poniedziałek, 28 grudnia 2015

O niezgodności

Przysiadłam na zielonej ławce w jednej ze spokojniejszych części parku. Wybrałam tę pod jedyną jodłą znajdującą się tutaj. W te strony nie zapuszczały się żadne dzieci. Nie było mowy o tym, żeby ktokolwiek miał mi przeszkadzać. Mogłam bez strachu wyciągnąć swoje notatki i wrócić do pracy, którą zaczęłam w czasie podróży. Wyciągnęłam z kieszeni płaszcza wieczne pióro ze złotymi wzorami. Jest dla mnie bardzo ważne, bezcenne. Piszę nim od kilkunastu lat i zawsze noszę przy sobie. Przyjrzałam się mu. Rozkręciłam je i wysunęłam skrawek papieru.

Pisz tylko prawdę. 
                 Twój A.

Zwinęłam go spowrotem. W dzieciństwie marzyłam o tym, żeby pisać reportaże, może książki podróżnicze. Chciałam też zostać tłumaczem. Uczyłabym się niepopularnych języków i przekładała najlepsze dzieła, do których nie mają dostępu "zachodnie" społeczeństwa. Sądziłam, że słowo to oznaczało coś zbliżającego się do swojego kresu. Jak Słońce zachodzi, chowając się za horyzontem. Dzień wygasa wraz ze wszystkimi doświadczeniami z przebiegu dnia. Inne, obce kultury kojarzyły mi się raczej z rozkwitem, czymś rodzącym się, co wygląda niepozornie, ale szybko rośnie w siłę. Jak kwiaty chowające się pod częściowym przykryciem, które potrzebują światła, aby móc wreszcie zabłysnąć i ujawnić się w pełnej okazałości. Tym, co mała, zuchwała ja miała wtedy w głowie, była idea. Pragnęłam być tym promieniem. Chciałam rozświetlać innych ludzi. Teraz wiem, że byłoby to obnażanie ich. Obdzieranie z tego, co pielęgnowali przez lata, dzięki czemu utrzymali się i zachowali zasadę. Moje zachowanie byłoby bezduszne jak dziecięce palenie liści lupą w pełnym słońcu. Wyrwałabym siłą drzewo z korzeniem, tylko po to, aby pokazać jedną gałązkę. Taka roślina nie mogłaby już się odrodzić i nikt nie byłby w stanie napatrzeć się na nią zdrową, tylko obserwowałby jej powolne usychanie.

Nie skończyłam żadnego reportażu. Wydawało mi się, że każdy z nich ma w sobie coś destrukcyjnego. Nie chciałam odpowiadać za wyniszczający wpływ rozgłosu na owe społeczeństwa. Ograniczyłam się do samych podróży, ale literackie szczęście przestało mi dopisywać, a wydawcy buntowali się przeciwko mojej postawie zwanej przez nich krótko i dobitnie "nieróbstwem". W związku z tym w pewnym momencie skończyły mi się pieniądze, wpadłam w długi i nie było mnie już stać na dalsze wędrówki. Zostałam zmuszona do bycia rzemieślnikiem i od dłuższego czasu właśnie nim jestem. Pracuję nie jako literat. Wpadłam w pułapkę. Nie jestem już nic nikomu winna, jednak utknęłam w maszynie, z której nie da się uwolnić. Nie zmieniam pracy, choć każdego dnia szukam sposobu, co mogłabym zrobić, żeby jej uniknąć. Moimi jedynymi próbami ucieczki są nieśmiałe podejścia do stworzenia własnego dzieła. Mam ambicje na to, żeby było ono odmienne od tego, co dotąd wychodziło spod mojego pióra. Tymczasem większość czasu zabierają mi zbieranie materiałów, wysłuchiwanie konferencji na tematy, które nikogo nie interesują i nikomu nie są potrzebne, oraz pisanie relacji z tychże wystąpień. Zostałam pionkiem, nie artystą.


___________

OK Go - Skyscrapers

sobota, 12 grudnia 2015

Przedsionek

Czy to nie jest niepokojące, że od pewnego czasu czuję się zagubiona?

Wyciągnęłam stary notes i zaczęłam wertować jego pożółkłe już strony. Niektóre z nich kruszyły się pod moimi palcami. Dociera do mnie, że są rzeczy bezpowrotne. Chciałoby się do nich wrócić, ale znikają. Rozpływają się i wracają do tego, czym były wcześniej. Poczułam, jak przyspiesza bicie mojego serca. Wzięłam płytki wdech. Położyłam się na plecach. Znalazłam się między tym wszystkim, co najbardziej cenię w życiu. Wywołuje to we mnie sprzeczne emocje - z jednej strony takie otoczenie sprawia, że czuję się pełna, przestaję szukać i zaczynam ufać nadziei, z drugiej jednak budzi we mnie zapędy do wysiłku, często także i zbędnego, do bezwzględnego nieraz zadowalania ludzi. Co jeśli jestem człowiekiem bez uczuć? Może to tylko dzieje się w mojej głowie, która ciągle tworzy nowe obrazy tego, co jest konieczne. Taki warunek trwania - autokreacja przeżyć, słów, a może i też zdarzeń? 

Jestem w środku. To zagubienie to właśnie centrum labiryntu. Dotarłam do nagrody, ale teraz muszę z nią wyjść. Wydostać się na powierzchnię. Dlaczego potrzebuję tego tak bardzo? Czy nie lepiej jest trwać w głębinach i, wstrzymując oddech, odkrywać coraz to nowe istnienia? Przeżywam. Przecież o to mi zawsze chodziło. Zdaje się, że ostatnio jest jakoś łatwiej. Nie ograniczam się do tego, co mogłabym (i tak zazwyczaj było) sobie narzucać. Przesuwam dłoń po chłodnych kamiennych ścianach. Idę wolnym krokiem. Nigdzie mi się nie spieszy i dzięki temu odczuwam wewnętrzny spokój. Niech będzie, co ma być. Nie jest mi to obojętne. Nie może być. Mam nadzieję, że wszystko zniosę. Zatrzymałam się przed pierwszym stopniem. Przede mną wyłoniły się strome schody. Czy na pewno wiem, dokąd mnie doprowadzą? Decyduję się zaryzykować. Stawiam wszystko na tę kartę. Czy mam coś do stracenia? Oczywiście. Gdybym nie miała, nie byłoby o czym decydować. Przybliżyłam się do osi, stając na koniuszkach palców. Usiłowałam iść, nie chwiejąc się. Wychodzę na wieżę.

Czuję czyjś oddech za moimi plecami. 

Idę w górę, woda sięga mi do kostek. Z każdym kolejnym krokiem, poziom podnosi się. Jest coraz trudniej. Wydawało mi się, że potrafię pływać. Usiłuję utrzymać tempo marszu. Ktoś dotrzymuje mi kroku. Nie odwracam się.

Dlaczego?

Wiem. Posadzka zmienia kolor na złoty. Odbijam się w niej. Teraz widzę, że moje przeczucie się sprawdziło. Nie idę sama.