sobota, 27 czerwca 2015

Bo wiesz

Jak gdyby nigdy nic się nie stało, uśmiechnęłam się. Naprawdę mam poczucie humoru. W tym czasie mężczyzna wywijał rękawy koszuli i starł ręką strużkę potu z czoła. Zauważyłam, że w przedziale nagle zrobiło się niesamowicie gorąco. Wcześniej tę zalewającą mnie falę ciepła łączyłam z naturalną reakcją organizmu na widok przystojnego mężczyzny, teraz dotknęłam obicia fotela i od razu odsunęłam dłoń - materiał parzył. Zerwałam się z miejsca. Mój sąsiad dalej siedział. Czy on nic nie czuł?!
Odgięłam głowę i wypięłam pośladki, żeby sprawdzić, czy przez tę temperaturę nie ucierpiały moje spodnie. Szczęśliwie, nie roztopiły się i żadne resztki nie zostały przyklejone do siedzenia. Troskę o nienaganny wygląd zawsze stawiam na pierwszym miejscu - w końcu to moja niezawodna broń, środek służący osiąganiu wymiernych korzyści. Tych korzyści, których nie zdobywa się programowaniem neurolingwistycznym, ani kwiecistymi przemowami. Liczy się biologia. Od zawsze to powtarzałam. Wszystkie okna w wagonie były przymknięte. Podejrzewam, że winnymi tej niespodziewanej sauny są uszkodzone grzejniki i dodatkowo kretynizm pasażerów, którzy woleli dusić się w tym upale, niż wstać ze swoich miejsc i uczynić szybom ten zaszczyt, żeby mogły zbliżyć się do siebie nawzajem.

- Na następnej wysiadamy - zarządził wąsaty. Spodobało mi się. "Wąsaty" to takie ślicznie żartobliwe przezwisko. Wyobrażam sobie, jak proszę go o coś, zwracając się do niego w ten sposób.
- Dlaczego? - zapytałam, mając w głowie projekcję jego palców zbliżających się do mojej talii.
- Chciałaś porozmawiać.
- To ty chciałeś - stwierdziłam, kontynuując wizję naszych ust dążących do zetknięcia. Zgodziłam się na to krótkim westchnieniem, które odnosiło się zarówno do opuszczania pociągu, jak i marzenia trwającego w mojej głowie.
- Cieszy mnie ta jednomyślność.

Nie musiałam już nic odpowiadać, gdyż zbliżaliśmy się do stacji. Poszłam więc za moim przewodnikiem i postanowiłam nie odzywać się pierwsza. Wąsaty nie oglądał się za mną. To chyba był moment, który, gdybym tego potrzebowała albo chciała, mogłabym wykorzystać do ewentualnej ucieczki. Proste plecy przewodnika zdawały się udzielać rozgrzeszenia swoją symetrią wszelkim jeńcom decydującym się na odwrót. W tym mężczyźnie było coś niepokojącego, co każdemu śmiertelnikowi nakazywałoby się go bać. Jego oczy poruszały się w przerażający sposób po dziwnie zakrzywionym torze, co w każdym wywoływało uczucie ciągłej obserwacji, nawet, kiedy odwracał wzrok w zupełnie inną stronę. Dzięki mojej profesji nie grozi mi śmierć. Ja będę nieśmiertelna. Już się taka staję. Nie mam zamiaru uciekać.

Nie miałam pojęcia, gdzie się znajdujemy. Zamiast skupić się na drodze, którą przemierzałam pierwszy raz w życiu, nie mając jakiejkolwiek pewności, że kiedyś jeszcze będę miała okazję wrócić albo czy mój kowboj będzie szedł ze mną, obserwowałam jego chód. Prawą nogę wysuwał trochę bardziej do przodu. Ewidentnie się gdzieś spieszył. Jego biodra były przy tym dość sztywne. Był kimś bardzo wytrenowanym lub pełnym samokontroli. Już jestem pewna, że grał na perkusji - za bardzo przywykł do siedzenia, a w takiej pozycji wygląda na stosunkowo zrelaksowanego, czego nie można powiedzieć o nim, kiedy zaczyna używać nóg. Muzyczny amator. A ja porwana-amatorka. Będziemy jeszcze lepszą parą niż dziwka i laluś z pociągu. Coraz bardziej denerwuje mnie ta cisza. Niechże on się wreszcie zatrzyma, bo czuję się jak sługus, nie potencjalny partner rozmowy. Nie jestem Watsonem, Sherlocku. Ani Alfredem, Batmanie. Usłyszałam chlupot. Błyskawicznie odskoczyłam w tył. Wąsaty był zanurzony w  błotnistej kałuży po kostki. Z bólem serca popatrzyłam na jego zabrudzone buty, które były tak olśniewające, gdy pierwszy raz je zobaczyłam! Obrócił się na piętach, rozmazując na nich ten szlam.

- Czy dama pozwoli, ażebym mógł wspomóc ją w przeprawie przez ów bagnisty teren, na który właśnie wkraczamy?

Skinęłam głową i zrobiłam mały kroczek w jego stronę. Zawiesił moje ramię na swojej szyi i chwycił mnie za nogi. Przeszedł parę kroków miarowym tempem. Stąd asymetria odległości stóp nie była wcale widoczna. Nagle poczułam się strasznie senna. Moja głowa zrobiła się tak ciężka, że upadła luźno na jego szyję. Powieki zamykały mi się same. Walczyłam z nimi jeszcze przez chwilę, ale w końcu odpuściłam, ciesząc się z dobrego powodu na odwleczenie tego, co będzie musiało się stać.

Pidżama Porno - Nikt tak pięknie nie mówił, że się boi miłości


wtorek, 23 czerwca 2015

Nikomu nie ufaj

- Czy zawsze patrzysz w ten sposób na nieznajomych? - zapytał głębokim głosem wąsaty mężczyzna. Patrzył naprzód, ale to pytanie było skierowane do mnie. Nie odzywałam się przez chwilę, wciąż wsłuchując się w melodyjne echo jego słów w mojej głowie. Może jednak jest wokalistą?
- Nie jesteś wyjątkiem - w końcu odpowiedziałam.
- A tak bardzo chciałem nim być, wybierając miejsce obok ciebie.
- Chciałeś być wyjątkowy dla mnie?
- Nie. Liczyłem na miłe towarzystwo.
- Chodzi o to, żeby siedzieć koło kogoś przyjaznego?
- Po prostu porozmawiać. W nocnych pociągach trudno o rozmowę na poziomie.
- Ta chyba też taka nie jest.
- Wręcz przeciwnie. Długo szukałem osoby takiej jak pani - przerwał i zaczął szukać czegoś w kieszeni spodni. Czas i wysiłek, jaki włożył w tę czynność, mogły sprawiać wrażenie, że nie ma ona dna, a żeby ją przeszukać trzeba by poświęcić miesiące, czy nawet lata. Zdziwiłam się jego nagłym skierowaniem uwagi na mnie. Zaczęłam się zastanawiać, czy to kolejny chwyt stosowany podczas rozmów fatycznych, czy może naprawdę miał coś konkretnego na myśli. Dlaczego miałby szukać kogoś takiego jak ja? Skąd w ogóle wie, jaka ja jestem?
- Widzę, że mnie pani nie rozumie. Potrzebuję porozmawiać z tobą w cztery oczy.

Zaskoczyły mnie nagłe zmiany poufałości. Wydawał się mieć za nic jakiekolwiek zasady używania zwrotów grzecznościowych. Ciężko westchnęłam urażona jego brakiem etykiety. Mężczyzna był ode mnie około dziesięciu lat starszy, zdecydowałam się więc utrzymać początkowy ton rozmowy.

- Jak chcesz to zrobić? Tutaj to nie jest możliwe.
- Założymy się? - zapytał z szelmowskim uśmiechem, traktując tamto stwierdzenie jak wyzwanie. Zapomniał już o rzeczy, której wcześniej szukał. Schylił się do prawej kostki i zaczął podwijać nogawkę spodni. Uniósł ją do góry. Odwinął skórzany pasek opięty dookoła łydki. Lewą ręką sięgnął po rewolwer, który był pod nim schowany. Mężczyzna wyprostował nogę i wstrząsnął nią tak, że wywinięte spodnie powróciły do pierwotnego stanu. Przyjrzałam się broni - była bardzo staromodna. Rączka pokryta zdobieniami z motywem roślinnym. Łagodne oświetlenie pociągu wydobywało lekki blask z dokładnie wypolerowanej lufy. Arcydzieło! Ciekawe, ile osób już zabił tym cackiem.
- To jak? - zapytał, podrzucając rewolwer do góry. - Zgodzisz się ze mną porozmawiać?
- Tak - odpowiedziałam wpatrzona w broń. Szybki ruch i była już nabita. Zanim zdążyłam się zorientować, wykonał już pierwszy strzał. Rannym okazał się mężczyzna w białej kurtce. I dobrze. Też mi działał na nerwy. Raz. Drugi huk - leżała kobieta. Ładna parka, może na tamtym świecie uda mu się do niej zagadać. Dwa. Trzeci wystrzał i już po nastolatce, która mogła posłuchać matki, a gdyby nie miała słuchawek, zareagowałaby szybciej i może zdążyła uciec. Trzy. Czwarty i ostatni był człowiek w ortalionie. Podczas gdy ginęli tamci, wstał i popatrzył smutno na mojego sąsiada. W jego oczach widać było zmęczenie życiem. W odróżnieniu od pozostałych był już gotowy na śmierć, ale coś mówiło mi, że to nie miał być jeszcze ten czas. Popatrzyłam na buty i znowu na jego zaszklone oczy. Zrobiło mi się go żal. Zacisnęłam mocno powieki. Ułamek sekundy później dołączył do pozostałych. Cztery. Kowboj splunął na podłogę, usiadł z impetem i schował narzędzie zbrodni na swoje miejsce, owijając je paskiem.
- Już możemy. 

niedziela, 21 czerwca 2015

A skoro o ludzkości mowa

Podróże w nocy? Dlaczego uważa się je za bardziej niebezpieczne? Bo za dnia jest więcej ludzi? Biorąc pod uwagę, ilu jest świrusów na tym pokręconym świecie, śmiem wątpić, że mogłoby to przemawiać na naszą korzyść. Usłyszałam gwizd hamulców i powolne tłumienie dźwięku kół na torach. Wielka maszyna zatrzymała się. Wsiadłam do nocnego pociągu.

Przyglądałam się zaniepokojonej nastolatce siedzącej ze mną w przedziale. Na jej twarzy malował się strach pomieszany z wyrzutami sumienia, że nie posłuchała swojej matki nakazującej jej powrót o "przyzwoitej" porze. Zaciskała mocno pięści, patrząc w okno, jakby chciała udawać, że wcale jej tu nie ma. Założyła słuchawki na uszy, czego osobiście nie uważam za dobre taktycznie posunięcie, gdyż w razie potencjalnego zagrożenia nie będzie w stanie odebrać jakichkolwiek sygnałów dźwiękowych, które mogłyby ją ostrzec. Wzrok jest dobry, ale zwykle reaguje za późno, tym bardziej gdy przyzwyczai się go do patrzenia w dal w ciemności. Cóż, to jeszcze dziecko, a ja dzieci nie uczę. Po prawej stronie, przy uchylonym oknie siedział tęgi mężczyzna w ortalionowej kurtce. Buty miał zadbane, choć ich krój wskazywał na pochodzenie z podobnej epoki, co kurtka, czyli późnych lat 90. Prawdopodobnie miał dwie pary obuwia - jedną odświętną, w której dzisiaj maszerował, dopóki nie dotarł do pociągu, drugą roboczą - zmienianą, jak mniemam, co rok, bo stan zużycia nie pozwalał na dalsze z nich korzystanie. Na siedzeniach przed nim była zadbana kobieta wkraczająca właśnie w wiek średni. Mimo tego, że miała drogie i czyste buty, od razu poznałam, że to prostytutka. Obejrzałam jeszcze resztę stroju - chciała uchodzić za prawniczkę. Obcisła spódnica ołówkowa, żakiet z tego samego materiału, kremowa koszula i skromny, złoty naszyjnik. Natury nie oszukasz. Zdradziły ją nienaturalnie duże usta, które układała w dziwny kształt będący czymś w rodzaju dzióbka z rozchylonymi wargami. Nałożyła na nie błyszczyk o zbyt jasnym odcieniu, jednoznacznie wskazujący na to, że, mimo klasycznego, stonowanego ubioru, za wszelką cenę chciała się odmłodzić.

Na tym samym poziomie, po lewej stronie siedział młody chłopak wyglądający tak, jakby większość swojego wolnego czasu, którego nie przeznaczał na picie ze swoimi wiernymi koleżkami (swoja drogą tydzień wcześniej zeznającymi przeciwko niemu w zasadzie tylko po to, żeby ratować własne tyłki, bo też byli winni. Chłopaczek miał szczęście, że syn sędziny niegdyś chodził do klasy z owymi "przypadkami", więc uratowały go jedynie wątpliwa reputacja i nie najwiarygodniejsze zeznania tychże świadków), spędzał na siłowni. Miał tyle żelu na ciemnych włosach, że wyglądały, jakby wysmarował je olejem i dopiero wtedy zaczął układać tę konstrukcję na swojej głowie. Zjechałam wzrokiem niżej i moim oczom ukazała się jaskrawa koszulka polo z podniesionym kołnierzykiem i rozpiętymi guzikami, które ukazywały męskie owłosienie na klatce piersiowej. Ramiona zakrywała biała kurtka z niebieskimi i czerwonymi paskami po bokach. Z tyłu raziła w oczy wielkim logo, które nie mogło umknąć mojej uwadze, kiedy wsiadałam za przystojniaczkiem do wagonu. Podejrzewam, że kurtka barwami nawiązywała do kolorów sportowego samochodu oklejonego "wyścigowymi" paskami, którym zwykł popisywać się przed dziewczynami. Na nogach miał czarne obcisłe spodnie z grubym paskiem w szlufkach. Jak sądził, te opięte nogawki miały dodać mu elegancji. Cały uniform dopełniały sportowe czerwone buty z czarnymi detalami. Z lepkim uśmieszkiem na ustach co chwilę zerkał na kobietę-prawniczkę. Ona, udając, że tego nie widzi, patrząc na odbicie kurtki w szybie, próbowała oszacować zawartość jego portfela, który, z całą pewnością, miał w wewnętrznej kieszeni po lewej stronie. Piękna metafora materializmu - pieniądze blisko serca.

Drzwi przedziału głośno się otworzyły. Nastolatka drgnęła. Bynajmniej nie z powodu hałasu, który zagłuszała muzyka w słuchawkach, ale przez lekki przeciąg wdzierający się wraz z nowym gościem. Od razu mi się spodobał. Jego wąs wyglądał, jakby czaił się na niewinne usta kobiety, które łaskotałby przy namiętnym pocałunku. Miał na sobie czarną koszulę z pięknymi zdobieniami wyszywanymi złotą nitką i ciemne dżinsy z nogawkami rozszerzającymi się na dole. Sylwetkę obciążały mu jeszcze jasne kowbojki, ale jego chód był nad wyraz płynny. Nie rozglądając się dookoła, pewnym krokiem podążył na drugi koniec wagonu. Zatrzymał się obok mojego siedzenia. Usiadł bez słowa tuż koło mnie, choć było przecież wiele wolnych miejsc. Poprawiłam swoją bluzkę, wyobrażając sobie siebie w tej czarnej koszuli. Mężczyzna opuszkami palców zmienił kształt wąsów, przez co nabrały jeszcze ostrzejszą formę. Położył dłonie na udach i zaczął wystukiwać rytm, kiwając przy tym lekko głową. Drażniło mnie to, że nie trzymał się jednego metrum, ale na jego widok ścisnęło mnie w gardle tak, że nie mogłam się odezwać. Pozostało mi tylko przyglądać się jego krótko ściętym paznokciom, za którymi czaiło się trochę brudu. Jedno jest pewne - nie jest gitarzystą. Gdybym miała zgadywać, obsadziłabym go w roli perkusisty (za wyczucie rytmu, ale też za indywidualne podejście do podziału na takty) albo managera (za stylowy wygląd i zadbany wąsik). Odwrócił twarz w moją stronę. Wykonał typowy psychologiczny trik, zwany przez niektórych "metodą trójkąta", kierując wzrok po kolei na oboje moich oczu i zatrzymując się przez chwilę na ustach. Na koniec mrugnął jedną powieką i powrócił do wybijania swojego rytmu. Uśmiechnęłam się w duchu - moja wypchnięta pierś, wciągnięty brzuch i pogłębiony w trakcie wcześniejszego poprawiania dekolt jak zwykle odniosły sukces, bo to on podrywał mnie.

wtorek, 9 czerwca 2015

Dzieci to zmora ludzkości

Kim jestem? Najchętniej określiłabym się jako nauczyciel. Tak, to chyba najlepsza kategoria opisująca moje zajęcie. Nie pozwalam ludziom na życie w błędzie. Zawsze mówię im prawdę, nawet tę najbardziej bolesną. Wszelkie fałsze służą, oczywiście, tylko i wyłącznie celom dydaktycznym. Wcale nie kłamię, ale zdarza się, że trzeba trochę - jak to mówią - "podkoloryzować rzeczywistość". Każdy nauczyciel to robi. Większość po to, aby nie dać się zdemaskować, bo żaden z nich nie przyzna się do tego, że czegoś nie wie. Ukrywają za kolejnymi tarczami swoje braki, a tematów nieskończonych nie opuszczają z niedopowiedzeniami, ale wypełniają luki ciężkim miąższem pozostałym z ich powolnej pracy mózgu, niedostatecznie sprawnej, aby mogli pozwolić sobie na pełen komfort spokoju, który zagwarantowałby na tyle dobrą iluzję, że nie zrodziłaby już ona żadnych kolejnych pytań. Niestety, co sprytniejsi uczniowie bez problemu wyłuskują wszystkie niezgodności z tego gąszczu wyrażeń, zbierają je cierpliwie i dokładnie jak dzieci nad morzem podnoszące muszelki z piasku, a potem czekają na odpowiedni moment, żeby wreszcie pozbyć się śladów zbrodni i przedstawić wszystkim niezbite dowody na to, że dany człowiek nie powinien uczyć, bo nie jest wystarczająco wykwalifikowany. Nieporadność pracowników szkoł od zawsze wprawiała mnie w zdumienie. Nie mogę pojąć, dlaczego nie uczą się na swoich błędach. Ci, którzy mają przekazywać wiedzę, sami nie potrafią dobrze jej przyswoić. Jak można im ufać? Ja im nie wierzę, dlatego wzięłam sprawy w swoje ręce. Nie popełniam tak bezmyślnych błędów.  Nie uczę dzieci.

Mój program nauczania jest dopracowany co do najdrobniejszego szczegółu. Nastawiam go na jak najszerszy odbiór, stąd może się wydawać bardzo ogólny, ale do każdego ze swoich uczniów mam indywidualne podejście. Reprezentuję to, co wszyscy postrzegają jako model idealnej szkoły. Wcale nie tak trudno wprowadzić go w życie. Świadectwo tego dają moje niezliczone sukcesy. Ludzie powinni przestać traktować rzeczy "doskonałe" jako niemożliwe do realizacji. Być może nie powstanie idealny silnik, ale gwarantuję, że społeczeństwo oszukuje nas w tak wielu kwestiach, dlatego że najzwyczajniej nie chce burzyć dotychczasowego porządku. Ci ludzie są zbyt niedoskonali, zbyt leniwi, aby mogli pozwolić na wprowadzenie zmian służących wytworzeniu doskonałego świata. Najbardziej przeszkadza mi ta ślepa wiara tylu ludzi, którzy zgadzają się na codzienne pożeranie tych kłamstw z chlebem na śniadanie, kotletem na obiad, czy jakąś wymyślną sałatką na kolację. To jest główne założenie moich lekcji - muszę otworzyć ludziom oczy, uświadomić ich, wyciągnąć z morza pełnego kłamstw, które sami sobie serwują. Nie pozwalam ludziom być ślepymi.

Zwilżyłam ręce letnią wodą. Dokładnie namydliłam. Pocierałam palce o siebie do chwili, aż wytworzyła się piana. Spłukałam gorącym strumieniem, który sprawił, że moje dłonie nabrały różowego koloru. Sięgnęłam bo kremowy frotowy ręcznik i powoli starłam całą wilgoć. Otworzyłam szafkę nad umywalką i wyciągnęłam z niej białą tubkę. Zamknęłam drzwiczki. Przesunęłam palcami od jej końca po nakrywkę, po czym otworzyłam ją i wycisnęłam zawartość na środek prawej dłoni. Przytrzasnęłam klapkę, opierając tubkę o blat umywalki.
Ponownie uchyliłam drzwiczki szafki. Odłożyłam tubkę i przymknęłam je. Obróciłam się w lewo i oglądnęłam swoje odbicie w dużym lustrze. Na lewym nadgarstku miałam podłużną bliznę. Ślad po nacięciu wykonanym dokładnie dwa lata trzy miesiące i siedemnaście dni temu. Takich dat się nie zapomina. Nigdy tej blizny nie ukrywałam. Wręcz przeciwnie - obnosiłam się z nią z dumą, wiedząc, że jej znaczenie jest znane tylko nielicznym. Pamiętam, że ciężko było mi znieść pierwsze dni kiedy nacięto mi skórę. Musiałam zasłaniać ją bandażem, bo słabo się goiła. Miałam wtedy jakieś problemy z krzepnięciem krwi. Zagryzałam zęby ze złości każdego poranka, kiedy znowu byłam zmuszona do ukrywania mojego znaku. Jednakże higiena jest najważniejsza. Poprawiłam rękawy bluzki, żeby były symetryczne. Ustawiłam kołnierzyk, odchylając jego rogi pod odpowiednim (zawsze tym samym) kątem. Wygładziłam nogawki spodni na udach i wyszłam z rękami w kieszeniach. We wszystkich przejściach w domu miałam automatyczne drzwi, dzięki czemu nie musiałam dotykać żadnych klamek.