Gdybym mogła teraz medytować, od razu wróciłoby mi poczucie równowagi i bezbłędnie potrafiłabym ocenić pochodzenie dźwięku. Chyba że... nade mną znajdował się głośnik? Nie mogłam przechylić głowy całkiem na prawo. Lewe ucho miałam dużo lepsze, więc liczyłam na to, że uda mi się je ustawić tak, żeby nabrać pewności co do wymyślonej na poczekaniu teorii. Z resztą, to żadna pewność, skoro świadomość wróciła mi zaledwie kilkanaście minut temu. Wciągnęłam powietrze ustami. Poruszałam palcami, żeby dokładniej wyczuć krępujące mnie liny. Nie zauważyłam na nich żadnego węzła. Rozluźniłam łokcie, po czym zaparłam się z całej siły, naśladując ruch kulturystów rozrywających przyciasne koszulki na swoich umięśnionych torsach. O karierze siłaczki mogłam tylko pomarzyć. Moja masa mięśniowa była porównywalna ze stanem przeciętnie rozwiniętego gimnazjalisty. Na nic zdały się moje wielkie próby. Mogłam zapisać się wcześniej na tę siłownię, ale wciąż były ważniejsze rzeczy do zrobienia.

- Słabiutko. Ostatnio uwięziliśmy tak pewnego osiemnastolatka i bez problemu sobie poradził.
- Siła nie jest moją najlepszą stroną - odpowiedziałam, sapiąc ze zmęczenia.
- Umysł też nie. Swoją drogą, dlaczego nie zapytałaś, czemu?
- Co czemu?
- Och, ciężki będzie z ciebie przypadek.

Poruszyłam się na krześle. Robiło się coraz mniej wygodnie.

- Dlaczego mnie związałeś?
- Już jesteś blisko, ale to wciąż nie to pytanie.
- Nie możesz odpowiedzieć?
- Mogę, owszem.
- To zrób to.
- Może i zrobię. Czekam aż zaczniesz pytać o właściwe rzeczy, chcę jeszcze potrzymać cię w niepewności. Wiem, jak bardzo tego nie lubisz, nawet w normalnych sytuacjach, a tej, wydaje mi się, nie można normalną nazwać.

Miał rację. Już gotowałam się w środku, że wciąż nie wiem, o co chodzi. Dlatego nie potrafiłam myśleć racjonalnie i skupić się na tym, jak powinnam się zachowywać. Spróbuję kontynuować tę grę.

- Mówiłeś o moim umyśle. Co z nim nie tak?
- Po pierwsze nie potrafisz się uwolnić.
- Chyba o to chodziło, prawda?
- Po drugie nie potrafisz zadać odpowiednich pytań, które rzeczywiście mogłyby cię doprowadzić do odpowiedzi, jakich oczekujesz. A co do więzów mylisz się.
- Po co związywać kogoś, kto z założenia ma być wolny?
- Znów błąd. Nikt nie wymyślił takiego założenia. Zostawiliśmy ci wybór.
- Jakoś nie przypominam sobie, żeby ktokolwiek pytał mnie, co wolę.

Ton mojego głosu był coraz wyższy, mówiłam jeszcze szybciej. Byłam już bliska rozpaczy. Nie poznaję tego, kto stoi przy mikrofonie, ale jestem pewna, że on zna mnie na wylot. Co stało się, kiedy spałam? Czy w ogóle spałam? Nie rozumiem, kto mógłby mieć w tym interes.

- Widzę, że się nie dogadamy - przyznał nieznany głos.
- A skąd taki wniosek? - zakpiłam.
- Powiem krótko. Może się pani uwolnić sama w każdym momencie. Następnie chciałem zwrócić uwagę na fakt, że odzywa się pani wyjątkowo niegrzecznie, co chyba nie jest najlepszym taktycznie posunięciem w przypadku potencjalnego porwania, nie sądzi pani?

Czy on czytał mi w myślach? Nie mogę dłużej walczyć. Czuję się, jakbym była w trakcie kręcenia jakiegoś idiotycznego reality show. Poddaję się. Tę bitwę wygrali, ale muszę się dowiedzieć, co to za wojna.

- A jak zrobił to ten wasz osiemnastolatek?

sobota, 27 czerwca 2015

Bo wiesz

Jak gdyby nigdy nic się nie stało, uśmiechnęłam się. Naprawdę mam poczucie humoru. W tym czasie mężczyzna wywijał rękawy koszuli i starł ręką strużkę potu z czoła. Zauważyłam, że w przedziale nagle zrobiło się niesamowicie gorąco. Wcześniej tę zalewającą mnie falę ciepła łączyłam z naturalną reakcją organizmu na widok przystojnego mężczyzny, teraz dotknęłam obicia fotela i od razu odsunęłam dłoń - materiał parzył. Zerwałam się z miejsca. Mój sąsiad dalej siedział. Czy on nic nie czuł?!
Odgięłam głowę i wypięłam pośladki, żeby sprawdzić, czy przez tę temperaturę nie ucierpiały moje spodnie. Szczęśliwie, nie roztopiły się i żadne resztki nie zostały przyklejone do siedzenia. Troskę o nienaganny wygląd zawsze stawiam na pierwszym miejscu - w końcu to moja niezawodna broń, środek służący osiąganiu wymiernych korzyści. Tych korzyści, których nie zdobywa się programowaniem neurolingwistycznym, ani kwiecistymi przemowami. Liczy się biologia. Od zawsze to powtarzałam. Wszystkie okna w wagonie były przymknięte. Podejrzewam, że winnymi tej niespodziewanej sauny są uszkodzone grzejniki i dodatkowo kretynizm pasażerów, którzy woleli dusić się w tym upale, niż wstać ze swoich miejsc i uczynić szybom ten zaszczyt, żeby mogły zbliżyć się do siebie nawzajem.

- Na następnej wysiadamy - zarządził wąsaty. Spodobało mi się. "Wąsaty" to takie ślicznie żartobliwe przezwisko. Wyobrażam sobie, jak proszę go o coś, zwracając się do niego w ten sposób.
- Dlaczego? - zapytałam, mając w głowie projekcję jego palców zbliżających się do mojej talii.
- Chciałaś porozmawiać.
- To ty chciałeś - stwierdziłam, kontynuując wizję naszych ust dążących do zetknięcia. Zgodziłam się na to krótkim westchnieniem, które odnosiło się zarówno do opuszczania pociągu, jak i marzenia trwającego w mojej głowie.
- Cieszy mnie ta jednomyślność.

Nie musiałam już nic odpowiadać, gdyż zbliżaliśmy się do stacji. Poszłam więc za moim przewodnikiem i postanowiłam nie odzywać się pierwsza. Wąsaty nie oglądał się za mną. To chyba był moment, który, gdybym tego potrzebowała albo chciała, mogłabym wykorzystać do ewentualnej ucieczki. Proste plecy przewodnika zdawały się udzielać rozgrzeszenia swoją symetrią wszelkim jeńcom decydującym się na odwrót. W tym mężczyźnie było coś niepokojącego, co każdemu śmiertelnikowi nakazywałoby się go bać. Jego oczy poruszały się w przerażający sposób po dziwnie zakrzywionym torze, co w każdym wywoływało uczucie ciągłej obserwacji, nawet, kiedy odwracał wzrok w zupełnie inną stronę. Dzięki mojej profesji nie grozi mi śmierć. Ja będę nieśmiertelna. Już się taka staję. Nie mam zamiaru uciekać.

Nie miałam pojęcia, gdzie się znajdujemy. Zamiast skupić się na drodze, którą przemierzałam pierwszy raz w życiu, nie mając jakiejkolwiek pewności, że kiedyś jeszcze będę miała okazję wrócić albo czy mój kowboj będzie szedł ze mną, obserwowałam jego chód. Prawą nogę wysuwał trochę bardziej do przodu. Ewidentnie się gdzieś spieszył. Jego biodra były przy tym dość sztywne. Był kimś bardzo wytrenowanym lub pełnym samokontroli. Już jestem pewna, że grał na perkusji - za bardzo przywykł do siedzenia, a w takiej pozycji wygląda na stosunkowo zrelaksowanego, czego nie można powiedzieć o nim, kiedy zaczyna używać nóg. Muzyczny amator. A ja porwana-amatorka. Będziemy jeszcze lepszą parą niż dziwka i laluś z pociągu. Coraz bardziej denerwuje mnie ta cisza. Niechże on się wreszcie zatrzyma, bo czuję się jak sługus, nie potencjalny partner rozmowy. Nie jestem Watsonem, Sherlocku. Ani Alfredem, Batmanie. Usłyszałam chlupot. Błyskawicznie odskoczyłam w tył. Wąsaty był zanurzony w  błotnistej kałuży po kostki. Z bólem serca popatrzyłam na jego zabrudzone buty, które były tak olśniewające, gdy pierwszy raz je zobaczyłam! Obrócił się na piętach, rozmazując na nich ten szlam.

- Czy dama pozwoli, ażebym mógł wspomóc ją w przeprawie przez ów bagnisty teren, na który właśnie wkraczamy?

Skinęłam głową i zrobiłam mały kroczek w jego stronę. Zawiesił moje ramię na swojej szyi i chwycił mnie za nogi. Przeszedł parę kroków miarowym tempem. Stąd asymetria odległości stóp nie była wcale widoczna. Nagle poczułam się strasznie senna. Moja głowa zrobiła się tak ciężka, że upadła luźno na jego szyję. Powieki zamykały mi się same. Walczyłam z nimi jeszcze przez chwilę, ale w końcu odpuściłam, ciesząc się z dobrego powodu na odwleczenie tego, co będzie musiało się stać.

Pidżama Porno - Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości


wtorek, 23 czerwca 2015

Nikomu nie ufaj

- Czy zawsze patrzysz w ten sposób na nieznajomych? - zapytał głębokim głosem wąsaty mężczyzna. Patrzył naprzód, ale to pytanie było skierowane do mnie. Nie odzywałam się przez chwilę, wciąż wsłuchując się w melodyjne echo jego słów w mojej głowie. Może jednak jest wokalistą?
- Nie jesteś wyjątkiem - w końcu odpowiedziałam.
- A tak bardzo chciałem nim być, wybierając miejsce obok ciebie.
- Chciałeś być wyjątkowy dla mnie?
- Nie. Liczyłem na miłe towarzystwo.
- Chodzi o to, żeby siedzieć koło kogoś przyjaznego?
- Po prostu porozmawiać. W nocnych pociągach trudno o rozmowę na poziomie.
- Ta chyba też taka nie jest.
- Wręcz przeciwnie. Długo szukałem osoby takiej jak pani - przerwał i zaczął szukać czegoś w kieszeni spodni. Czas i wysiłek, jaki włożył w tę czynność, mogły sprawiać wrażenie, że nie ma ona dna, a żeby ją przeszukać trzeba by poświęcić miesiące, czy nawet lata. Zdziwiłam się jego nagłym skierowaniem uwagi na mnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy to kolejny chwyt stosowany podczas rozmów fatycznych, czy może naprawdę miał coś konkretnego na myśli. Dlaczego miałby szukać kogoś takiego jak ja? Skąd w ogóle wie, jaka ja jestem?
- Widzę, że mnie pani nie rozumie. Potrzebuję porozmawiać z tobą w cztery oczy.

Zaskoczyły mnie nagłe zmiany poufałości. Wydawał się mieć za nic jakiekolwiek zasady używania zwrotów grzecznościowych. Ciężko westchnęłam urażona jego brakiem etykiety. Mężczyzna był ode mnie około dziesięciu lat starszy, zdecydowałam się więc utrzymać początkowy ton rozmowy.

- Jak chcesz to zrobić? Tutaj to nie jest możliwe.
- Założymy się? - zapytał z szelmowskim uśmiechem, traktując tamto stwierdzenie jak wyzwanie. Zapomniał już o rzeczy, której wcześniej szukał. Schylił się do prawej kostki i zaczął podwijać nogawkę spodni. Uniósł ją do góry. Odwinął skórzany pasek opięty dookoła łydki. Lewą ręką sięgnął po rewolwer, który był pod nim schowany. Mężczyzna wyprostował nogę i wstrząsnął nią tak, że wywinięte spodnie powróciły do pierwotnego stanu. Przyjrzałam się broni - była bardzo staromodna. Rączka pokryta zdobieniami z motywem roślinnym. Łagodne oświetlenie pociągu wydobywało lekki blask z dokładnie wypolerowanej lufy. Arcydzieło! Ciekawe, ile osób już zabił tym cackiem.
- To jak? - zapytał, podrzucając rewolwer do góry. - Zgodzisz się ze mną porozmawiać?
- Tak - odpowiedziałam wpatrzona w broń. Szybki ruch i była już nabita. Zanim zdążyłam się zorientować, wykonał już pierwszy strzał. Rannym okazał się mężczyzna w białej kurtce. I dobrze. Też mi działał na nerwy. Raz. Drugi huk - leżała kobieta. Ładna parka, może na tamtym świecie uda mu się do niej zagadać. Dwa. Trzeci wystrzał i już po nastolatce, która mogła posłuchać matki, a gdyby nie miała słuchawek, zareagowałaby szybciej i może zdążyła uciec. Trzy. Czwarty i ostatni był człowiek w ortalionie. Podczas gdy ginęli tamci, wstał i popatrzył smutno na mojego sąsiada. W jego oczach widać było zmęczenie życiem. W odróżnieniu od pozostałych był już gotowy na śmierć, ale coś mówiło mi, że to nie miał być jeszcze ten czas. Popatrzyłam na buty i znowu na jego zaszklone oczy. Zrobiło mi się go żal. Zacisnęłam mocno powieki. Ułamek sekundy później dołączył do pozostałych. Cztery. Kowboj splunął na podłogę, usiadł z impetem i schował narzędzie zbrodni na swoje miejsce, owijając je paskiem.
- Już możemy. 

niedziela, 21 czerwca 2015

A skoro o ludzkości mowa

Podróże w nocy? Dlaczego uważa się je za bardziej niebezpieczne? Bo za dnia jest więcej ludzi? Biorąc pod uwagę, ilu jest świrusów na tym pokręconym świecie, śmiem wątpić, że mogłoby to przemawiać na naszą korzyść. Usłyszałam gwizd hamulców i powolne tłumienie dźwięku kół na torach. Wielka maszyna zatrzymała się. Wsiadłam do nocnego pociągu.

Przyglądałam się zaniepokojonej nastolatce siedzącej ze mną w przedziale. Na jej twarzy malował się strach pomieszany z wyrzutami sumienia, że nie posłuchała swojej matki nakazującej jej powrót o "przyzwoitej" porze. Zaciskała mocno pięści, patrząc w okno, jakby chciała udawać, że wcale jej tu nie ma. Założyła słuchawki na uszy, czego osobiście nie uważam za dobre taktycznie posunięcie, gdyż w razie potencjalnego zagrożenia nie będzie w stanie odebrać jakichkolwiek sygnałów dźwiękowych, które mogłyby ją ostrzec. Wzrok jest dobry, ale zwykle reaguje za późno, tym bardziej gdy przyzwyczai się go do patrzenia w dal w ciemności. Cóż, to jeszcze dziecko, a ja dzieci nie uczę. Po prawej stronie, przy uchylonym oknie siedział tęgi mężczyzna w ortalionowej kurtce. Buty miał zadbane, choć ich krój wskazywał na pochodzenie z podobnej epoki, co kurtka, czyli późnych lat 90. Prawdopodobnie miał dwie pary obuwia - jedną odświętną, w której dzisiaj maszerował, dopóki nie dotarł do pociągu, drugą roboczą - zmienianą, jak mniemam, co rok, bo stan zużycia nie pozwalał na dalsze z nich korzystanie. Na siedzeniach przed nim była zadbana kobieta wkraczająca właśnie w wiek średni. Mimo tego, że miała drogie i czyste buty, od razu poznałam, że to prostytutka. Obejrzałam jeszcze resztę stroju - chciała uchodzić za prawniczkę. Obcisła spódnica ołówkowa, żakiet z tego samego materiału, kremowa koszula i skromny, złoty naszyjnik. Natury nie oszukasz. Zdradziły ją nienaturalnie duże usta, które układała w dziwny kształt będący czymś w rodzaju dzióbka z rozchylonymi wargami. Nałożyła na nie błyszczyk o zbyt jasnym odcieniu, jednoznacznie wskazujący na to, że, mimo klasycznego, stonowanego ubioru, za wszelką cenę chciała się odmłodzić.

Na tym samym poziomie, po lewej stronie siedział młody chłopak wyglądający tak, jakby większość swojego wolnego czasu, którego nie przeznaczał na picie ze swoimi wiernymi koleżkami (swoja drogą tydzień wcześniej zeznającymi przeciwko niemu w zasadzie tylko po to, żeby ratować własne tyłki, bo też byli winni. Chłopaczek miał szczęście, że syn sędziny niegdyś chodził do klasy z owymi "przypadkami", więc uratowały go jedynie wątpliwa reputacja i nie najwiarygodniejsze zeznania tychże świadków), spędzał na siłowni. Miał tyle żelu na ciemnych włosach, że wyglądały, jakby wysmarował je olejem i dopiero wtedy zaczął układać tę konstrukcję na swojej głowie. Zjechałam wzrokiem niżej i moim oczom ukazała się jaskrawa koszulka polo z podniesionym kołnierzykiem i rozpiętymi guzikami, które ukazywały męskie owłosienie na klatce piersiowej. Ramiona zakrywała biała kurtka z niebieskimi i czerwonymi paskami po bokach. Z tyłu raziła w oczy wielkim logo, które nie mogło umknąć mojej uwadze, kiedy wsiadałam za przystojniaczkiem do wagonu. Podejrzewam, że kurtka barwami nawiązywała do kolorów sportowego samochodu oklejonego "wyścigowymi" paskami, którym zwykł popisywać się przed dziewczynami. Na nogach miał czarne obcisłe spodnie z grubym paskiem w szlufkach. Jak sądził, te opięte nogawki miały dodać mu elegancji. Cały uniform dopełniały sportowe czerwone buty z czarnymi detalami. Z lepkim uśmieszkiem na ustach co chwilę zerkał na kobietę-prawniczkę. Ona, udając, że tego nie widzi, patrząc na odbicie kurtki w szybie, próbowała oszacować zawartość jego portfela, który, z całą pewnością, miał w wewnętrznej kieszeni po lewej stronie. Piękna metafora materializmu - pieniądze blisko serca.

Drzwi przedziału głośno się otworzyły. Nastolatka drgnęła. Bynajmniej nie z powodu hałasu, który zagłuszała muzyka w słuchawkach, ale przez lekki przeciąg wdzierający się wraz z nowym gościem. Od razu mi się spodobał. Jego wąs wyglądał, jakby czaił się na niewinne usta kobiety, które łaskotałby przy namiętnym pocałunku. Miał na sobie czarną koszulę z pięknymi zdobieniami wyszywanymi złotą nitką i ciemne dżinsy z nogawkami rozszerzającymi się na dole. Sylwetkę obciążały mu jeszcze jasne kowbojki, ale jego chód był nad wyraz płynny. Nie rozglądając się dookoła, pewnym krokiem podążył na drugi koniec wagonu. Zatrzymał się obok mojego siedzenia. Usiadł bez słowa tuż koło mnie, choć było przecież wiele wolnych miejsc. Poprawiłam swoją bluzkę, wyobrażając sobie siebie w tej czarnej koszuli. Mężczyzna opuszkami palców zmienił kształt wąsów, przez co nabrały jeszcze ostrzejszą formę. Położył dłonie na udach i zaczął wystukiwać rytm, kiwając przy tym lekko głową. Drażniło mnie to, że nie trzymał się jednego metrum, ale na jego widok ścisnęło mnie w gardle tak, że nie mogłam się odezwać. Pozostało mi tylko przyglądać się jego krótko ściętym paznokciom, za którymi czaiło się trochę brudu. Jedno jest pewne - nie jest gitarzystą. Gdybym miała zgadywać, obsadziłabym go w roli perkusisty (za wyczucie rytmu, ale też za indywidualne podejście do podziału na takty) albo managera (za stylowy wygląd i zadbany wąsik). Odwrócił twarz w moją stronę. Wykonał typowy psychologiczny trik, zwany przez niektórych "metodą trójkąta", kierując wzrok po kolei na oboje moich oczu i zatrzymując się przez chwilę na ustach. Na koniec mrugnął jedną powieką i powrócił do wybijania swojego rytmu. Uśmiechnęłam się w duchu - moja wypchnięta pierś, wciągnięty brzuch i pogłębiony w trakcie wcześniejszego poprawiania dekolt jak zwykle odniosły sukces, bo to on podrywał mnie.

wtorek, 9 czerwca 2015

Dzieci to zmora ludzkości

Kim jestem? Najchętniej określiłabym się jako nauczyciel. Tak, to chyba najlepsza kategoria opisująca moje zajęcie. Nie pozwalam ludziom na życie w błędzie. Zawsze mówię im prawdę, nawet tę najbardziej bolesną. Wszelkie fałsze służą, oczywiście, tylko i wyłącznie celom dydaktycznym. Wcale nie kłamię, ale zdarza się, że trzeba trochę - jak to mówią - "podkoloryzować rzeczywistość". Każdy nauczyciel to robi. Większość po to, aby nie dać się zdemaskować, bo żaden z nich nie przyzna się do tego, że czegoś nie wie. Ukrywają za kolejnymi tarczami swoje braki, a tematów nieskończonych nie opuszczają z niedopowiedzeniami, ale wypełniają luki ciężkim miąższem pozostałym z ich powolnej pracy mózgu, niedostatecznie sprawnej, aby mogli pozwolić sobie na pełen komfort spokoju, który zagwarantowałby na tyle dobrą iluzję, że nie zrodziłaby już ona żadnych kolejnych pytań. Niestety, co sprytniejsi uczniowie bez problemu wyłuskują wszystkie niezgodności z tego gąszczu wyrażeń, zbierają je cierpliwie i dokładnie jak dzieci nad morzem podnoszące muszelki z piasku, a potem czekają na odpowiedni moment, żeby wreszcie pozbyć się śladów zbrodni i przedstawić wszystkim niezbite dowody na to, że dany człowiek nie powinien uczyć, bo nie jest wystarczająco wykwalifikowany. Nieporadność pracowników szkoł od zawsze wprawiała mnie w zdumienie. Nie mogę pojąć, dlaczego nie uczą się na swoich błędach. Ci, którzy mają przekazywać wiedzę, sami nie potrafią dobrze jej przyswoić. Jak można im ufać? Ja im nie wierzę, dlatego wzięłam sprawy w swoje ręce. Nie popełniam tak bezmyślnych błędów.  Nie uczę dzieci.

Mój program nauczania jest dopracowany co do najdrobniejszego szczegółu. Nastawiam go na jak najszerszy odbiór, stąd może się wydawać bardzo ogólny, ale do każdego ze swoich uczniów mam indywidualne podejście. Reprezentuję to, co wszyscy postrzegają jako model idealnej szkoły. Wcale nie tak trudno wprowadzić go w życie. Świadectwo tego dają moje niezliczone sukcesy. Ludzie powinni przestać traktować rzeczy "doskonałe" jako niemożliwe do realizacji. Być może nie powstanie idealny silnik, ale gwarantuję, że społeczeństwo oszukuje nas w tak wielu kwestiach, dlatego że najzwyczajniej nie chce burzyć dotychczasowego porządku. Ci ludzie są zbyt niedoskonali, zbyt leniwi, aby mogli pozwolić na wprowadzenie zmian służących wytworzeniu doskonałego świata. Najbardziej przeszkadza mi ta ślepa wiara tylu ludzi, którzy zgadzają się na codzienne pożeranie tych kłamstw z chlebem na śniadanie, kotletem na obiad, czy jakąś wymyślną sałatką na kolację. To jest główne założenie moich lekcji - muszę otworzyć ludziom oczy, uświadomić ich, wyciągnąć z morza pełnego kłamstw, które sami sobie serwują. Nie pozwalam ludziom być ślepymi.

Zwilżyłam ręce letnią wodą. Dokładnie namydliłam. Pocierałam palce o siebie do chwili, aż wytworzyła się piana. Spłukałam gorącym strumieniem, który sprawił, że moje dłonie nabrały różowego koloru. Sięgnęłam bo kremowy frotowy ręcznik i powoli starłam całą wilgoć. Otworzyłam szafkę nad umywalką i wyciągnęłam z niej białą tubkę. Zamknęłam drzwiczki. Przesunęłam palcami od jej końca po nakrywkę, po czym otworzyłam ją i wycisnęłam zawartość na środek prawej dłoni. Przytrzasnęłam klapkę, opierając tubkę o blat umywalki.
Ponownie uchyliłam drzwiczki szafki. Odłożyłam tubkę i przymknęłam je. Obróciłam się w lewo i oglądnęłam swoje odbicie w dużym lustrze. Na lewym nadgarstku miałam podłużną bliznę. Ślad po nacięciu wykonanym dokładnie dwa lata trzy miesiące i siedemnaście dni temu. Takich dat się nie zapomina. Nigdy tej blizny nie ukrywałam. Wręcz przeciwnie - obnosiłam się z nią z dumą, wiedząc, że jej znaczenie jest znane tylko nielicznym. Pamiętam, że ciężko było mi znieść pierwsze dni kiedy nacięto mi skórę. Musiałam zasłaniać ją bandażem, bo słabo się goiła. Miałam wtedy jakieś problemy z krzepnięciem krwi. Zagryzałam zęby ze złości każdego poranka, kiedy znowu byłam zmuszona do ukrywania mojego znaku. Jednakże higiena jest najważniejsza. Poprawiłam rękawy bluzki, żeby były symetryczne. Ustawiłam kołnierzyk, odchylając jego rogi pod odpowiednim (zawsze tym samym) kątem. Wygładziłam nogawki spodni na udach i wyszłam z rękami w kieszeniach. We wszystkich przejściach w domu miałam automatyczne drzwi, dzięki czemu nie musiałam dotykać żadnych klamek.

wtorek, 26 maja 2015

O tym, o czym łatwiej się pisze, niż mówi

...czyli jak zwykle o wszystkim.

Na początek polecam zapoznanie się z tym - tak dla zaspokojenia ciekawości, a może też dla motywacji. Czasem działa :)


Przez całe swoje życie nauczyłam się wielu rzeczy, ale wśród nich najważniejszą lekcją było to, żeby o niektóre kwestie nie pytać, gdyż mimo zupełnie szczerych intencji mogą zostać źle odebrane.

Drugą z kolei było to, że jednak nie mam szczęścia (chyba że chodzi o jedzenie) i choćbym długo się przygotowywała, najczęściej skończy się to na tym, że dojdę do wniosku, iż w rzeczywistości nie musiałam robić nic, bo efekt i tak byłby ten sam.

Trzecią jest zrozumienie faktu, że planowanie nie idzie mi najlepiej i trzeba wreszcie przejść z tym do porządku dziennego zamiast opierać się najoczywistszej prawdzie mojego życia.

Brzmi jak testament? Ale to jeszcze nie ten czas. Wczoraj wyobrażałam sobie siebie jako spokojną staruszkę, która zna odpowiedzi na wszystkie pytania. Nie stanę się jak Nemo, musiałabym żyć w tych kilku równoległych światach lub mieć lepszą wyobraźnię. To jest kolejny z "niemożliwych-do-realizacji-lecz-wciąż-pożądanych" celów. Zastanawiam się, co mam i co będę miała do przekazania?

Czy tak mówi człowiek zakochany? Tak mówi człowiek ślepy - nieświadomy pułapki, w jaką wpada. Sam nie będzie w stanie się z niej wyzwolić. Może się miotać, wierzyć, że jego kolejne ruchy mają wpływ na rozwój akcji, ale nie wie, gdzie się znajduje. Zamknięto go w bańce, która szczelnie zamyka człowieka na świat zewnętrzny. Poczucie, że ma kontrolę nad tym, kogo do niej wpuszcza, jest mylne i niczym nieuzasadnione. Jest jak wiara w to, że, gdy zamkniemy oczy, po przebudzeniu świat nadal będzie taki sam. To tylko wrażenie.

Zobaczyłam go, jak otworzył bramę. Wyszedł przez nią, rozglądnął się. Wziął głęboki oddech i podciągnął wyżej spodnie, po czym wrócił na tamtą stronę. To był mężczyzna, o którym zawsze myślałam. On nieustannie powracał w moich opowieściach, marzeniach i koszmarach, snach i mijanych kształtach. Nie znałam go, ale czy musiałam? Wiedziałam tylko tyle, że nie mogłam pozwolić mu odejść. Gdyby nie to, że nie dało się nagle zatrzymać i wysiąść, już teraz goniłabym go, żeby nigdzie się nie oddalił. Nie stanęłam, ale byłam pewna, że to nie jest ostatnie spotkanie. Nie pierwszy raz mam przeświadczenie poparte najlepszym dowodem, jakim jest intuicja, że nie mogliśmy dzisiaj porozmawiać. To był człowiek zdający się znać rozwiązania wszystkich moich problemów. Niepozorny robotnik stojący na torach, przypatrujący się pobliskim sosnom nie miał pojęcia, o czym mówię. Wziął cegłę i odłożył ją na stos innych. Popatrzył na mnie z politowaniem i otworzył usta z zamiarem skomentowania, ale po chwili zmienił zdanie. Zacisnął wargi, odwrócił się i tylko machnął mi ręką na pożegnanie.

Wzięłam jedną z ułamanych cegieł i cisnęłam nią z całej siły w ziemię, patrząc jak rozbija się na kolejne kawałki. Przecież miałam być spokojna. Usiadłam na niskim murku, chowając twarz w dłoniach. Czekałam, aż wydarzy się coś, co pozwoli mi zapomnieć o błędach z przeszłości. Nie jestem jedną z tych, co nie mają nic na sumieniu. Udaję, że żyję normalnie, pozdrawiając uśmiechem sąsiadów. Dopiero gdy uciekam, choć bez pośpiechu i strachu, z domu, pozwalam sobie na chwilę wytchnienia i wyjście z roli. Zaczepiam wtedy nieznanych mi ludzi i zadaję pytania o życie. Na początku są zdziwieni, niechętni. Biorą mnie za wariatkę i zaczynają odchodzić, ale wtedy, w odpowiednim momencie, niczym wędkarz zarzucający przynętę, mówię coś, co sprawia, że się zatrzymują. Wszyscy dają się złapać. Po chwili rozmowy nabierają do mnie zaufania i zwierzają się z coraz bardziej poufnych fragmentów ich życia. Wtedy zaczynają mi się pocić ręce i czuję, że to najlepsza chwila, abym ja opowiedziała swoją historię. Robię to zawsze z tym samym, pogodnym wyrazem twarzy. Większość z nich nie wierzy. Część nie pozwala mi dokończyć, zbywając mnie histerycznym śmiechem. Tylko nieliczni w miarę słuchania otwierają szerzej oczy. Unikają kontaktu wzrokowego. Zamierają i pozostają w tej pozycji do czasu, aż skończę mówić. Wtedy dziękuję i odchodzę. Takie reakcje podobają mi się najbardziej.

* * *



Jedna z najlepszych piosenek do filmu (nie licząc soundtracków Quentina Tarantino), jakie słyszałam.
The Chordettes - Mr. Sandman

sobota, 9 maja 2015

Wśród ślepców

Nie obchodzisz mnie. Możesz w swoim milczeniu zawrzeć wiele, ale ja w tej ciszy mam do powiedzenia jeszcze więcej. Tak bardzo lubisz być raniony? Nie będę zakładać opatrunków na samobójcze rany. W żaden sposób nie atakujesz mnie, ani tych, których byś pragnął. Zapętlasz się w tym jednotorowym cyklu, dlatego że naprawdę sądzisz, że nie ma z niego żadnych wyjść. Są. Mogłabym być jednym z nich, ale po co? Po to, żeby unieszczęśliwiać cały świat. Żeby wciąż zastanawiać się, czy patrzysz na mnie, czy widzisz kogoś innego. Jestem wizualizacją wszystkiego tego, o czym nie marzysz. Determinuję zaślepianie możliwości. Nie jestem niczym innym jak przyszłością. Obdzieram ze złudzeń, że nie stanie się już nic gorszego. Jestem tym, czego człowiek może najbardziej się bać. Wołaniem w smutku, paniką w niepokoju, ale też histerycznym śmiechem w radości oraz wysoko uniesionym nosem w dumie.

A gdyby tak otworzyć na chwilę oczy i zobaczyć to, co dzieje się wokół nas? Czy dojrzelibyśmy coś nowego? Czy nasze pole widzenia rozszerzyłoby się? Nie widzę wszystkiego. Widzę tylko to, co chcę zobaczyć. Ma to swoje dobre i złe strony. Dzięki temu mogłam spotkać Ciebie. Nie pamiętam, jak się poznaliśmy. Po latach będziemy wspominać to jako zbieg okoliczności. Lub nie będziemy wspominać wcale. Nasze drogi się rozejdą. Moje stęsknione oczy i Twoje zmarszczone brwi nie będą razem. Wydaje się, że to już ostateczne. Inne oczy i inne brwi połączą się w idealnym splocie oprawy. Teraz możemy być wszystkimi nimi i żadną jednocześnie. Mamy prawo do niedecydowania się. Korzystam z niego w każdym momencie, który miałby sprawić, że coś stanie się wreszcie oczywiste.

Zamknęła się w upokorzeniu. Wyszła do parku, w którym minęła tysiące obcych twarzy i jedną widzianą już kiedyś we śnie. Oczy ich wszystkich były brązowe. Albo może zielone? Wszystkie miały jeden kolor. Najważniejszy w tamtym konkretnym momencie. Szukała swojego odbicia w tych świetlistych twarzach. Straciła rachubę i pogubiła się w liczeniu. Potknęła się o wystającą płytę chodnikową. Dokładnie wtedy minęła ją miłość jej życia, której nie zauważyła. Nie zobaczyła tej twarzy. Nie spojrzeli sobie w oczy. Skąd wiadomo, że to był właśnie on? Nie był. Nie musiał być, po prostu łatwiej założyć, że życie mija nas, gdy jesteśmy nieuważni. Lepiej jest przyjąć porażki, tłumacząc sobie, że to nie była nasza wina. Spotykamy po prostu takich ludzi, nie innych, bo jesteśmy niezdarni. Kim chce być? Swobodnymi ziarenkami piasku na wietrze czy podmywanym klifem?

Wołająca do Nikogo w nie swoim imieniu

środa, 6 maja 2015

Tworzywo słowne

Wolę wierzyć, że jest dobrze. Posłałam tylko jeden fałszywy uśmiech, ale dlatego, że nie mogłam się powstrzymać. Dzisiaj uciekał wzrokiem, jakby sądził, że rzeczywiście potrafię wyczytać wszystko z jego oczu. Jedynie usta mówiły prawdę. Jeden kącik ciut wyżej. Ta asymetria potrafiła go zdradzić, ale on nie był tego świadomy. To dawało mi przewagę, której jednak nie odważyłabym się wykorzystać. Widząc, że ktoś ma gorsze szanse, jestem w stanie dociążyć siebie, aby nasze szale były na jednym poziomie. Nie przepadam za nieuczciwością. Kiedy odchodziłam, chwycił mnie za nadgarstek. Zatrzymałam się i szpicem buta zaczęłam badać strukturę chodnika, skupiając się na jednym szczególnie kształtnym punkcie. Jego dłoń rozluźniła uścisk i delikatnie zsunęła się do wnętrza. Zrobiłam krok naprzód, a on za mną. Tym razem nie został w tyle.

Jako stateczny i statyczny człowiek chociaż na takie szaleństwo mogę sobie pozwolić.

Najprostsze i najbardziej oczywiste rzeczy docierają do mnie z pewnym opóźnieniem. Na domiar złego nie bezpośrednio od źródła, lecz przechodnio - odbite od tylu ścian, które zdołały już osłabić sygnał. Może nawet go wypaczyć. Wystarczyło tak niewiele. Znów znalazłam się na drodze do szczęścia. Ten jeden uśmiech był porażający. Jak bardzo chciałabym, żeby możliwe było, że mój też dla kogoś taki będzie. Kogoś, kogo może nie znam. Pragnę uratować czyjeś życie. Znaleźć się w odpowiednim miejscu i skorzystać ze zrządzenia losu. To nie ja zarządzam swoim, dlatego chcę być dla innych takim przypadkiem.

- Już dawno taka nie byłaś.
- Nigdy taka. Po prostu inaczej mnie zapamiętałeś.
- Cieszę się, że nadal potrafisz zaskakiwać.
- Ty jeszcze nie możesz, bo nadal jesteś dla mnie nieodkrytą zagadką.
- Już zawsze nią będę - powiedział spokojnie i wsunął jasny kwiat w moje włosy.

Ta idylla nie może wiecznie trwać. Nie mam co do tego żadnych złudzeń. Za oknem przeleciał czarny kruk. Deszcz zmywa wszystko z ulic. Zmywa pastelowe farby, którymi ozdabiam swoje życie. Potrzeba nam być stabilnymi, ale za jaką cenę? Czy możemy poświęcić siebie dla tego spokoju? Nie można rezygnować z marzeń. Nawet wtedy, gdy są to marzenia, których się przed samymi sobą wstydzimy. Ty jesteś Ty, ja jestem ja. Razem jesteśmy tym, co tworzymy.  


Blues Brothers - Everybody Needs Somebody


wtorek, 5 maja 2015

W poszukiwaniu błędów

Obudziłam się. Zobaczyłam go. Stał tam, gdzie zawsze był. Ukryty za niewysokim, tymczasowym murkiem. Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy. On w moje, a ja w jego. Wcześniej nie wiedziałam, na co patrzeć. A teraz widzieliśmy się bez rozpraszania się nieistotnymi widokami. Tak, jakby między nami nie stały żadne przeszkody. Jakbyśmy nigdy nie zostali rozdzieleni, lecz trwali w połączeniu, o jakim nigdy nie było mowy. W mojej głowie kłębiło się tyle pytań, że nie wiedziałam, od czego zacząć. I nigdy nie musiałam.

- Jesteś. Taka jak zawsze
- I tak i nie
- Chciałem, żebyś była.
- Dziękuję
- Bardzo wiele mówisz o wieczności

Przysunął się do mnie na ławce i wyciągnął "Się" z torby. Objął nas ciepłym ramieniem. Dotrzymał obietnicy. Jego ciepło nie ograniczało się jedynie do cielesności. Było wyrazem odwzajemnionego oddania. Tylko literatura zna prawdziwych mężczyzn. Wynikiem tego stała się zatem moja tęsknota. Moja droga do obrazu, który wymalowałam. Szukając go, uciekałam przed tym, czego naprawdę potrzebuję. Nasze policzki zatrzymały się w zbliżeniu. Ujęły mnie te chwile napięcia, kiedy jeszcze była szansa odwrotu. Tym razem moje plecy nie były obrazem. Zostały ramą wieńczącą dzieło czasu. Nigdy nie jest za późno na zakochanie.

Śniło mi się, że mnie delikatnie pocałował. A ja szybko jego. Pod wpływem woli serca. Nagle. Nie w wyniku tysiąca prób, nie tysiąca westchnień, ani nawet jednego bicia serca. Jego dłonie były jak papier, na którym mogłam zapisać wszystko. Moje palce jak atrament. Razem mieliśmy stworzyć najpiękniejszy ze wszystkich poematów. Wystarczyło tylko zabrać parę kostek albo roztłuc z pozoru nierozbijalne ściany.

"Patrzyła w okno, a ja patrzyłem na nią, na jej profil i myślałem: sercem nie mógłbym, bo serce miałem kiedyś jedno i mi się potrzaskało straszliwie i doszczętnie, i nie udało się pokleić skorupek tego dzbanka, ani łzami – tym klejem białym, ani krwią – tym klejem czerwonym, i tak nie mam serca, nie mam, więc sercem nie mógłbym, ale mógłbym taką istotę pokochać SIŁĄ WOLI. SIŁĄ WOLI pokochać istotę taką mógłbym. Pierwszą dziewiczą i wielką i wolną miłością wolnej mojej woli. Skąd ona wzięła się, ta dziewczyna, tu, przede mną, prawie na wyciągnięcie ręki, ona, co jest taka, jak gdyby ją stworzyła jakaś niewysłowiona rozdzierająca tęsknota, już nie serca tęsknota, ale czegoś innego, nie wiem czego... Ducha tęsknota. Moja tęsknota"
Edward Stachura, Pokocham ją siłą woli


To wszystko dzięki Tobie. Gdyby nie Ty, to bym tak nie myślała. Dalej żyłabym w przeświadczeniu o tym, że wszyscy pragną idei i wierzyła, że sama będę w stanie czyjąś ideą być. Świat nie składa się z takich ludzi, jakimi oni chcą się stać. Jest tylko szarą masą z paroma ziarenkami piasku, które nie pozwalają jej na bezrefleksyjne pochłonięcie wszystkiego. Ile błędów jeszcze pozostało?

Coldplay - Fix You


piątek, 1 maja 2015

Szepcząc

Skradam oddech. Łączę usta. Słyszę cichy świst. Swoją dłonią sprawdzam szczegóły.
Przymykam oczy, biorąc głębszy wdech. Uspokajam szumy w głowie. Ruszam nagą stopą. Nasze ciała łączą się. Ostatnia chwila przed najważniejszym momentem. Delektuję się nią i przedłużam jak tylko mogę. Sięgam palcami. Już prawie. Białe na czarnym. Czas rozpocząć koncert. Naciągnięte struny wybrzmiewają miękkimi akordami. A ja rozpływam się na granicy rzeczywistości i wyimaginowanego wyższego świata. Staję się marzycielem, który od czasu do czasu jest artystą. W tej wyobraźni powstało już tyle doskonałych dzieł. Odkrywczych kompozycji. Poddaję się temu uczuciu, że jestem kimś najważniejszym.

Rozgarniam łokciami chmury. Płynę pomiędzy nimi.
Okrężną drogą lecę do celu.
Jeszcze nie jestem za wysoko.
Labirynt już daleko za mną.
Nie słyszę nawoływań.
Jest naprawdę cicho.
Jestem obrazem. Rozmywają się we mnie najpiękniejsze barwy błękitów, róży i szarości. Gdyby ktoś domalował jeszcze frezję, uczyniłby mnie kompletną.
Wznoszę się.
Opływowa forma czyni mnie odporną na opady. Reaguję jedynie na zbyt ostre światło. Wtedy usiłuję skryć się za strzępkami chmur. Zachowuję się tchórzliwie. Nie potrzebuję konfrontacji. Zdobywam się na nie tylko w radykalnych przypadkach. Sytuacje z wyjściem, którego drzwi akurat mi się nie spodobają. Bo rażą obrzydliwą klamką lub zniechęcają futryną.

Każda decyzja czyni ze mnie konkretną osobę. Nie rzucam słów na wiatr. Nie robię niczego bez powodu. Niech takim będzie to życie - dążeniem do funkcjonalności odruchów i uczuć. Niczego nie odwołam. Pozostaje mi jedynie poddać się tym wirom i albo znajdę odpowiednią filozofię, albo pozostanę przy tych absurdach, których nie można wytłumaczyć, chociaż wciąż próbuję.

Pewnie nie o to chodzi, żebym w ten sposób żyła. Problem w tym, że dla mnie żaden nie będzie odpowiedni.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Zaufaj tylko warg splotom

Strąciłam szklankę z brzegu stołu. Nie miałam ochoty rzucać nią z całej siły w ścianę. Zadrżała mi ręka i poczułam obcy impuls, który kazał mi położyć ją na kolanie. Z pozoru nic nie znaczący gest pozwolił mi uspokoić myśli. Strużki wody ściekały pod wpływem lekkiego przeciągu. Rozchyliłam usta i zapatrzona w ten obraz westchnęłam. Łodygi otaczających mnie roślin zakręcały się w niesamowite sploty. Ich liście były jakby strażnikami obfitości ukrytej wewnątrz. To ja miałam być tym barbarzyńcą naruszającym ich porządek, ich ustalone zasady, ich prawo do życia. Przyglądałam się temu małemu światu rozwijającemu się mimo wszystko. Po chwili sięgnęłam po nożyczki i zrobiłam użytek z ich ostrzy, odcinając czubki wybranych gałązek. Nie tylko ja poddaję się niszczącemu wpływowi innych.

Z czego wynika ta dziwna choroba? Czy jestem taka przez wyobcowanie czy jestem wyobcowana, dlatego że jestem taka? Mam zaburzony odbiór rzeczywistości. Przesadzam w obie strony, a jednocześnie trzymam się środka. Nie mam pojęcia, kim jestem. Nie wiem, na kogo patrzę w lustrze. Nie poznaję siebie. Nic nie miało być takie samo. Nic poza czasem się nie zmienia i przez to wszystko jest obce. Nie będzie powtórzonego punktu, w którym otoczenie pasowało do wnętrza. Nie będzie powtórzonego głosu, mówiącego to, co pamiętam. Coś będzie.

Tymczasem oddzielam się od granic. Granicami. Nie mam zamiaru nadziewać się na kolejne ostrza, ani natykać na kolejne szlabany. Będę traktować przeszkody tak, jak życie traktuje mnie. Niech wszystko płynie, rozlewa się po podłodze, zatapia kolejne istnienia. Niech tworzy prądy, kontynuuje wiry i podmywa fundamenty. Już więcej nie będę w tym trwać, ani opierać się temu. Nie trzeba nad wszystkim panować, wystarczy od czasu do czasu kontrolować. Uciec się do podstępu i przedostać do uprzywilejowanego miejsca nadzoru. Staję się następcą największych barbarzyńców. Otwieram największe skarbce, nie zabierając nic ze środka. Nie po raz ostatni jestem obrazoburcą. Najbardziej oburza normalność i brak odporności na ból.

W niczym nie pomogę.


Grzegorz Turnau - Naprawdę nie dzieje się nic

czwartek, 23 kwietnia 2015

Sprzeczne napięcie

Nie jestem wybrana.

Nie weszłam do niestworzonego świata, aby ratować uciśnionych.

Nie mam mocy.

Zatrzasnęłam drzwi. Nie pamiętam, gdzie jest klucz. Może się nigdy nie znaleźć. Wydaje mi się, że do niektórych miejsc lepiej nie wracać. Kiedy myślę o tym, co mogło się zdarzyć, gdyby nie przeciąg, który utrudniał płynne przemieszczanie, zastanawiam się, jak podziękować tym dobrym duchom, czuwającym nade mną. Może jednak jestem zaczepiona do mocnej liny i zawsze asekuruje mnie ktoś, kto nie pozwoli spaść w drodze na wierzchołek stromej góry? A może wytaczam kamień i za każdym razem po niego wracam? Zostawiam wszystko, co dobrze szło, tylko po to, żeby wrócić do tego kamienia i zacząć od nowa, ale zawsze z nim.

- Czy mogę pani pomóc?
- Nie, ja tu nie pracuję.

Odpowiedzi na większość pytań po prostu nie istnieją. Te pytania nigdy nie powinny zostać zadane, dlatego są jedną wielką pomyłką. Na pomyłki się nie odpowiada. Udajesz, że nigdy się nie wydarzyły. Nie zaczynasz od nowa, tylko od punktu, w którym skończyłeś, zanim do tego błędu doszło. Nie kręcisz się wokół tego, a kiedy myślisz, co zrobiłeś nie tak, jak powinieneś i jak mógłbyś to naprawić, zatrzymujesz się. Wszystko zwalnia. Widzę Cię. Bez obowiązku odpowiedzialności. Bez ciężaru, który powinien uciskać Twoje barki, skoro jesteś świadomy. Zaprzeczasz zasadom istnienia. Wwiercasz się w moje myśli i zakręcasz swobodne przepływy. Nie płynie w nas nic wspólnego. Odgrodzeni zakończonymi żyłami. Rozgraniczeni przez opuszki palców. Oddzieleni oddechem, który nigdy nie zostanie połączony. Ty jesteś osobno. Ja jestem niewydarzona.

Chciałbym, żeby była inna.

- Dobrze mi się na Ciebie patrzy.

Odpinam tę sztuczną rękę. Odkręcam tę sztuczną nogę. Odklejam tę sztuczną skórę. Odrywam tę sztuczną głowę.
Oddaję to wszystko, co nie należy do mnie.

Oddycham płytko i żyję płytko. Kopię głęboko i utknęłam głęboko. Już nie chcę się wydostać.

"Pragmatysta jest to zwykłe bydlę, z tą różnicą, że teoretyzując swoje bydlęctwo, wmawia to innym jako jedyną filozofię."
Stanisław Ignacy Witkiewicz, Nowe Wyzwolenie

The Beatles - In My Life



Z prawdziwą miłością mojego życia i zamkniętymi oczami.

środa, 15 kwietnia 2015

Galaretka na dłoni

"Jedną z moich literackich rozrywek było prowadzić czytelnika w jakimś kierunku i następnie poplątać mu ścieżki, tak żeby stracił pewność, co zresztą powodowało wiele nieporozumień"
Czesław Miłosz


Miałam marzenie o tym, że wszystko będzie jasne. Wszechświat będzie nasycony wszechogarniającą czystością. Komplikacje będą rozwiązywały się same. Niedopowiedzenia będą wypowiadane na głos w myślach (bo myśleć też można szeptem). Wszystko będzie działo się samo. To nie było dobre marzenie.

Ile razy muszę jeszcze zabłądzić, żeby się odnaleźć? Jak daleko w środek labiryntu wejść, żeby wreszcie zapamiętać drogę ucieczki? Przechodzę wciąż obok tych samych pni. Jestem w czarodziejskim lesie, w którym drzewa się przemieszczają. Nie ma warunków zastanych, nie ma jednoznacznego końca. Przeszkodą nie jest wieloznaczność, lecz raczej ambicja. Przeszkodą nie jest nikt inny, tylko ja sama. Czym jest więc bieg przez płotki? 

Widzę przed oczami idealne dopasowanie. Jakby całe moje szukanie już się zakończyło, a droga dobiegła końca. Wszystko to złudzenie. Mrzonki nie mające racji bytu. Jak odpowiedzieć sobie na pytanie czego chcę? Jak odróżnić pragnienia od potrzeb? Skąd mam wiedzieć, czy to jest spełnienie największych marzeń, realizacja najgłębszych tęsknot i nieograniczone piękno, czy raczej kolejny ślepy zaułek, w którym utknę na długi czas, szukając ukrytej furtki albo ruszającej się cegły? Nie potrafię rozmontować swoich wrażeń. Zbudowałam je z jednolitego tworzywa na niewidocznym fundamencie. Nie mogę ich podkopać. Wydaje się, że są moim wyrokiem do końca życia. Do końca istnienia.

Kazimierz Przerwa-Tetmajer 

[Szukam cię - a gdy cię widzę]

Szukam cię - a gdy cię widzę,
udaję, że cię nie widzę.

Kocham cię - a gdy cię spotkam,
udaję, że cię nie kocham.

Zginę przez ciebie - nim zginę,
krzyknę, że ginę przypadkiem...


Pozostaje tylko wciągnąć przez nos ten żal, wyrzuty i szczęście. Zaszliśmy za daleko, żeby się wycofać. Wbij łyżeczkę w galaretkę.

Dodatkowy Głos Krytyki

wtorek, 7 kwietnia 2015

Fermata

"Człowiek-nikt, człowiek-żyw, nie reaguje na żadną manifestację martwoty. Reaguje na radość, co jest życiem, i reaguje na cierpienie, co też jest życiem i co do nowego życia prowadzi."
Edward Stachura Oto

 O tym o czym pomyślisz

Bawię się w trakcie formowania
Wkłuwam patyk aby zobaczyć
czy wciąż surowe
Odkrawam kawałek po kawałku
Z zamiarem konsumpcji



Co ciągnie mnie do tego najbardziej? Chyba to uczucie pustki. Przeświadczenie, że tutaj nie ma nic, co stanowiłoby swego rodzaju ciężar. Wciąż coś wypycha mnie na powierzchnię. Dryfuję po płaszczyznach powściąganych emocji. Co to znaczy żyć pełnie? W pełni? Pełno niedociągnięć. Niedomówień. Fałszerstw. Siedzę w innym miejscu. Zdzieram z siebie resztki godności. Zapisuję plany. Zmyślam zmyślnie.

Coś we mnie wybucha, ale nie narusza nic w środku. Eksplozja bez żadnych świadków. Nikt nie ma prawa czegokolwiek zauważyć. Nie muszę się z tym kryć i chować. Wystarczy być. Nie otwieram niczyich oczu. Zamykam tylko swoje. Stoję spokojnie. Lekko wzruszam ramionami i zaciskam mocniej zęby. Wtedy kształt szczęki jest bardziej wyraźny. Wtedy szczęka jest jak oskarżenia. Kręcę się w bezruchu. Bezruch mnie kręci.

Podaje rękę. Odrzucam ją, nie dam się wyciągnąć. Odkąd chcę, radzę sobie z tym, co mam. W sposób jaki chcę. Z pewnymi sprawami nie chcę się rozstać. Rosną we mnie na żyznym podłożu, o które dbam szczególnie skutecznie. Czy mogę coś jeszcze powiedzieć? Czy to wciąż ja mówię? Ja słucham. Przyjmuję do siebie wszystko, co mogę.

Specjalnie przedłużam trwanie tej przerwy. Nie mam zamiaru zaczynać nic nowego. Nie postawiłam jeszcze dwóch kresek. Czy pauza jest brakiem dźwięku? To raczej chwila namysłu. Moment największego napięcia, kiedy wszystko, co do tej pory słyszeliśmy, kumuluje się w nas i wybrzmiewa najpiękniejszym dźwiękiem w naszej wyobraźni. Trwa wspaniała symfonia niepowodzeń. Nadchodzi czas, aby zmienić partyturę. A może i cały gatunek?

Coraz częściej nie widzę sensu w tym, co robię. Po co to kontynuować? Po co wystawiać się na tę dziwaczną walkę? Po co podtrzymywać tę atmosferę? Otworzę skrzynię z pamiątkami i schowam się w niej. Zamknę od środka i na zawsze będę żyć tylko ideami.


PS Najbardziej bolesna piosenka, jaką znam, to "Wonderwall". Mój palec wskazujący cierpi.

wtorek, 31 marca 2015

Nie spiesz się

Zawiesiłam się w stanie, który po prostu jest, trwa równolegle do rzeczywistości.

W całym mieszkaniu panowała niczym niezmącona cisza. Siedzieli w skupieniu obok siebie. Patrzyli naprzód, ale ciężko stwierdzić, czy w jednym kierunku. Ich oczy nie wyrażały nic szczególnego. Między nimi leżała haftowana poduszka w rdzawym kolorze. Na stoliku stał kubek, a w nim parę dzwonków polnych. W pobliżu spod książki "Mistrz i Małgorzata" wyłaniała się wykrochmalona serweta. Dziewczyna przykryła się kocem, na którym widniał wizerunek tygrysa. Wyglądał tak, jakby zaraz miał się zerwać do ataku i rozszarpać ją na kawałki. Skuliła się, nie spuszczając wzroku z tego obiektu w oddali. Jednak część jej myśli pozostała przy tym, co działo się teraz. To była walka o przetrwanie, pojedynek sił. Drzwi były zamknięte od środka, choć pod progiem ukryty był zapasowy klucz. Od dłuższego czasu nie ruszali się z miejsca. Tak, jakby przegrywał ten, kto wykona pierwszy krok. Jakby zetknięcie czubka buta z podłogą oznaczało przyznanie się do zła, które wdarło się między nich niezauważone. W każdej przerwie między panelami na podłodze panoszyło się rozczarowanie, które chłonęli przy przechodzeniu z jednego końca na drugi.

- Wiesz, co chcę ci powiedzieć?
- Nie wiem, nigdy nie wiem.
- Właśnie.
- Co właśnie?
- Nie rozumiesz?
- Tak. Trochę. Odrobinę. Nie.
- To jest powód.
- Jaki?
- Że go nie ma. Nie mogło być i nigdy nie będzie.

Kiedyś nie potrzebowali okazji do tego, żeby spakować torby i odejść. Wtedy szli razem. Pewnego dnia szczęścia ścigali się podczas wspinaczki na drzewa. Nie pamiętają, kto wygrał. Choć to on w zwykłych czynnościach znacznie przewyższał ją szybkością, ona była dużo bardziej zwinna. Z czubka sosny doskonale widać było całą okolicę. Zobaczyli jaskinię, a jej wejście wydawało im się łatwo dostępne. Zbyt bardzo nęciła ich wizja odkrywania tej głębi, aby mieli zrezygnować z takiej wycieczki. Ostrożnie zeszli do poziomu podłoża i bez uzgadniania udali się w tym samym kierunku. U podnóża skalnego wzgórza zdecydowali, że wchodzą do środka. Był to pierwszy z nieodwracalnych kroków, które zdecydowali się podjąć. Nic po tym nie było już takie jak dawniej, a, choć w normalnych warunkach też nie miało szans bytu, przywrócenie pierwotnego stanu nie mogło być nigdy więcej możliwe. Zbliżając się do środka, oddalali się od siebie. Mimo że wybierali te same ścieżki, każde z nich szło jakoś inaczej.

Zostań. Nie idź tam. Tędy.

Nie padło żadne z podobnych, troskliwych słów. Nie szli w milczeniu, ale nić porozumienia powoli rozciągała się, a każdy następny ruch sprawiał, że była coraz bliżej pęknięcia. 
- Lubię przygody. Szkoda, że nie przytrafiają się nam częściej.
- A ja nie. Przygody są dla głupich, którzy potrzebują słów, które uczynią ich życie ciekawszym w opowieściach, gdyż nie mają bardziej wartościowych treści do przekazania.
- Przygody same w sobie są wartością. Jak można się z tym nie zgadzać?
- Przygody są kategorią, do której wkłada się wartości i stek bzdur, aby wypełnić wolną przestrzeń. Są jak szuflady z herbatą, która potrzebuje przegródek, aby jej liście się nie wymieszały. Prawdziwą treść stanowi tylko garstka liści, których potem użyjemy.
- Przygody są tą szufladą, do której możesz włożyć wszystko. Są mieszanką wszystkiego, co możliwe. Wymieszane liście mogą stworzyć nowy, unikalny smak. Coś, czego już nie powtórzysz.
- I lepiej nie powtarzać...
- Po co się ograniczasz?

Kiedy wyszli, żadne z nich nie patrzyło na świat w ten sam sposób. Zgubili siebie albo może zostawili te atrapy, za którymi ukrywali się przez całe życie. Nie zmienili się nic a nic.


Żadna ścieżka nie jest ostateczna. Żadna ścieżka nie musi być ostateczna.

Mumford & Sons - Sigh No More



środa, 11 marca 2015

Reżim temperaturowy

 "Człowiek nie może żyć, nie wiedząc, czemu żyje"
Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat. Zapiski sowieckie

Może to ja jestem błędna? Człowiek wędrujący w głąb siebie im dalej jest od swoich bliskich, tym bardziej jest zależny od siebie. Wszystko za życie. Drąży, odkrywa, bada, sprawdza swoje granice. Przekracza wszystkie normy, które tylko są do przekroczenia. Nie można zostawić nic w stanie bezustannym. Bezustannie starać się. Skąd wiedzieć, czy warto dalej grać? Jak zrozumieć podstawowe połączenia między strunami emocji? Jak brzmi dominanta bólu istnienia? Czy nie przypomina bardziej trytonu porażki? Kupię odpowiednią płytę, ale nie będzie platynowa. Rozpuszczę zestalone układy. Ustalone zakłady.

Czy literatura nie powinna koić rozszarpanych serc?

Po co narażać się na komplikacje, kiedy każdy dzień można spędzić z innym człowiekiem? W gruncie rzeczy nie trzeba poprawiać relacji z nikim, skoro można po prostu już nigdy się do niego nie odezwać i w dalszym ciągu nie narzekać na brak towarzystwa. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że nikt nie zdążyłby nas w ciągu tego jednego dnia znienawidzić, co w każdym momencie można odnotować jako osobisty sukces. Zastanawiam się, czy kiedyś kogoś w ten sposób zraniłam. Nie tak trudno wbić niezaostrzony ołówek w serce. Słowa mają wielkie znaczenie. Najgorsze są te niewypowiedziane, o których i tak wiesz, że, gdyby nie normy społeczne, gdyby nie strach, gdyby nie iluzja taktu i wychowania, gdyby nie mijani ludzie czy gdyby nie spojrzenie osoby, która już za chwilę zostałaby przez nie śmiertelnie ugodzona, zostałyby dokładnie wyartykułowane. Zapisane na czole. Z wbitym ołówkiem.

- Musimy jeszcze coś dopisać.
- Nieważne, ważne było.
- Chciałabyś stać się?
- Stać? Ciągle stoję.
- Stać się wzorem.
- Już jestem kratkowanym labiryntem.
- Czy jest z tego jakieś wyjście?
- Znowu chcesz uciekać?
- Już dawno to zrobiłem, tylko nadal tego nie zauważyłaś.
- "Chciałbym się jeszcze powłóczyć z Tobą..."
- Wciąż nie widzisz, że już jestem daleko.
- Dlaczego tu jesteś?
- Bo nie mógłbym nie być.

Dlaczego to robisz? Bo go nie ma? Wróci. Dla Ciebie zawsze wracają.

Lustro nie przedstawiało zupełnie nic. Jego kolor był tak niezupełny, jakby nikt przed nim nie stał. Może to właśnie był nikt? Ktoś, kto nie ma znaczenia. Ktoś, kto nie jest nawet kimś. Ktoś, kogo w ogóle już nie ma. Rozpłynął się we własnym spojrzeniu, nie czując już, że kiedyś miał oczy. Nie przejęty, nie przyjęty, nie zazdrosny, tylko nienawistny. Rozwarstwiony, lecz czekający na gwałtowne zdarcie kolejnego płaszcza. Zaczerwieniona twarz nie robiła na nim najmniejszego wrażenia. Owinięty w swoje koszmary, zbliżał się do lustra, żeby się z nim zlać. Chciał sprawdzić, czy obraz jest tam naprawdę, czy jego odbicie żyje własnym życiem.

"Mieszkam w wysokiej wieży otoczonej fosą."

To nie on od zawsze był dla Ciebie niewygodny, tylko ja.
Rozsiądźmy się wygodnie i sprawdźmy, co teraz się stanie.
Pokaz będzie trwać, nawet gdy zabraknie aktorów.
Zawsze znajdzie się jakiś amator żądny poklasku.
Nie jestem tak ważna, żeby to miało jakiekolwiek znaczenie.
Nie należy mówić o pewnych rzeczach.
Tyle ukrywamy, że ciężko przyznać się do szczerości.
Ja Cię wołam, a Ty uciekasz.
Spieszę się do miejsca, w którym nikt mnie nie chce.


- Jak odstraszać ludzi?
- Przepraszam, powieszę się.

. . .