poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Agrest

Tak często zdarzało mi się być przygotowaną na pewną rzecz, a kiedy już przychodziła, wszystko się rozpadało. Cały spokój nagle znikał, a przedsięwzięte środki ostrożności nagle zawodziły. W takich momentach moim najmocniejszym odczuciem jest zdziwienie. Nie mogę pojąć, czemu to nie wydarzyło się wcześniej. Wtedy byłoby bardziej  z r o z u m i a ł e. Wtedy nie byłoby problemów z tłumaczeniem, że tak po prostu musiało być. Przecież zawsze wiem, że bywają rzeczy nieuniknione, ale nie zawsze rozumiem, w jaki sposób się dzieją. W tym sęk, Karolu, że nie możesz wyrąbać całego lasu, a potem oczekiwać cienia od rozłożystej gruszy, pod którą będziesz chciał spędzić upalne południe. Pogrążmy się w naszej parnej gnuśności. Zastanówmy się, dlaczego zareagowałam w ten sposób? Co wpłynęło na mnie, że się zgodziłam? Nie potrafię nie myśleć o tych porażkach. To nie są zwykłe błędy. Żaden błąd nie jest zwykły, żadnego nie powinno być, żaden nie powinien się nigdy przyplątać z idiotycznymi myślami, które razem sprawiają wrażenie dopełniających się. Moje własne idee oszukują mnie. Bawią się wszelkimi uczuciami, wiedząc, w którym momencie zaatakować. W ten sposób gubię się w swojej własnej sieci połączeń. Wykonując kolejne nierozważne kroki, zlepiam się z nieodpowiednimi cząstkami i zaplątuję, uniemożliwiając sobie drogę odwrotu. Dużo myślałam o tym, co się między nami wydarzyło. Nie powinnam była wycofywać się. Zachowałam się tak, jakbym tylko ja jedna cierpiała.

- Nie oskarżam cię.
- Wiem, to nie byłoby na miejscu.
- Znowu przechodzisz do tego tonu.
- Przepraszam, muszę przestać.
- Wiesz, że nie miałem innego wyjścia.
- Pewnie nie.
- Musisz zrozumieć, że też byś tak postąpiła.
- Nie sądzę. Nie zrozumiem, bo nie jestem taka.
- Bywasz gorsza.
- Rzeczywiście.
- Nie powinnaś być już zła. Wszystko sobie wyjaśniliśmy.
- Uważasz, że jest w porządku?
- Tak. Sądzę, że jesteśmy kwita.
- Zabiłeś moją matkę, ja zabiłam twoją matkę. I co? Rachunek wyrównany?
-Tak, oko za oko, ząb za ząb.
- Nie, bo oboje jesteśmy bez matki. To nigdy nie będzie równość.
- Źle na to patrzysz. Jak zwykle przesadzasz.
- Słyszałeś o teorii rozbitych okien?
- O czym ty znowu myślisz?
- Nieważne.

Tak ciężko jest wrócić do sedna sprawy. Coraz trudniej dokopać się do fundamentów. Nieumiejętnie wyrwany chwast pozostawia resztki korzenia, a nawet łodyg. Wtedy nie można spodziewać się niczego dobrego. Najchętniej wpadłabym w panikę, ale nie jestem w stanie sobie na to pozwolić. Trzeba mieć przed sobą cel i nie spuszczać z niego oczu. Jak zbadać przyczyny, kiedy nie posiadamy materiału dowodowego? Na czym opiera się to złudne przekonanie, że to my mieliśmy rację? Im dalej od źródła, tym bardziej zakrzywione tory naszych wymysłów. Chciałabym wiedzieć. Zwyczajnie wiedzieć, co poszło nie tak. Nie muszę niczego odwracać. Wiem, że tego nie potrzebowałam, nie potrzebuję i nigdy nie będę potrzebować. To byłaby najgłupsza rzecz, jaką z taką mocą mogłabym zrobić. Jedyne co może przywrócić mi równowagę, to przyczyna. Tylko tyle. Potrzebuję znaleźć ten mały kamyczek, na którym potknęłam się wcześniej. Znaleźć go w tym gąszczu rozrastających się krzewów. Odróżnić go od innych gałązek czy szyszek. Niepotrzebnie wchodziłam do lasu.

sobota, 22 sierpnia 2015

Szukałam Cię po drugiej stronie

 "Łatwo jest powiedzieć, że była zła, ale to niewiele znaczy, jeżeli nie wiemy dlaczego."
John Steinbeck, Na wschód od Edenu


Nie wiem nawet, kiedy to się stało, ale zakochałam się w nim. Szybko jak nigdy. To przecież musiało być coś wyjątkowego. Mój genialny wyimaginowany scenariusz filmowy zaczął się sam realizować. Bez żadnych producentów. Film niezależny. Kamery. Światło. Akcja. Czy czegoś nie pominęłam? Wszystko działo się tak, jakbym to zaplanowała, a w rzeczywistości nie miałam nad niczym kontroli. Mogłam tylko obserwować kolejne kadry. Łączyć je w głowie w spójne sceny. Żadnych cięć, korekt czy iluzji. Szukałam swojego opiekuna, kogoś, kto mnie przeprowadzi przez wzburzone morza, a mimo to moje stopy pozostaną suche. Czyż nie wiedziałam, że to niemożliwe? Zawsze mogłam wyobrazić sobie, że tonę w jego objęciach. Zachłystuję się jego oddechem. Wynurzam z jego cudownych włosów. Ścieram krople potu z czoła. Zatapiam w naszej wspólnej pościeli. Od kiedy stała się czymś wspólnym? Już wiem, czego zabrakło. Dźwięk. Mikrofony, głośniki, fale, odbiorniki. O niektórych rzeczach nie trzeba mówić głośno, żeby być pewnym, że obie strony rozumieją je tak samo. Zdarza się, że ludzie łączą się tą dziwną telepatyczną więzią, dzięki której nie muszą sobie nic tłumaczyć. To jest możliwe, a przynajmniej tak słyszałam... Tydzień przed jego oświadczynami patrzyłam w okno i zastanawiałam się, jak by to było skoczyć. Myślałam o tym cały czas. Widziałam jak odchylam szyby, wchodzę na parapet i po prostu spadam. Jak gdyby nigdy nic. Na chodniku zostaje ze mnie krwawa plama. Trochę zbyt wypukły i zbyt płaski zarazem placek. Parę gołębi w żałobie zleci się na mój pogrzeb. Zapłaczą nad losem nieznajomej i odlecą. Opuszczą ją, bo nie miałyby powodu, żeby z nią zostać. Wypadłam. Niby przez przypadek. Tylko za bardzo się odchyliłam, bo przecież każdy człowiek czasem przykuca na parapecie, czyż nie? Nie potrafiłam uwierzyć nawet sobie. Tydzień później oświadczył mi się, a ja przyjęłam go.


Nasz ślub odbył się niedługo po tym. W innych przypadkach przychodził dużo później. Ten z początku był dość gwałtowny. Wydawało mi się, że z niczym sobie nie poradzę. Za dużo na mojej głowie, a planów tak wiele! Siedem miesięcy? Przestałam liczyć dni. W końcu i tak przeszedł dość bezboleśnie. Przez długi czas nie miałam się czym martwić. Po znajomych krążyły plotki, że po ślubie wszystko się zmieni - zamieszkamy razem na stałe, będziemy płacić razem rachunki, aż w końcu pewnego dnia zaczną się pytania o dzieci. Albo chociaż, czy nie chcemy przygarnąć pieska, bo właśnie syn koleżanki mamy znajomego kuzyna wujka przyjaciela z ławki mojego męża znalazł ogłoszenie, albo kotka, ponieważ żona dziadka dziecka w przedszkolu koleżanki cioci znajomego mojej koleżanki z pracy przygarnęła kotkę, która okazała się być w ciąży. Cóż za przypadek! Nie wierzę, jak los nam sprzyja i co chwilę podsuwa nam okazję do powiększenia naszej wspaniałej rodzinki! Takie były piękne początki, a my nie przejęci tym, przesiąknięci zapachem waniliowej świeczki, którą zapalaliśmy co wieczór, szukaliśmy idealnego sosu malinowego do naszych ulubionych lodów i oglądaliśmy filmy przytuleni do siebie na naszej PRL-owskiej kanapie. Czy wspominałam już, że to mieszkanie męża? Przeżyliśmy w nim tyle niewiarygodnych horrorów. Tysiące rozbrajających komedii. Parę krótkich dramatów. A najczęściej typowych seriali o byciu niezależnym, znajdywaniu własnej drogi, zawsze obecnych przyjaciołach i piciu.



Miałam córkę. Była naprawdę śliczna, choć wiem, że każda matka mówi tak o swoim dziecku. Nie wierzyłam, że mogło jej czegoś brakować. Miała dwanaście lat, kiedy ją straciłam. Wcześnie wykryto u niej ciężką chorobę obniżającą odporność. Skazywało ją to na życie w szpitalu. Wiedziałam, że dla dziecka oznacza to tyle, że nigdy nie będzie miała prywatności, swojego stałego miejsca. Możliwe, że będą ją przenosić z jednej sali do innej, a jej życie upłynie na ciągłym zastanawianiu się, w której z nich ma najlepsze światło do wpatrywania się w sufit. Byłam prawie pewna, że nie zainteresują jej żadne książki. Z wyglądu bardzo przypominała mnie, musiała więc coś odziedziczyć po ojcu. Wystarałam się o pozwolenie na leczenie jej w domu. Warunkiem koniecznym była całkowita sterylność pomieszczeń. Innymi słowy trzymaliśmy córkę w jej pokoju jak w bańce. Ochranialiśmy przed wszystkim, co tylko się ruszało. Nie mieliśmy z resztą wyboru. Przeszłam wymagające kursy pielęgniarskie, ciągle poszerzałam swoją medyczną wiedzę, żeby móc zareagować w razie potrzeby. Chciałam być przygotowana na wszystko. Mąż próbował mi pomagać, ale nie rozumiał podstawowych terminów, podstawowych zasad, więc po pewnym czasie nie pozwoliłam mu nawet zbliżać się do małej, żeby nie narażał jej na niebezpieczeństwo. Troskliwy ojciec bez żadnych predyspozycji do opieki dzieckiem mógł być groźny niczym żądło rozdrażnionego szerszenia. Nie mogłam pozwolić na to, aby jego bezmyślność narażała naszą córkę. Musiała być bezpieczna. Za wszelką cenę.


Pewnego dnia przyszłam do córki. Oczywiście, po czasochłonnym rytuale higienicznym, który, jak zawsze, zdołał uspokoić mnie po stresującej pracy. Siedziała z podkurczonymi nogami wpatrzona w swoje stopy. Wszystkie palce - zarówno u rąk, jak i nóg - miała ściśnięte. Popatrzyłam na jej równo zaczesane w warkocz włosy. Parę kosmyków wystawało przy gumce, którą były spięte, ale to wina nierównego cięcia. Sama zatroszczyłam się o to, żeby zawsze wyglądała nienagannie. Gdybym mogła dokładnie patrzeć i gdybym była tym zainteresowana, kątem oka zobaczyłabym drżący mięsień w prawej nodze.

- Cześć, córciu. Co słychać?
- Cześć. Wiesz, dużo myślałam. Hm... Z resztą nie mam tutaj większego wyboru.
- Ale chyba nie wolałabyś być w szpitalu, kochanie? Nie mam racji?
- Tak. Nie. Jak to powiedzieć? - mamrotała do siebie, jakby nie było mnie w tym pomieszczeniu. Czasami zastanawiałam się, czy nie ma autyzmu. Nie sądziłam, że brak relacji z rówieśnikami może mieć wpływ na jej interakcje z ludźmi. Przecież dawałam jej wszystko, czego może chcieć i potrzebować człowiek. Ja byłabym zadowolona z takiej kolekcji wybitnych autorów, którzy kładli duży nacisk na etykę w kontaktach międzyludzkich, na wartości, na piękno. Ona  była otoczona tym cały czas. Przecież musiało mieć to na nią jak najlepszy wpływ.
- Nie mogę już tak dłużej.
- Czegoś potrzebujesz? Jeśli nie chcesz, nie musisz czytać tej ostatniej powieści, którą Ci podrzuciłam.
- Chciałabym być nigdzie. Dużo o tym myślałam, ale teraz już wiem.
- Kochanie, o czym ty mówisz?
- Ja wiem. Tym, co pociąga do samobójstwa najbardziej jest to uczucie pustki. To nie jest nadmiar cierpienia, bo wtedy wiesz, że nadal umiesz czuć, a kiedyś poczujesz radość i szczęście. To ta bezdenna pustka. Bo jak pustka mogłaby mieć dno?

W jej oczach nie pojawiły się łzy. Mówiła o tym w taki sposób, jak gdyby opisywała jakiś obojętny jej obraz. Przeszły mnie dreszcze. Poczułam pojedynczą słonawą kroplę spływającą po moim policzku. Przestałam widzieć wyraźnie.

- Próbowałam ją jakoś wypełnić, ale nie da się. To jest tak, jakbym próbowała przekonać się, że jestem i mogę być piękna, nie wiedząc, czym jest piękno. Właśnie, czym jest życie? Czym jest szczęście? Czym są ludzie?

Nie słyszałam połowy słów, które do mnie mówiła. Byłam idealną matką. Poświęciłam dla niej życie. Poświęciłam dla niej siebie. Wychowywałam tak, jak należy. Czego jej brakuje? Nie jestem złym rodzicem. Moja córko! Nie możesz mówić poważnie. Tu jest jakiś haczyk, jestem tego pewna. Może to po prostu dręcząca fantazja senna. Zaraz zobaczę mojego męża wchodzącego do pokoju, a za nim wejdzie cyklop czy jakiś inny Nikt i zaczniemy tańczyć danse macabre.

- Pustka to brak czegokolwiek. Ja to czuję, nic nie czując. Nie miej mi tego za złe. Wiem, że inni radzą sobie inaczej. Ja nie mam wyboru. Nigdy go nie miałam. To wszystko samo przyszło i samo pójdzie. A teraz zamknij oczy i zapomnij o tym wszystkim. Bańka niczego nie uczy. Bańka to nie rozwiązanie. Ja wiem, że nic dobrego mnie tu nie spotka. Nawet więcej, nic żadnego mnie nie czeka.


Zaczęłam krzyczeć przypadkowe słowa. Zacisnęłam pięść i włożyłam ją do ust. Po chwili, łamiąc wszelkie zakazy, wpadł mój mąż i tym razem  zrozumiał bez użycia jakichkolwiek wyrazów, nie licząc wyrazów twarzy. Wyprowadził mnie z pokoju.