sobota, 28 lutego 2015

Nieme kino

Obudziła się kolejny raz tej nocy. Nikogo przy niej nie było. Mimo to, wstała i rozglądnęła się po całym pokoju. Poruszała się po omacku, nie chcąc, aby światło ją oślepiło. Na szafce leżała pusta biała kartka. Odwróciła ją, żeby przypomnieć sobie, skąd się wzięła. Lepiej byłoby nie pamiętać.

- Słyszałam, że kochasz.
- Kocham? Czym jest miłość?
- A jednak tęsknisz.
- Skoro mam już dość łez, jedyne co mi pozostaje to śmiech.

Uśmiechnął się na myśl o swoim dziele. Ostatni artysta na tym ponurym świecie. Kopiuje innych, ale nawet to mu nie wychodzi i czyni swoje prace jedynymi w swoim rodzaju. Słonecznik. Pestki leżały rozrzucone po całej podłodze, a on nie miał zamiaru nic z nimi robić. Chciał, żeby zajęły się sobą same. Ptaki chciwie zaglądały przez szybę, czekając na chwilę nieuwagi i kolorami piór zachęcały do nieroztropności. On udawał, że żyje w innym świecie, że ich nie potrzebuje.

- Myślałam, że jesteś specjalistą.
- Ja po prostu na złe kobiety trafiam.

Pewnego dnia wpuścił jednego z nich. Chciał go oswoić i mieć za swojego towarzysza. Ptak ukradkiem zbierał wszystkie pestki i wyrzucał przez uchylone okno. Nie uciekał, poświęcał się dla sprawy. Ostatni artysta zwątpił w swoją funkcję. Kopiowanie stało się niemożliwe. Coraz częściej kładł się na dywanie i przyłapywał na tym, że już wcale nie dotyka płócien. Stos notatek malał z dnia na dzień. Jego towarzysz skończył swoją misję i uciekł. On został sam. Coraz rzadziej mrugał. Po co odświeżać coś, co nie poddaje się odświeżeniu?

Wróciła do swoich wieczornych nawyków. Znowu piła miętę, a nocą zastanawiała się, co za dnia trzeba było zrobić lepiej. Dawało jej to ulgę i poczucie pewności, że jednak wciąż może próbować. Przestała snuć się przez zamęty sprzeczności. Nie była już duchem, żyjącym kolejnymi naglącymi sprawami. Nadała sobie tempo, któremu mogła sprostać i korzystała z tego, że nikt nie stoi nad nią z latarką, której odbite od lustra światło kłuje w oczy. Przez nieuwagę strąciła pudełko zapałek z półki. Powoli schyliła się i dotknęła czubkami palców podłogi. Chwyciła jedną z rozsypanych i potarła nią o bok pudełka. Odpaliła od niej świeczkę i przyglądnęła się karteczce. Zapomniała, jak bardzo lubił to robić. Niewidzialny atrament. Zagadki.

"Już mnie nie ma."

- Czy kiedykolwiek byłeś? 

Nie krzyczy. Przybita deskami, które odwracają jej świat do góry nogami. Nieme kino. Nie potrzebuje głosu, żeby wyolbrzymiać to, co się dzieje. Nie wystarczy ruch brwi. Kwiaty w wazonie zwiędły i już nie ma, nad czym rozmyślać. Kłóci się ze sobą, ale tylko na pokaz. Ten spektakl przemija wraz z nią, a ludzie zapomną jej kiepską grę. Skacze do góry z nadzieją, że wzleci jak Ikar, ale po chwili znów spada. Nie zmarnowałaby swojej szansy dla ciepła. Nie wzniosłaby się ku światłu. Wystarczy stan pośredni. Pomiędzy nienawiścią a żarliwym uczuciem jest ta obojętność, która pozwala jej na przerwę.

- Jak długo wytrzymasz z brakiem drugiej osoby?
- A jeśli nie będzie mi jej brakować?

Nie muszę zamykać oczu, żeby Cię nie widzieć.

Band of Horses - The Funeral



wtorek, 24 lutego 2015

Tęsknoty, tkliwości, żale

A jednak wszystko, o co ludzie tak bardzo dbają, stało się dlań już obojętne - poznał nicość wszystkiego.
Antoine de Saint-Exupéry, Nocny Lot


Nie czuła się niczym więcej. Wciąż nie opuszczało jej wrażenie nieautentyczności. Jak czuć się prawdziwym? Dlaczego jej tak na tym zależało? Rama obrazu wydawała się być zakurzona, ale efekt ten w odpowiednim świetle wywoływała tylko faktura tworzywa, z którego ją wyrobiono. Właściciel pieczołowicie doglądał swoich skarbów, aby przypadkiem nie stała się im żadna krzywda. Owe przedmioty nie miały dużej wartości materialnej, choć były nieporównanie piękniejsze od wielu dzieł, które, można powiedzieć, osiągnęły komercyjny sukces. Obserwowała go, jak przykrywał płótnem swój najnowszy nabytek, którego premiera zaplanowała była na wieczór. Trzeba wiedzieć, że każdy jego "eksponat", jak je nazywał, był oficjalnie prezentowany na przyjęciu wydawanym specjalnie na jego cześć. Zapatrzyła się na żółte róże stojące w przezroczystym wazonie.

- Czemu pytasz o to zawsze teraz? 
- A kiedy indziej można?
- Nie.
- Co mam zrobić?
- Nie pytać, nigdy teraz.

Oboje byli zaskoczeni swoją rozmową. Brwi gospodarza uniosły się lekko i, choć dla postronnego mogłyby wyrażać tylko gniew, były świadectwem niepewności i lęku. Jak to jest, że to inni decydują o tym, co czuje? Po pewnym czasie zaczyna mieć dość nieskutecznej walki z oczekiwaniami, a zaczyna podążać wraz z ich wartkim nurtem. Nie oczekuje aprobaty. Od świata zawsze wymagał tylko spokoju... i piękna. Brwi wróciły wreszcie do naturalnej pozycji. Ona uśmiechnęła się do swoich myśli. 

- Więc tak to wygląda... - pomyślała, a jej twarz przybrała wyraz zadumy. Nie było to jednak zwyczajne zamyślenie. Wszystko wyglądało, jakby wciąż grała i nigdy nie opuszczała desek teatru. Ale czy świat w rzeczywistości, zgodnie ze stwierdzeniem Shakespeare'a, nie był teatrem? Skłonna zgodzić się z tym, bez względu na jej aktualną opinię, ona świetnie odnajdywała się w roli marionetki i tylko czekała aż ktoś zacznie sprawować kontrolę nad jej krzyżakiem, a w usta włoży słowa, których nigdy by się po sobie nie spodziewała. 

- Mówienie o winie nie wydaje mi się adekwatnym zajęciem.
- Winie? Nikt nie jest winny. 
- Czy tak trudno mówić coś dobrego?
- Nie było złego! To nie w mojej naturze.
- Czyżby? 
- Nie słuchasz.
- Czy ich śmiechy zostały przerwane? Wystarczyło parę zdań.

Oboje poczuli się urażeni. Łatwo wejść w rolę oprawcy, ale co jeśli mamy do czynienia z dwiema ofiarami? Tak sobie obcy, ale jednocześnie zawsze "oboje", wspólnie odczuwający niesprawiedliwość, którą sami sobie zadają. Atakują nieskłonni do ugody, ale to od zawsze obrona własna. Nikt nie zaczął pierwszy. Nikomu nie będzie dane tego przerwać. Tylko trzy wiedźmy naostrzą swoje nożyce. Zapomnieli, że już w to nie wierzą.

- Nie chcę.
- Czego znowu nie chcesz?
- Nie chcę tego wszystkiego.
- Nic?
- Nie chcę budzić się z poczuciem, że to nie była  t a  droga.
- Nie czujesz szczęścia?
- Nigdy go nie było.
- Czy to aluzja?
- Mówię otwarcie.
- Tak sądzisz? Po co nam kolejna kłótnia?
- Nigdy żadnej nie było.
- Może i prawda. To nie jest normalne. Łatwiej przyjąć, że wszystko już się kiedyś wydarzyło, że mamy doświadczenie. Nie tego chcesz? Nie chcesz wspólnie doświadczać?
- Po co? Nie chcę.
- Czego właściwie chcesz?
- Nie...
- Czego pragniesz? Nie rób uników.
- Unikać? Tak robią tchórze!
- Sądzisz, że nim nie jesteś?
- Nie wiem. Chcę w to wierzyć. Wierzę w to, więc nie jestem.
- Czy właśnie wiara nie świadczy na twoją niekorzyść?
- Nie mów nic o tym. To nie była moja decyzja.
- A czyja?
- Nie moja. To zdarzyło się samo. Nie mam doświadczenia...
- Ale teraz już chcesz je mieć?
- Nie, nadal nie.
- Nie rozumiem.

Oboje poczuli chęć opuszczenia tego przyciasnego, duszącego pomieszczenia. Wciąż tylko nie mogli dojść do wewnętrznego porozumienia, czy aby na pewno razem czy koniecznie osobno. Czy to ma wpływ, na to co później się wydarzy? Ściany na zmianę - rozszerzały się i kurczyły. Wszystko wirowało, ale to tylko świat. Parę oddechów w jednym momencie. Parę mrugnięć oczyma. Parę wysuszonych łez, które nigdy nie miały okazji spłynąć. Parę samolotów, które wyruszają w nieznane, gdyż nie dana jest im pewność, że dotrą do celu. Nikt może tam nigdy nie dotrzeć. Bez zaprzeczenia. Otwarcie okna na nic się nie zda. I tak pozostanie tylko wspomnienie tego obłędu. Szaleństwo nie jest niczym trwałym. Spłynie po wszystkich i znowu trafi do tej rzeki. Po co więc się opierać, jeśli można wejść tam z własnej woli? Czy to realne, że mogą już nigdy więcej nie zobaczyć tego układu rzęs, wykrzywionego kącika ust, pary na szybie, przy której postawiono czajnik, wygiętej poduszki na fotelu, światła odbitego od klosza lampy? 

- Co teraz?
- Co później? 
- Nic ważnego
- Nic ważniejszego.
- Wiesz, że to nie moja wina? 
- Słychać w twoim głosie. Mówisz inaczej, ale to nie jest żaden przytyk.
- Nie musisz mi wierzyć.
- Nie muszę. Czy muszę próbować?
- Ja ci nie powiem.
- Kto tak?
- Wiem, o co chodzi. Tak wyszło. Kłamstwo to ochrona.
- Nie chcę ochrony. Nie proszę się o nią.
- Teraz mogę...
- Za późno. Uderzenie będzie tylko kolejną falą morza niedopowiedzeń.
- Nie wiesz, o czym mówisz.
- Nie wiem. Ty też nie wiesz.

piątek, 13 lutego 2015

Hołd dla ukochanej

Już dłużej nie wiem, czy smucę się nieszczęściem czy własnym smutkiem?

Zapamiętam Cię jako tę wrażliwą kobietę opowiadającą o swoim trudnym dzieciństwie, rodzinie, pamiętającą mnóstwo historii, czego zawsze Ci zazdrościłam, a co inspirowało mnie do utrwalenia ich. Wiedziałaś więcej o korzeniach drzewa genealogicznego dziadka niż on sam. Najlepiej rozmawiało się w kuchni - to było Twoje naturalne środowisko, a poza nim lub gdy ktoś ograniczał tę przestrzeń, stawałaś się już zupełnie inną osobą. Podczas lepienia pierogów (ale, jak już pewnie kiedyś wspominałam, ja tylko nakładałam nadzienie, a to do babci należała ta główna czynność) wiele razy miałam okazję usłyszeć barwne historie o wujkach, ciociach, kuzynostwie. O tym, że jeden miał głos jak dzwon i zawsze w kościele było słychać jego piękne wykonania pieśni. O łąkach i paszeniu krów. Wyobrażam sobie Ciebie, babciu, jako sześciolatkę przemierzającą polną drogę z otaczającymi Cię gęsiami. Chciałam nagrać te wszystkie opowieści. Zrobić rodzinną "księgę pamięci". Zdaje się, że lubiłaś "Nad Niemnem", a może to byli "Chłopi"? W każdym razie zawsze wzbudzały w Tobie zachwyt wszelkie opisy natury.

Mówiłaś mi kiedyś, że mogłaś zostać biologiem - interesowały Cię wszelkie żywe stworzenia. Już w dzieciństwie uwielbiałaś obserwować zwierzęta. Później objawiało się to przez trzymanie różnych żyjątek (bo nie zawsze były takie typowe jak psy czy koty). Był pies o imieniu Żaba. Pamiętam, że babcia też dokarmiała koty. Zostawiała im resztki z rosołu. Troszczyłaś się nawet o pająki, co kiedyś wydawało mi się dziwne, ale od jakiegoś czasu rozumiem, jakie miało to znaczenie. Wydaje mi się, że słyszałam też jakoby jakiś jeż miał sobie przez chwilę mieszkać z Wami w mieszkaniu. Byłaś zdeterminowana i chciałaś, żeby wszystkim było dobrze.

Uczyłaś rosyjskiego, kiedyś pracowałaś w Rabce, w szkole przy sanatorium, tam miałaś styczność z różnymi dziećmi, o których później dużo słyszałaś. Ostatnio udało mi się nawet usłyszeć pewne historie z nimi związane. Na pewno byłaś wymagająca, ale wielu z Twoich byłych podopiecznych zaglądało do Ciebie. Pamiętam, jak poprosiłam Cię, żebyś nauczyła mnie czegoś po rosyjsku. Eto gom, eto mak. Chodziłam wtedy jeszcze do podstawówki. Babciu, nauczyłaś mnie szydełkowania. Nie wiem, czy jeszcze pamiętam, jak się to robiło. Lubiłaś haftować i wyszywać serwety. Wprowadzałaś różne nowe wzory i mieszałaś te dostępne w gazetach. Wiem, jaką radość Ci to sprawiało, jaki błysk pojawiał się w Twoich oczach.

Opowiedziałaś mi kiedyś, jak to się stało, że wyszłaś za dziadka. Było o listach, o tym, że Twój kuzyn pojechał ze swoim kolegą Cię odwiedzić. Mieszkaliście w jednej wsi, a nie poznaliście się do tamtego momentu.

Na prawie każdym rodzinnym spotkaniu słyszałam historyjkę o tym, że kiedyś zostawaliśmy u Was na wieczór (lub na noc), a ja chyba usłyszałam, jak tata mówił, żeby nas babcia nakarmiła. Gdy nadszedł czas kolacji - piękne kanapeczki, kolorowe, pokrojone, starannie przygotowane - ja nie chciałam jeść. Wołałam tylko: "Tata powiedział, że masz nas nakarmić!". Nie wiem, czy udało się mnie w końcu przekonać, że to nie było dosłowne, ale podobno byłam bardzo zawzięta. Te noclegi u dziadków były wspaniałe. Tyle się działo! Babcia zostawiała nam wolną rękę, ale cały czas z nami była i pomagała, gdy tylko czegoś potrzebowaliśmy. Jak byliśmy młodsi, chodziła z nami na "działki". Niewiele pamiętam, ale w wyobraźni zachowała mi się ławka, kolorowe kwiaty i rozłożyste, choć niskie drzewa. Tam też zdarzały się koty. Szło się tam spod bloków wąską dróżką, mijając garaż, kapliczkę i uchylając się przed praniem rozwieszonym na drutach zawiązanych na drzewach. Często wołaliśmy do babci z podwórka, na którym grywaliśmy w "Państwa-miasta" (wersja z rysowaniem koła i rzucaniem patyka). Ona patrzyła na nas z okna kuchni.

Wydaje mi się, że była typem osoby najlepiej czującej się w domu, chociaż nie wątpię, że chętnie dałaby się porwać na jakąś większą podróż. Lubiła czytać książki. Moje ostatnie wspomnienie to ona na bujanym fotelu, który dostała na imieniny, z krzyżówką w rękach. Język, jakim mówiła, był zawsze przemyślany, ale płynny. Jakby była urodzoną pisarką. Wcześnie straciła swoją matkę, nie miała najlepszych relacji z macochą, jako dziewczynka miała dużo obowiązków. Słuchając tego, szukałam jakiegoś sposobu, aby ukoić ten ból, ponieważ wszelkie emocje zdawały się być tak nasycone, jakby były przeżywane za każdym razem na nowo. Mieszkała w internacie, w budynku, który chyba już nie istnieje.

Zadzwoniła do mnie przed studniówką. Wiedziałam, że to pożegnanie. Uśmiecham się, gdy przypominam sobie jej słowa: "Uważaj, żebyś nie zrobiła czegoś głupiego. Czasem niewiele wystarczy". Tyle było w nich troski i uczucia. Ja tylko uspokoiłam ją tłumacząc, że jestem odpowiedzialna i że postaram się pokazać jej zdjęcia ze studniówki tak szybko, jak tylko jakieś będę miała. Wciąż słyszę jej głos i widzę delikatny uśmiech stworzony przez zaciśnięte wargi. Nigdy nie miałam takiej nadziei jak teraz.

Niech w Niebie mają Twoich pierogów z jagodami i krokietów pod dostatkiem.
Abyś choć teraz mogła odczuć ulgę.

Kiedyś rozmawiałyśmy o tej piosence.
Znów wędrujemy




Twoja wnuczka, Kasia

poniedziałek, 9 lutego 2015

Będzie lepiej?

Przygryzam wargę, wcale nie mając nic na myśli. Nie tracę gruntu pod stopami. Nie rozpadam się na milion kawałków. Wcale nie wyśmiewam żadnych tekścideł. I nie szukam krawata.

Pozwalam moim stopom na chwilę odpoczynku za unoszenie mnie przez parę godzin. Odrobinę ubolewam nad faktem, iż moja podwiązka o zacnej nazwie "Odessa o zmierzchu" nie miała zastosowania tamtej nocy. Dzisiaj nie będzie metafor. Stare chińskie przysłowie mówi: "nie ma miłości, jest matematyka". A może to był Yoda?

Czy mam jakieś brutalne cytaty w zanadrzu? Wyciągnę tego asa z przykrótkiego rękawa. Gdybym kiedyś pisała otwarcie o wszystkim, co mnie drażni, nikt nie chciałby tego czytać. Gdybym miała pisać teraz, nie byłoby o czym. Kolejny zachęcający cytat z książki, której wciąż nie mam czasu skończyć:

"Szczególne obrzydzenie sprawiało Zenonowi, gdy machinalnie przebiegając oczami kronikę miejscowych wypadków w tym niby to własnym piśmie, oglądał dramaty małego miasta, kradzieże, bijatyki i samobójstwa, podane w sposobie żartobliwym. Tytuły opowiadanek, nieoczekiwane zakończenia - to robił mały, chudy chłopak, Chąśba Marian, piszący poza tym zjadliwe wiersze i protegowany tutaj przez Elżbietę jeszcze za redakcji Czechlińskiego. Wykonywał te dowcipy za grosze - głodny, gorzki, ironiczny, zawsze coś cichaczem knujący - sam jakby na to przeznaczony, by kiedyś żartobliwie wyskoczyć przez okno albo powiesić się w ustępie."
Zofia Nałkowska, Granica

Wczoraj zastanawiałam się, gdzie mogę znaleźć odpowiedź, a dzisiaj mam wrażenie jakby to wszystko przeszło. Znajduję się w brodziku, robię malutki kroczek i już się z niego wydobywam. A mówią, że można utonąć w szklance wody. Lepiej być obrazoburcą? Może pogram chwilę.
Co wrażliwszym polecam przerwanie czytania w tym momencie i kontynuację od zielonego tekstu.

"- Wstawaj. Chłopcy dzwonili, że w nocy przywieźli jakąś młodą samobójczynię.

Przypomniałem sobie gadki o rypaniu i pognałem za dziadkiem. Przypuszczalnie ustanowiłem rekord świata w biegu o kulach.

Łapiduchy tasują karty, zerkając znacząco na wymoczka. Ten po pierwszym rozdaniu, które rozegraliśmy nawet nie wiem jak, wyjął z szafki miotłę i burknął coś pod nosem, co miało znaczyć "idę pozamiatać". Faceci zaciągnęli mnie na pierwsze piętro z wielkimi, zamalowanymi na biało oknami, każde z wydrapaną dziurką, przez którą widać było salę. Chudzielec zsunął jedno prześcieradło. Na kamiennym postumencie leżała piękna naga dziewczyna. Pociągnął ją tak, żeby jej nogi zwisały, po czym z wysiłkiem rozłożył je i opuścił spodnie."
Jan Pelc, ...będzie gorzej

To by było na tyle z oburzeń, sprzeciwów. Przeszłam obok. Tym razem ja. Obecna jak nigdy wcześniej. Sens jest nie tu, tylko tam. Wiem, że i tak każdy przeczytał tego Pelca. Nie jestem jakoś niepokojąco zdrowsza? Im bardziej pokręcony umysł, tym prostsze ciało? Ha, nie ma mowy, żeby to tak działało. Zbyt wiele kontrprzykładów ostentacyjnie podkreśla swoje istnienie. Nie muszę się oglądać, żeby patrzyły na mnie. To już nie jest żadna ogłuszająca odmiana schizofrenii. Dzisiaj dzień mniej dopracowanego języka. Funkcja magiczna i performatywna. Wzmacniam kości i nie chowam kciuka w pięści. 

Pora skończyć tę walkę. Szybki nokaut z mojej strony, nie w moją stronę. Rozluźnienie zachowania niesie za sobą rozluźnienie języka. Niektórzy powinni jednak czasem trzymać swój na uwięzi. 

Po niesamowitej zabawie. Z nadzieją na śmieszne zdjęcie (o ile retusz bywa śmieszny). Gdyby wszystko działo się od razu...

Nie, nie ma potrzeby przyspieszania czasu. Gdzie się spieszyć? Po co wywoływać przyszłość? Jesteśmy tu i teraz, więc potraktujmy jako błogosławieństwo chwile, które właśnie przeżywamy. Nie chcę już nic popędzać. Nie uciekam przed diabłem tasmańskim.


Kartie

czwartek, 5 lutego 2015

Filozofia strusia

Kim lepiej być - ofiarą czy składającym ofiary?

A jeśli składam ofiarę z siebie? Zakopuję po kawałku, grzebię w piasku i wyuczam u siebie odruchy strusi? Byle nie beton. Na szczęście nic nie jest utwardzone. Panta rhei.

"Mężczyźni! Jakiś niższy gatunek ludzki, rodzaj zwierząt, które należy opanowywać, ujarzmiać, tresować, które trzeba umieć trzymać. Poświęca się temu całe życie, całą inteligencję uczucia, całą przemyślność instynktu, stwarza się nową dyscyplinę psychologiczną, pełną wskazań, norm i paragrafów - na próżno.

Czy na przykład mówi kto kiedy, że jakiś mężczyzna <<umie postępować z żoną>>? Nie. Bo kobieta jest kimś, z kim można się dogadać, na kogo można liczyć, komu można zaufać.

Ale mówi się powszechnie: <<ona umie postępować z mężem>>. Albo: <<ona nie umie postępować z mężem>>. (...) Cóż to znaczy? To znaczy, że to są jakieś istoty, z którymi nie ma zwykłego stosunku człowieka do człowieka, istoty wrogie, nieobliczalne, pełne dzikich instynktów, tajemnicze i kłamliwe. Trzeba je za wszelką cenę odgadnąć, trzeba się przeciw nim zbroić, życie z nimi wciąż grozi niebezpieczeństwem i zgubą. Nic nie jest niewątpliwe, nic nie jest pewne - a za to możliwe jest wszystko."

Zofia Nałkowska, Granica


Nie zgadzam się z tym, co kiedyś napisałam. Kiedyś nie zgodzę się z tym, co teraz piszę. Pocieram zmarznięte palce. Wykręcam dłonie do momentu, aż usłyszę charakterystyczny trzask. Prostuję plecy i chwytam tego wściekłego byka za rogi. Nie wyrwie mi się. Jestem opanowana, a swój spokój przeleję na każdego, kto udostępni mi swoje naczynie. Koniec z wkręcaniem się jak śruba w podłoże. Zbuduję sobie cokół tylko po to, żeby z niego zejść. Na co komu taka śruba?

Otworzę oczy. Sobie. Innemu. Innej. Wszystkim.
Zamknę usta. Otworzę je, kiedy przyjdzie ten odpowiedni. Moment.

Decyzje są łatwe do podjęcia. Nie odkładam ich na ostatnią chwilę.

Taka zima robi na mnie dobre wrażenie. Kiedy nie ślizgam się po powierzchni pustych słów, nie zatonę, jeśli lód się ukruszy. Nie muszę się czołgać, aby dotrzeć do sedna. Nie uklepię sobie stopą drogi. Śnieg topnieje i wraca. Podoba mi się odcień czerwieni, jaki przybierają nosy. Chłonę każdą iskierkę światła odbitego od płatków śniegu. Dawno nie widziałam idealnego kształtu. Od przedszkola nie myślałam o tym, żeby znaleźć płatek i się mu przyglądnąć. Najbrzydsze miejsca teraz wydają się być przeniesione z uroczej bajki o wróżkach i obsypane śnieżnym brokatem zachęcają do zbliżenia się. Iluzja za iluzją buduje ten niesamowity klimat. Przygryzione wargi nasycają się tą czerwienią, która od razu przywołuje wspomnienie Królewny Śnieżki i jej hebanowych włosów, i tego jabłka. Nie kojarzy się z krwią cieknącą z ukłutego wrzecionem palca. Ten mróz zamraża niepotrzebne emocje, dopiero ogień rozpala kryjące się w nas żądze. Wychodzi na powierzchnię jak mrówki wypełzające ze swojej bazy. Współpracują ze sobą - jedna oddziałuje na drugą.

Bawią mnie zaróżowione uszy. Nie mają w sobie nic z uroku elfich narządów słuchu. To inny typ cudowności. Ułomności ciała zbliżają mnie do ludzi. Budzi się w moim myśleniu rodzaj turpizmu. To inny rodzaj piękna. Relatywizm schematu urody. Co teraz myśleć o sobie? Nic na poważnie. To tylko chwilowa fascynacja obserwacjami, a może początek wspaniałej kariery? Uśmiecham się, dotykając kolejnych klawiszy. Dużo lepiej byłoby pisać ręcznie, ale nie miałabym okazji zetrzeć lakieru z przycisków do kasowania. Niszczenie nie kojarzy się z miłością. Czy naprawdę takie romantyczne jest wydrapywanie serca na ławce? Gdy na to patrzę, mam ochotę wydrapać swoje i rzucić w stronę tego, który dokonał tamtego dzieła. Za dużo brutalności i zbliżenia do Tarantino. Tymczasem walczę z myślowymi systemami, które nakazują mi kojarzenie pewnych miejsc z pewnymi wydarzeniami. Jakie to straszne przeżywać ten sam koszmar zawsze na nowo, ilekroć tylko znajdę się w pobliżu! Nadąsana mrużę oczy, biorę głębszy wdech, zaciemniam swój widok, próbując wyobrazić sobie coś innego i, zaciskając mocniej usta, zmuszam się do uśmiechu. Ot, taka magia.

Wyobraźcie sobie swój najgorszy koszmar. A teraz, że wszystko to, czego się boicie, zaczyna się dziać na żywo. Realizuje się, a Wy nie macie na to najmniejszego wpływu. Spływacie razem z bezlitosnym prądem własnych zarzutów, wyrzutów i tragedii. Nie zatrzyma Was ten, który jest za to odpowiedzialny. Teraz przypomnijcie sobie swoje największe marzenie. Załóżcie, że przez tamten koszmar nigdy się nie spełni. A teraz wróćcie pamięcią do najprzyjemniejszego i najcudowniejszego wspomnienia z Waszego życia. Nic już nie jest takie samo. Trudno wrócić do labiryntu, po tym jak raz wznieśliśmy się w powietrze.

„Kto choć raz zerknął w słońce, dla tego nawet półmrok już staje się ciemnością. Stąd biorą się nasze poszukiwania klucza – takiego klucza, który by otworzył przed nami kryjówkę demonów.”
ks. Józef Tischner, Ksiądz na manowcach


Trudno się odnaleźć po takim zderzeniu. Jakbym już nie była tym samym człowiekiem. Przechodzę przez drzwi.

Kartie