niedziela, 25 października 2015

Obietnica

Najbardziej wyrazistym wspomnieniem, jakie mam teraz w głowie, jest pewno wydarzenie sprzed ponad roku. Jestem przekonana, że nic nie znaczy, a jednak wracam do niego coraz częściej. Czerpię z tego nietypowy rodzaj nadziei. Myślałam o tym przez pewien czas i wydawało mi się, że sprawa jest zakończona. A może raczej - nawet się nie zaczęła. Właśnie wtedy poczułam się wolna. Cały ten rok można zamknąć w obrazie, byłby tylko krótką migawką, przy tych paru sekundach, o których mówię. Nigdy wcześniej nie miałam wrażenia, że jestem tak zagubiona, a mimo wszystko chcę wchodzić głębiej w ten gąszcz wyborów. Zwykle szukałam drogi ucieczki. Prawdą jest powiedzieć o mnie, że często "idę na łatwiznę". Przyznaję się do tego i do wielu innych wad. Nie jest to jednak w tym momencie istotne, bo powód, dla którego opowiadam o jakiejś nierzeczywistej sytuacji (jest równie prawdopodobne, że była tak niesamowita oraz że w ogóle nie zaistniała), nie ma żadnego związku z tym, jaka jestem. Pewne powody nie potrzebują żadnych związków.

Trwam oderwana od rzeczywistości z własnego wyboru. Nie wychodziłam od kilku miesięcy. Zbyt dobrze czuję się w tej samotności. Nie mam ochoty dzielić mojego czasu na ludzi, którzy chcą mnie z niego obedrzeć. Nie oddam im ostatniej wartości, jaka mi pozostała. Jeżeli taką cenę ponosi się za dumne umieranie, jestem w stanie ją zapłacić. Nie potrafię znaleźć lepszego wytłumaczenia, dlaczego uciekłam. Po prostu tak chciałam. Raz w życiu zrobiłam to, czego pragnęłam z całego serca. Nie żałuję. Ostatnie, czego mi teraz potrzeba, to myśl, że popełniłam błąd.

- Po co mi o tym wszystkim mówisz?
- Chciałeś, żebym opowiedziała coś o sobie.
- Tak, chciałem.
- I? Co z moją historią jest nie tak?
- Widzisz wszystko inaczej. Jak chcesz widzieć. Rozumiem.
- To jest nie w porządku?
- Nie, to zupełnie naturalne. Przydałaby ci się jednak inna perspektywa.
- Nie rozumiem.
- Sama się zamknęłaś, tak? Przyznajesz się do tego, że przyjęłaś stały punkt obserwacji.
- Jakiej obserwacji? Ja nikogo nie śledzę.
- Wręcz przeciwnie. Myślisz o tym, co robią wszyscy, kiedy ich przy tobie nie ma. A przede wszystkim śledzisz każdy swój krok. Nie mam racji?
- Masz, ale nie do końca. Ja po prostu tego potrzebuję. Muszę się kontrolować, żeby nie popełniać błędów.
- Każdy je popełnia. Taki już jest świat.
- Wiem, ale nie mogę sobie pozwolić na to, żeby mylić się częściej.
- Dlaczego?
- Bo nie mogę być gorsza.
- Od kogo? Nikogo nie spotykasz.
- Od wczorajszej siebie. Bez tego nic nie stworzę.
- Jesteś niezmiernie surowym sędzią.
- Ty też mnie oceniasz!
- Ale nie skazuję.



- Jednak godzisz się na to, co jest! Jak możesz nie reagować? Nie czujesz potrzeby zmian?
- Wiem, że to nie jest ważne.
- A co dla ciebie jest? Masz cokolwiek takiego?
- Zadajesz mnóstwo trudnych pytań. Uspokój się trochę. Powinnaś nabrać dystansu.
- Nie odpowiadasz.
- Bo dobrze znasz moją odpowiedź.
- Powiedz to. Nie potrafię czytać ci w myślach.
- Bardzo dobrze. Dzięki temu możemy przeprowadzić wiele rozmów takich jak ta.
- Ot, przywilej.
- Kiedyś docenisz jego wartość.
- Gdybyś mógł powiedzieć mi, o czym marzysz?
- Nie mogę. Zostawmy to na jakiś inny czas.
- Który nigdy nie nadejdzie?
- Nigdy. 

piątek, 16 października 2015

Zrozummy!

Znowu uciekam od problemów. Czy jestem zdolny skupić się na tym, co rzeczywiście może być istotne? Uprzednie plany odrywają się ode mnie jak pijawki po nasyceniu się odpowiednią ilością krwi. Zbliża się czas, w którym trzeba będzie podjąć pewną decyzję. Ściśle rzecz biorąc, powinienem powiedzieć, że jakąś ilość decyzji, jednakże w ostatecznym rozrachunku będą się one sprowadzały do jednego wyniku. Czy chcę być tym sędzią, który orzeknie, która ze stron przegrywa? Surowym tonem odpowiem na wszelkie zarzuty. To ja znajduję się na górze i czekam. Wypatruję okoliczności łagodzących, kolejnych wątków. Wszystko po to, aby móc przedłużyć proces. Nie siły włożone w jego utrzymanie będą niszczące dla stron sporu. Jedyne co może sprawić, że doprowadzą się do stanu, w którym będą pragnęli odwrotności i zrobią wszystko, aby uciec od tego, co jednak będzie nieuniknione, to wyrok. Nie mogę dopuścić do sytuacji, żeby przerwali tę grę. Zapewniam, że uczynię to, co jest konieczne. Nie ma w tym romantycznego poświęcenia. Mam zupełnie racjonalne podejście do sprawy gwarantujące sukces, a przynajmniej najwyższe prawdopodobieństwo jego uzyskania. Niestety, są szanse, że mi się nie powiedzie. Też jestem w to wplątany i utknąłem, robiąc nieumyślnie pierwszy krok. Biorę na siebie konsekwencje własnych decyzji. To moja recepta na czystość umysłu - nie wyrzucam sobie błędnych wyborów, zastanawiając się, jak mogłem postąpić lepiej, co robiłbym teraz, gdybym skłonił się ku tamtemu pomysłowi albo czy dzięki temu spełniłyby się moje marzenia. Czas upływa i to on jest głównym czynnikiem działającym na moją niekorzyść. Gdybym tylko miał go więcej i mógł nim manipulować wedle moich potrzeb, nie miałbym żadnego problemu z przekierowaniem obrotu spraw na taki tor, że zapętliłyby się, umożliwiając mi upragniony odwrót.

Dobrze, to nie jest wycofanie się; biała flaga; sygnał, że nie chcę mieć już nigdy z tym nic do czynienia. W gruncie rzeczy dobrze wiem, czego chcę. Każdy, kto nie potrafi przyjąć tego do wiadomości, skazany będzie na długą batalię ze swoimi przekonaniami a kreowaną przeze mnie rzeczywistością. Wiem, jaki mam wpływ na ludzi. Przypuszczam, że dlatego zdecydowałem się wejść nieproszony w tę dyskusję, wymianę wrażeń. Tak już zostało. Ani się spostrzegłem, kiedy stałem się tym, który powstrzymuje jej dalszy przebieg. Dostrzegłem w moim położeniu siłę, jakiej jeszcze nigdy nie posiadałem. Wyznaję zasadę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Nie próbowałem jednak dochodzić, jaka ona była tym razem. Nie ingeruję w tę relację. Ja tylko śledzę każdy krok. Oceniam poszczególne wydarzenia, próbując dojść do jednoznacznych wniosków. Bez wsparcia, choć jest mi ono potrzebne. Zostałem sam na tym polu bitwy, na którym niejeden zdążył już zginąć. Nie chciałbym być następny. I nie będę. Mam pewność, że w tej walce nic nie stanowi dla mnie zagrożenia. Jestem na górze. Współistnieję z każdym z nich. Zwykle osobno, lecz coraz częściej razem. Nie ufam tej zgodności i węszę w niej podstęp. Żadne nie wpuści konia trojańskiego przez swoje bramy. Wiedzą, że to zbyt ryzykowne. W pewnym momencie zdarzy się jednak to, o czym cały czas mówię. Nastąpi zderzenie międzyplanetarne. To ja rozsądzę. To ja wydam wreszcie ten wyczekiwany wyrok. To ja podejmę tę ostateczną decyzję. Są dwie możliwości, kiedy już skończy się czas:

połączą się albo znikną na zawsze.



Jak zachować się, kiedy już zostaniemy doprowadzeni do ostateczności?


Melancholia, Lars von Trier

sobota, 10 października 2015

Aeternitas

Zgrywasz doświadczonego, a ja udaję niedoświadczoną.

Nie potrafię myśleć w ten sposób.

Po tym wszystkim utonęłam w fotelu. Odetchnęłam z ulgą, że nie stało się nic, co zmusiłoby mnie do zmiany strategii. Moje myśli zatrzymały się w pewnym punkcie i nie dawały się przekierować na inne tory. Żyję splotem naszych nóg. Próbowałam przypomnieć sobie wszystkie powody, które kiedykolwiek przewinęły się podczas naszych rozmów. Miałam prawo zachować się w ten sposób. Potrzebuję ciągłego przytakiwania, aby wreszcie poczuć się pewna. Dobrze, że to zrobiłam. Ty już nie żyjesz. Wydaje mi się, że nie mogłabym znaleźć lepszego rozwiązania. To by było na tyle. Nie trzeba nic zaczynać od nowa.

Przyłapałam się na tym, że przez chwilę spałam. Od razu wstałam z miejsca i wlałam gotującą się wodę do filiżanki. Podczas gdy herbata się parzyła, ja otworzyłam szafkę, szukając termometru. Znowu zapomniałam, że zostawiłam go na stole, żeby następnym razem tyle nie szukać. Poddałam się i rozchyliłam bordowe zasłony, aby wpuścić trochę światła do pomieszczenia. Dzięki temu dostrzegłam błyszczący przedmiot. Na szczęście nie miałam dzisiaj nic ważnego do wykonania. Gdyby nie to, już dawno popełniłabym serię największych błędów mojego życia. Nie mam miejsca na pomyłki. W głównej mierze wynika to z tego, że u mnie wszystko stało się stałe. Nie mam gdzie się pomylić, bo nie mam nic.

Otworzyłam okno i wychyliłam się przez nie. Oparłam się o parapet i przechyliłam tułów w dół. Usiłowałam przypomnieć sobie trik z chwytaniem poręczy i przeskakiwaniem na drugą stronę. Nie tutaj. Nie tym razem. Popatrzyłam przez moje zwisające włosy na sąsiedni budynek. W jednym z okien zobaczyłam rudego kota. Przechylił leniwie głowę w moją stronę. Rozwarł pyszczek, ukazując swoje drobne uzębienie. Następnie ostentacyjnie odwrócił się i z podniesionym ogonem skoczył w głąb mieszkania. Wróciłam resztą sylwetki do pokoju. Nic tu po mnie. Ubrałam płaszcz i wyszłam.

I nie mów: nie miałem czasu tego wszystkiego zmienić, bo oto od lat całych, od wieków całych nawiedzasz bez oporów to samo wypolerowane miejsce; od wieków całych w niezmienionej młodości przechodzisz o zmierzchu przez płowe święto Sekwany; ciągle w połowie tak młody - czas decyzji, przekroczenia zaklętego kręgu, przybliżenia się, Wielkie Przeciągi Czasu przeciągające się w nieskończoność, czas zawieszony, podarowany, żeby go rozpłatać i zginąć; ale ty kołujesz gładko po tej stronie krawędzi

 Edward Stachura

Ja wiem, że coraz mniej daję od siebie. Wszystko dlatego że oddałam wszystko. Nikomu i każdemu jednocześnie. Przechodząc koło tamtego miejsca, schyliłam się po leżącego między liśćmi kasztana. Nie mam już siły na tamte zabawy. Mam świadomość nadchodzącego końca. Wyczekuję go niecierpliwie, wiedząc, że każdy mijający dzień mnie do niego przybliża. To ten rodzaj pewności, że cokolwiek zrobisz, nic nie zepsujesz. Nie chciałam pokazywać się nikomu od tej strony. W rzeczywistości nigdy mnie nie było.


Naprawdę moglibyśmy tak trwać wiecznie.