poniedziałek, 28 września 2015

Stałam za ścianą

Na drewnianym krześle leżał otwarty list napisany przez kobietę, a obok nóż kuchenny.

Podniosłam się z podłogi, podpierając na łokciu, aby poprawić róg dywanu. Wygładziłam jego przekrzywione jaśminowe włosie. Szybko wróciłam do uprzedniej pozycji, rozciągając ręce nad głową. Wciągnęłam powietrze ustami i wsłuchałam się w rytm muzyki dobiegającej ze starej szafy grającej. Dostałam ten grat od mojej kuzynki, która nie miała co z nią zrobić, kiedy postanowiła się wyprowadzić. Teraz zdążyłam się już do niego nieco przyzwyczaić i często zdarza mi się słuchać muzyki na leżąco. Ograniczam picie kawy, w związku z tym musiałam znaleźć sobie jakiś inny rytuał zastępujący moją popołudniową rutynę. Przewróciłam się na bok. Ściągnęłam z siebie sweter i zwinęłam go w kłębek, po czym wsunęłam pod głowę jak poduszkę. Zasnęłam.

Śniłam o tym, że znalazłam się w teatrze. Od dawna przecież chciałam kupić bilety na pewien spektakl. Okazało się, że nie byłam po tej stronie, po której chciałam być. Stałam na scenie. Składała się z kilku warstw płaskiej scenografii. Była ona jednak tak pięknie namalowana, że z widowni musiała wyglądać jak żywe obrazy. Improwizowałam, bo, choć znałam tekst, nie potrafiłam przypomnieć sobie swojej roli. Na dole była pełna orkiestra. Największą uwagę zwracała kobieta grająca na harfie. Miała na sobie długą koronkową suknię w kolorze brudnego beżu. Jej włosy miękko spływały po ramionach, nadając twarzy harfistki jeszcze łagodniejszego wyrazu. Przypominała baśniowego elfa albo anioła. Zaczęłam mówić do aktora najbliżej mnie. Słowa same wychodziły z moich ust. Nie musiałam wcale myśleć nad tym, co zaraz powiem. Kątem oka dostrzegłam zdziwione twarze pozostałych. Mój partner dotrzymał mi tempa, nie okazując zaskoczenia. Przez chwilę wydało mi się, że spodziewał się takiego przebiegu zdarzeń. Puścił do mnie oko.

Obudziło mnie skrzypnięcie podłogi. Wzdrygnęłam się z tym nieprzyjemnym uczuciem spadania. Zerwałam się z dywanu i szukałam wzrokiem przybysza. Nie widziałam go dokładnie, gdyż moje okulary leżały na półce, do której nie mogłam sięgnąć. Wiem, że to mężczyzna. Poznałam to, zanim podniosłam głowę, po lekko cynamonowej nucie perfum.

- Znowu Cię taką zastaję - warknął, co rozwiało wszystkie wątpliwości dotyczące właściciela głosu.
- Może nauczyłbyś się pukać?
- Drzwi były otwarte. Każdy mógł tu wejść. Powinnaś się cieszyć, że to ja.
- Rzeczywiście, nie posiadam się z radości.

Gdybym miała na nosie okulary, zobaczyłabym, jak przewrócił oczami. Potarłam palcami skórę na czole. Przechyliłam głowę do tyłu, pozwalając mu na szybki pocałunek w szyję. Odeszłam od niego parę kroków i sięgnęłam po pożądany przedmiot. Z okularami widziałam nieporównanie lepiej. Teraz zobaczyłam jego przekrzywiony uśmiech, szarawą koszulę z rozpiętymi trzema górnymi guzikami. Widziałam jedną rękę w kieszeni i szeroko rozstawione czubki oddalonych od siebie stóp. Przede wszystkim mogłam patrzeć w te stalowe oczy, które w tym momencie nie były dla mnie zbyt przychylne.

- Włożyłem dalie do tego brązowego wazonu.
- Dobrze, dziękuję.

Staliśmy w bezruchu naprzeciwko siebie, a w tle wciąż było słychać muzykę. Wytrzymał parę sekund, po czym podszedł do szafy i, wciskając nerwowo parę przycisków, wreszcie ją wyłączył.

- Chcesz gdzieś iść?
- Po co?
- Jak to po co? Przecież mamy rocznicę. Kobiety lubią takie rzeczy.
- Ja chyba nie. Zresztą... co za różnica?
- Słucham?
- Co za różnica, czy jestem z Tobą.

Wepchnął drugą dłoń do kieszeni. Nie odezwał się ani słowem, usiłując przetrawić otrzymaną informację. Ostatnio często kłamie, a przy tym jest tak łatwowierny. Nie mogłam się powstrzymać przed wykorzystaniem tego. Co teraz? Mam przewagę, prawda?

- Czy jestem z Tobą tu czy gdzie indziej - dokończyłam po długiej przerwie. Przesunęłam palce po jego ręce od łokcia do nadgarstka, kiedy wykonywałam krok bliżej. Objął mnie drugą. Przybliżył swoją twarz do mojego policzka tak, że słyszałam jego oddech.

- Jesteś moja - wyszeptał.

Tym razem te słowa nie wywoływały przyjemnego dreszczu, a raczej odrazę. Tę własność widziałam jako umowę prawną, której nie można nie przyjąć i od której nie da się odstąpić. Miałam przygotowane swoje miejsce na obrzydliwej ekspozycji stworzonej przez niezdecydowanego - bo przecież nie zagubionego - egotystę. Znałam go krótko, co nie powstrzymało mnie przed szybkim obrotem spraw. Chcę przejąć kontrolę nad tym, co się stanie. Czas rzucić swoje karty.

- Już nie.
- Piłaś?

Wstrząsnął mną. Kiwnęłam przecząco głową, próbując przypomnieć sobie, gdzie zostawiłam butelkę. Nie piję kawy, wszystko lepiej czuć. Nieważne. To moja ostatnia szansa. Popełnianie błędów mnie ekscytuje. Ćwiczyłam to, wszystko opracowane. Wreszcie zrobię to, czego od dawna chciałam. Mam tyle opcji, a przecież mogłabym po prostu uciec.

 Kiedyś to zrobię.


 * * *


Piotr Rogucki - Kot

środa, 2 września 2015

Zachód

Śledzę wzrokiem zmieniające się obrazy. Czuję dreszcze. Jestem z nim. Tak jak nigdy nie byłam. Które z nas to zaczęło? Dwoje ludzi połączyło się ze sobą inaczej niż zawsze. To nie jest zwykłe spotkanie. Pewne spojrzenia są o ułamki sekund za długie, niektóre uśmiechy odrobinę zbyt wymuszone. Nie wynika to z grzeczności czy przyzwyczajeń. W ten sposób kamuflujemy się, usiłując uciec przed zdemaskowaniem. Następuje ta komiczna gra pozorów, podczas której żadna ze stron nie przyzna się, o co jej właściwie chodzi, a będzie wypatrywała podejrzliwie wszelkich śladów słabości u przeciwnika. W takiej przyjaźni nie może być mowy o partnerstwie. Kończy się ono wraz z pierwszą łzą uronioną przez pojawiający się znikąd smutek. Czy to ja się zmieniłam czy może on? Jak długo można trwać w tym stanie bez opamiętania? Można powiedzieć, że iskra, która mignęła między nami, zgasiła cały płomień. Nastał chłód, który rozprzestrzenia się. Zimno wiruje, zamrażając naszą krew. Jesteśmy bezsilni wobec tego, co zaczyna władać naszymi odczuciami. Nie mogę być bezwzględna, tak samo jak nie powinnam być czuła. Czy nie jest prawdą, że gubią nas nasze własne uczucia? Może po prostu nie wiemy, co zrobić z tymi odwzajemnionymi?

Czy to, co myślimy, że czujemy, jest prawdziwe? Czy możemy wierzyć, że taka miłość istnieje? Odsuwam rękę o kawałek za daleko. Już wiem, co to znaczy. Pomyśli, że chcę się oddalić. Nie potrzebuję go albo zwyczajnie unikam. Jeśli teraz przysunę ją, będzie to świadczyło o tym, że jestem niezdecydowana i tylko chcę go zwodzić. Pewne sprawy nie istnieją. Nigdy nie powinny istnieć. Nie ma żadnej siły, która mogłaby powołać je do życia, prócz wyobraźni. Właśnie ona jest winowajczynią. To ona odpowiada za te wszystkie ograniczenia, które powstrzymują nas przed dokonaniem czegoś bez przemyślenia. Skąd w nas ta odpowiedzialność za drugiego człowieka? Przy tym tak często zdarza nam się czuć, że inni nie przejmują się naszym losem. Ten rachunek nie jest równy. Nie można doprowadzić ich do łez bez powodu. Za wszystkim coś stoi. Niech to będzie nawet migająca latarnia z przepalającą się żarówką. Zawsze znajdzie się coś, co jest powodem.

Nie czuje mojego oddechu. Odchyla głowę do tyłu, rozumiejąc, że tylko tyle mu pozostało. Jedyne działanie w bezruchu, które nie będzie się wiązało z życiodajną nadzieją na koniec. Patrzy nie na mnie. Widzi obcego człowieka, w którym uchował się strzępek duszy. Nie próbuje wypruwać go na powierzchnię. Potrafi nasycić się oparami osoby, którą kiedyś byłam. Czasami tylko tyle wystarczy, żeby poczuć się inaczej. Odnowić uprzednie założenia. Może nawet uwierzyć, że gdzieś jest ten spokój, za którym tak się tęskni. W którymś wszechświecie znajdą się ramiona, które zamkną mnie i ochronią przed dawną agonią. Puste sny przestaną mnie dręczyć, a w zamian ukażą mi tylko to, czego od zawsze potrzebowałam. Teraz już rozumiem, że są rzeczy, do których nigdy nie będę zdolna.