środa, 28 grudnia 2016

Miłe złego początki

- Weź ze sobą buty do chodzenia.

Siedziałam na schodach, czekając. Z Beckettem w głowie wszystko szło nieoczekiwanie szybciej. Powinnam znać umiar. Zachowywać się lepiej. Może nie do końca tak, jak wszyscy oczekują, ale trzymać się pewnych granic.

Wyjeżdżam za granicę. Muszę przyznać, że to uroczy przypadek. Człowiek czasem chce zostać na miejscu, nie ruszać się, nie doświadczać kolejnych zmian, a jednak jakaś siła ciągnie go na zewnątrz. Wypycha na świat, żeby mógł boleśnie zachłysnąć się pierwszym oddechem. I tak wzrasta, wydaje mu się, w cierpieniu. W cierpieniu przyjemnym, przeszywającym, którym nasiąkają wszystkie tkanki. Wyciąga wnioski. Najczęściej takie, że nie ma żadnych wniosków. To też pocieszająca wiadomość.

- A coś do jedzenia masz?
- Tak, spakowane. Coś jeszcze?

Sięgam do szuflady po notatki. Trzymam się papierowych, bo przez to, że chodzę z głową w chmurach, wiem, że nie warto przechowywać tam cokolwiek ważnego. Otwieram na stronie z niedbale przerysowaną mapą. Mam nadzieję, że nie zbudowali nowych ulic. Jest ich tam już wystarczająco dużo, żeby pomylić drogę. Dopisuję komentarz, który akurat przyszedł mi na myśl i uznałam, że warto go zachować. Te notatki to zbiór pomysłów, bez których byłabym niczym. A tak, wmawiam sobie, że dzięki nim stanowię jakąś wartość. Może rzeczywiście tak jest? Nie zaprzątam sobie tym głowy. Wyjeżdżam, trzeba pić. Tfu, żyć. Świętować, przecież są okazje.

Sprawdzam godzinę, notuję. Jeszcze chwila i udam, że zapomniałam o tym wszystkim. Ludzie tak robią, nie jestem wyjątkiem. Zostaje po nich tylko stos papierów i śmieci w internecie. Udam, że znikam. Wszyscy zapomną. Głodna wrażeń czekam.

Podjechał samochód. Wsiadam. Z jedzeniem, butami do chodzenia. Butów do stania nie mam.


piątek, 25 listopada 2016

Powtórzenia do znudzenia

Odciskam plecy. Słyszę wielokrotne trzaski. Urywki rozmów przeplatają się z moimi myślami.

- Jak jesteś taka zła, to co on robi z Tobą? Ja bym się wyprowadził od tak niedobrej kobiety.

Wyciągam ręce i planuję. Bo życie to plany. Obserwacja to życie, a może nie?

Prostuję nogi, żeby odpocząć. Przerwać to napięcie. Odzywam się w końcu:

- Podoba mi się to wszystko. Gdybym jeszcze tylko lepiej sobie radziła. Stałabym się człowiekiem, jakim zawsze chciałam być. Jakim każdy, taki jak ja, chce być. Czyli właściwie, jakim tylko ja chcę być. Czy w takim razie przyda się komuś taki człowiek? Pewnie wydaje mi się, że znam zastosowanie, podczas gdy to kolejny wynalazek pokroju butów z parasolkami.

Stoję na światłach i otwieram parasol. Nie mam takich butów, więc czuję strużkę wody zwilżającą mój duży palec u stopy. Moknę sobie, ale przecież jestem szczęśliwa.

Zanurzam się, żeby przypomnieć sobie, w czym pływam. Wydaje mi się, że to jakieś lepiące świństwo. Chyba że to ja się tak tego życia uczepiłam. Z wielkim wysiłkiem odklejam kończyny. Kawałki jeszcze ciągną się za mną. Ja to tak lubię czasem się przykleić.

Światło zielone. Czas ruszać. Przejść po czarno-białym. Przedstawić sprawy jasno.

- Bycie miłym nie polega na mówieniu kłamstw. Nie ograniczaj się do wypowiadania tego, co ludzie chcą usłyszeć.

Jestem niezmiernie wdzięczna. Tobie i wszystkim. Składam parasol. Deszcz przestał padać. Składam słowa, sklejam zdania i przeciskam je przez struny głosowe. Trochę za cicho. Powtarzam więc. Mówię. Splatam palce, drapiąc paznokciami skórę. Jest w tym dużo miłości.

Odsłaniam kurtyny, żeby lepiej widzieć. Zgadnij, z której strony stoję. Czy jestem widzem, czy odgrywam jakąś rolę? Liczę twarze. Ciągle zaskoczona tym, kogo widzę.

Jestem ciągle zaskoczona.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Opanowanie

Czy mi się wydaje, czy się poddałam? Teraz? Kiedy potrzebuję najwięcej siły woli do tego, żeby być tym, kim chcę.

Przynajmniej próbowałam.

Uchyliłam okno, żeby wpuścić do tego zatęchłego pomieszczenia choć odrobinę względnej świeżości. Ściągnęłam zakurzone zasłony i odpięłam zszarzałe firany. Okna z zewnątrz pokryte były brudnożółtym pyłem. Czeka mnie dużo sprzątania, ale to sprawa warta zachodu. Już wyobrażam sobie wspaniałe zakończenie. Nie wierzę ponurym prognozom, jakoby eksperymenty metafizyczne miały obrócić się przeciw człowiekowi. Powodzenie uzależniam od wyboru badanego tematu. Odkryłam w sobie niezawodną intuicję, która podpowiada mi, jakie działania zakończą się sukcesem. Brakuje mi jedynie umiejętności rozpoznawania, które z nich będzie najmniej społecznie szkodliwe. Ufam ludziom na tyle, że nie chciałabym sprawiać im zawodu. To nieuczciwe wiedzieć, że przynosi się kłopoty, nie przygotowując innych na ich nadejście. Przemawia do mnie idea zupełnej szczerości. Imponuje mi wola uprzedzania o swoich zamiarach, jeśli tylko wyczuwa się najmniejsze zagrożenie względem tych, którzy powinni czuć się bezpieczni. Zresztą, to nie moja sprawa. Nie mam żadnego wpływu na to, co może się wydarzyć. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek mogła mieć. W związku z tym pozostaje mi tylko obserwacja.



Gdybym tylko znał cię wcześniej, zareagowałbym. Powiedziałbym, że nie musisz stać i patrzeć. Przechodziłem pod tym oknem tego samego dnia, kiedy je odsłaniłaś. Znam to miasto znacznie dłużej. Jestem w stanie rozpoznać, kto do niego nie pasuje i kto nigdy nie zazna w nim szczęścia. Sam byłem jedną z tych osób, a jednak trzymała mnie tutaj nieodparta chęć doświadczenia magii, o której snuto niezliczone opowieści. Urodziłem się w pokoleniu ludzi, na których nawet największe osiągnięcie nauki nie robi najmniejszego wrażenia, stąd moje usilne próby odkrycia tutejszych tajemnic. Błąkałem się między regałami najstarszych zbiorów, przeszukiwałem piwnice, tworzyłem kompletne mapy najstarszych ulic, łącznie z kanałami. Widziałem swój cel, nie dostrzegając, że wcale go tu nie ma. Podążając za swoimi pragnieniami, kierując się wyłącznie tęsknotą za dotychczas nieznanymi wrażeniami, ufałem swoim zmysłom i byłem niestrudzony w poszukiwaniach, ale też bardzo zaślepiony. Odkrywałem fakty, nie rozumiejąc ich znaczenia. Jak często nam, ludziom, się to zdarza. Nie brakuje nam umiejętności łączenia informacji. Mamy też spore zdolności służące do interpretacji różnych zdarzeń. Jednak nie wychodzi nam rozpoznawanie prawdziwego sensu tego, co nas otacza.


Zdarza się że trzeba zacząć od nowa wszystko, co zaczęliśmy.

piątek, 8 lipca 2016

Homo viator

Ludzie, którzy piszą historię, zbyt dużo uwagi poświęcają tzw. głośnym momentom, a za mało badają okres ciszy. Jest to brak intuicji tak niezawodnej u każdej matki, kiedy usłyszy, że w pokoju jej dziecka raptem zrobiło się cicho. Matka wie, że ta cisza oznacza coś niedobrego. Że jest to cisza, za którą coś się kryje. Biegnie interweniować, ponieważ czuje, że zło wisi w powietrzu. Tę samą funkcję spełnia cisza w historii i w polityce. Cisza jest sygnałem nieszczęścia i często - przestępstwa. Jest takim samym narzędziem politycznym jak szczęk oręża czy przemówienia na wiecu. Cisza jest potrzebna tyranom i okupantom, którzy dbają, aby ich dziełu towarzyszyło milczenie.

Ryszard Kapuściński, Wojna futbolowa


Wyrwałam się z zamyślenia, idąc powoli zatłoczoną ulicą, dopiero wtedy, kiedy usłyszałam starszego mężczyznę gwiżdżącego Trepak z "Dziadka do orzechów" Czajkowskiego. Nieświadomie dorównałam mu kroku. Jako dwoje nieznajomych byliśmy obok siebie przedzieleni innymi ludźmi niezdolnymi do zagłuszenia tej niesamowitej melodii. Zapomniałam, czym się zamartwiałam. Przyglądnęłam się tej postaci, czując, jak gdyby miała odegrać w moim życiu ważną rolę. Szarawa koszula z podwiniętymi mankietami, które kończyły się lekko nad nadgarstkami. Jasne, lniane spodnie. Niemalże białe, niezwykle gęste jak na ten wiek, włosy. Zapatrzone w dal, błękitne, szczęśliwe oczy. Czy tak wygląda mój bohater? Zwróciłam wzrok na punkt, w który najprawdopodobniej wpatrywał się mężczyzna, wierząc, że znajdę tam coś, co zagwarantuje mi nieskończone szczęście. Nie dostrzegłam jednak nic godnego uwagi. Chciałam upewnić się, że to właśnie ten kierunek, ale staruszka już nie było. Zniknął. Musiał skręcić gdzieś w momencie, gdy straciłam go z oczu.

Dokąd idę?

Może właśnie powinnam przekraczać granice. Przechodzić oczekiwania. Iść, żeby coś znaleźć. Pójść na całość.

Zdarza się, że szukam mniej aktywnie. Wszystko jest w porządku, to dlaczego mam się ruszać? Nawet ten deszcz jest znośny. Nic mi nie brakuje. Dlatego, że mam wszystko. Dlatego, że nie mam potrzeb. Trzeba było raz w życiu zareagować, ale dokładne sprawdzanie poprawności każdego dnia doprowadziłoby mnie do zaburzeń urojeniowych. Jestem sparaliżowana czy nie? Nie widzę, bo subiektywnie wiem, że nic nie jest uszkodzone. Nie widzę, bo nic nie jest uszkodzone. Ciężko wybrać i zdecydować. Niech podświadomość wybiera za mnie.

Idę dalej.
____________



Piotr Czajkowski
Trepak, suita z baletu "Dziadek do orzechów", op. 71a

niedziela, 3 lipca 2016

Głód

Siedziałam zapatrzona w metalową konstrukcję, nie reagując na trawę kłującą moje łydki. Oparłam ręce z tyłu, czując jak drobne kamienie wpijają się w skórę. Żelazne barierki zakręcały symetrycznie. Pod nimi przeciskał się rudy kot. Podniósł ogon, po czym skoczył w dół między krzewy forsycji. Jego oczy przez moment zalśniły jak drogocenne klejnoty, zwęziły się i zniknęły między gałęziami. Usiłowałam jeszcze wypatrzeć jego sylwetkę, żeby wytropić go jak rasowy łowca. Śledzić i dotrzeć wszędzie tam, dokąd mnie zaprowadzi.

Po serii upałów nadchodzi deszcz. Czy potrafimy się dostosować? Chciałabym zaczerpnąć świeżości, wessać ją całą swoją powierzchnią. Nasiąknąć uczuciem jak gąbka. Wydaje mi się, że przestałam myśleć. Wszystko odsuwa się, pozostawiając mnie w środku. Wokół nie ma żadnych ścian. Jest wielka przestrzeń. Brak punktów odniesienia. Im więcej ponagleń, tym bardziej się buntuję. To skutek uboczny bycia asertywnym człowiekiem. Byle tylko pozostać w zgodzie ze sobą i być wolnym człowiekiem. Nie wiem tylko, że ta wolność zniewala.

Usłyszałam niski głos wewnątrz siebie. Stałam się nerwowa. Spojrzałam w dół. Przycisnęłam dłoń do brzucha, tłumiąc hałas. Mówiłam do siebie, starając się doprowadzić myśli do porządku. Wszystko czuję, ale to ucieka. Jest przy mnie w chwili, gdy się stykamy. Wytrzymaj jeszcze chwilę. Nie mogę Cię zniszczyć. Nigdy tego bym sobie nie wybaczyła. Poczułam dotyk dłoni na ramieniu. Duszę na ramieniu.

- Znowu tu jesteś? Miałaś tu nie przychodzić.
- Potrzebowałam sobie coś wyobrazić.
- Nie możesz wiecznie uciekać, kiedy coś cię zrazi.
- Kto powiedział, że uciekam? Przecież jestem na miejscu. To inni uciekają.
- Świat się zmienia. Zostając, uciekasz. Oddalasz się od reszty.
- Dlaczego muszę wciąż coś robić?
- Żeby znaleźć szczęście.
- A jeśli już żadnego dla mnie nie ma? Jeśli już wykorzystałam wszystko, co mogłam dostać i zamknęłam drogę do innych darów, popełniając absurdalne błędy?
- Spójrz na siebie.
- Próbujesz mnie dobić jeszcze bardziej?
- Nie mów, że czegoś ci brakuje, jeśli nawet nie starasz się, żeby to mieć.
- Inni mają.
- Czy to czyni ich lepszymi ludźmi? Spójrz na siebie. Ile masz rzeczy, o które nie walczyłaś, a inni też chcieliby mieć. Czy jesteś lepszym człowiekiem? I nie mów, że możesz się zamienić. Życie nie polega na ciągłym negowaniu rzeczywistości. Jedyną słuszną rzeczą jest podnieść ten ciężar i iść dalej po następne.
- Nie chciałam być sportowcem.
- Chciałaś być kobietą? Są rzeczy, na które, rodząc się, nie mamy wpływu.

piątek, 13 maja 2016

Świat tłuczonym szkłem stoi


Zacisnęłam dłoń na klamce, mając poczucie, że teraz decyduję o tym, co będzie dalej. Cofnęłam się pół kroku do tyłu, jakby szykując do ucieczki, na wypadek, gdybym ujrzała coś, co mnie zaskoczy. Czuję się nieustannie zagrożona. Niemniej jednak jestem zobligowana do postępu. Niepokojące jest to, że nigdy nie można odpocząć. Chciałabym zatrzymać się i zebrać siły. Zastanowić się, czy na pewno idę dobrą ścieżką i czy nie przegapiłam ważnego zakrętu albo nawet zakazu. Może jest mi ciężko, dlatego że wciąż usiłuję iść pod prąd? Czy nie łatwiej byłoby zrezygnować, zawrócić, poddać się i iść za tłumem? Iść za odgórnym, ale nie najwyższym, nakazem. Iść szybciej, z mniejszym wysiłkiem. Iść po prostu.

Usłyszałam trzask chybotliwego zamka. Kawałki rdzy posypały się na moje buty. Uchyliłam lekko drzwi, wciąż obawiając się widoku, który zastanę wewnątrz. Boję się patrzeć. Przeczuwam, co zobaczę i właśnie to przeraża mnie najbardziej. W gruncie rzeczy spodziewam się wszystkiego, co mnie czeka. Nic nie jest zaskoczeniem, mimo to nie jestem i nigdy nie będę gotowa. Wyewoluowałam, jednak i tak bywam bardziej prymitywna niż pierwsze stworzenia. Liczy się tylko życie. Ile ono jest warte? Czy można poświęcić wszystko dla jego zachowania? Nie, jaka jest najwyższa wartość? Czy można mówić o niej obiektywnie, czy zależy od tego, kto naciska spust? Ile oddałabym za swoje życie, a ile za życie wrogów?

Wierzę, że ludzie nie są źli. Pogubili się. Nie są zagładą, lecz brakiem wrażliwości. Są to ci, którzy przedkładają życie nad wszelkie inne wartości. Dlatego zabijają. Sądzą, że ludobójstwa odbierają ludziom to, co dla nich najważniejsze. Czy śmierć jest granicą? Czy człowiek kończy się wtedy, kiedy umiera?

Zadrżałam z zimna. Przekroczyłam próg i zobaczyłam tysiące istnień. Zatrwożonych, upadających, walczących. Wokół niezliczone odłamki szkła. Zielone z butelek po piwie, białawe z niektórych witryn i przezroczyste z szyb. Jestem we własnych wspomnieniach. Postać przede mną zbliżyła się i objęła mnie. Zacisnęłam powieki, mając nadzieję, że to dręczący sen, nie rzeczywistość, a jeśli nawet nie jest złudzeniem, być może uda mi się do tego przekonać. Poczułam napływające do oczu łzy. Otworzyłam je, będąc pewna, że ten obraz będzie ze mną już do końca. Jedynym wyjściem byłoby zapomnieć. Utrata pamięci bywa zbawieniem.

Dostałam kieliszek z cienkiego szkła wypełniony szampanem. Wypiłam go duszkiem. Nie wiem, co świętujemy. Kiedy widzę cierpienie, zastanawiam się, kim jestem dla tych ludzi. Czy mnie znają? Spotykałam ich. Czy zmieniłam coś w ich życiu? Ludzie mnie nie potrzebują. Zacisnęłam na kieliszku rękę, czując jak kawałki szkła wbijają się w moją skórę. Dłoń zaczęła powoli pulsować. Wypuściłam jego resztki z uścisku, a one potłukły się na jeszcze drobniejsze kawałki. Ktoś przybiegł z bandażem. Tyle znaczy fizyczny ból, który sami sobie zadajemy. Nic.

_________

"Sól ziemi", reż. Wim Wenders, Juliano Ribeiro Salgado

poniedziałek, 28 marca 2016

Drewno

- Jeżeli robisz to z litości, lepiej już skończ. Nie możesz podejmować takich decyzji. Jeśli rzeczywiście nie czujesz się odpowiedzialna za to, co robisz, nie powinnaś robić nic. Tak, lepiej nie zaszkodzić. Tym bardziej, że inni, powstrzymując się od reakcji, wcale nie zwalniają ci drogi, a sygnalizują wkraczanie na niebezpieczne tereny.
- Sądzisz, że lepiej ze strachu powstrzymywać się od jakiegokolwiek działania? Czemu to ma służyć? Zastojowi? Nie zgadzam się z tobą. To ty powinieneś umieć dostosowywać się do warunków, patrzeć na najkorzystniejsze wybory i właśnie takie podejmować.
- Mówisz o korzyściach, ale nie zdajesz sobie sprawy, w jakich kategoriach je rozpatrujesz.
- Bo ty znasz rozwiązania wszystkich problemów i wyjścia z każdej sytuacji. Zrozum wreszcie, że nie istnieje nic takiego jak uniwersalne rady etyczne. Moralność to karma dla tych, którzy tłumaczą innym swoje lęki. Czego naprawdę się boimy?
- Czego boją się tacy jak ty, uciekając się do relatywizmu i usprawiedliwiając nim nawet najoczywistsze wybory, jeśli tylko przynoszą pewne korzyści. Nie idziecie niepewnie, bo zawsze znajdujecie to, co daje wam zysk, ale jest to zysk krótkotrwały. Nic nie znaczy w dłuższej perspektywie. Pozbawiacie się tego, co ludzkie, czyli empatii. Nie sztuką jest odczuwać emocje. Prawdziwym wyzwaniem jest umieć je wykorzystać, pielęgnować oraz dzielić się nimi. Nie tłumić w zarodku bólu, ale utożsamiać się z nim. W moim odczuciu najważniejsze jest zrozumienie i do tego powinniśmy dążyć.
- Nie wszystko podlega kategoriom, do jakich chcesz je przyporządkować. Są sprawy, które wymagają odcięcia się od tego destrukcyjnego odczuwania. Musimy unikać bólu - on nam szkodzi. Uniemożliwia jakikolwiek postęp. Jeśli tkwisz w swoim cierpieniu, nie ruszysz się. Czy nie o to w twoim zrozumieniu chodzi, aby wciąż poznawać i odkrywać?
- Nie za cenę człowieczeństwa. Pomińmy kwestie godności, ale nie porównuj płytkiego badania powierzchni do dogłębnej analizy składających się na całość części. Bez tęsknoty, smutku i urazów nie poznasz nic, unosząc się zbyt wysoko, aby dostrzeć nieostrym spojrzeniem elementy najistotniejsze. Drobnostki, które zazwyczaj pomija się, a to one stanowią spoiwo jedności.


Po takiej obserwacji zrozumiałem, gdzie popełniłem błędy. Działałem według planu, ale był on niedopracowany. Zakładał optymistyczne rozwiązania. Nie uwzględniał odstępstw, a kiedy życie zaczęło się od niego odsuwać, było za późno na nanoszenie poprawek. Skrupulatnie obmyślone działanie, nie powiedzie się w oczekiwany sposób, gdyż wciąż narażone jest na wpływ czynników zewnętrznych. Często to właśnie one mają już decydujący głos. Uczucia i plany nie uzupełniają się komplementarnie. Choć w każdym z nich jest cząstka drugiego, nie mogą istnieć jednocześnie w zadanej formie. Uciekałem od zwierciadeł na drodze, byleby tylko nie zobaczyć swojego odbicia. Zdawałem sobie sprawę, że ujrzę zamglony obraz siebie. Czułem, że mimo długotrwałych powodzeń, nie będą one wieczne. Wychodziłem w górę po walącej się u fundamentów wieży. Czekał mnie tym cięższy upadek, im dalej dotarłem. W związku z tym żal był uzasadniony. Nie tyle samymi zawiedzionymi emocjami, ile włożonym wysiłkiem, który zmarnował się, ukazując mi rozpadającą się w ułamku sekundy konstrukcję. To dziwne, że choć czułem sypiące się kawałki pod moimi stopami, nie cofałem się. Zakładam, że znów wiodły mnie tam ambicje.

Słysząc odgłos mokrych stóp na kamiennej posadzce, odwróciłem się. Zobaczyłem tylko sunącą po ziemi jedwabną koszulę znikającą w ciemnościach.

Poczułem ulgę, wiedząc, że jeszcze nie zobaczę tej twarzy.

________________
  
Florentino Ariza czuł, że czas starości nie jest płynącym po równi potokiem, ale bezdenną cysterną, z której wycieka pamięć. Jego przemyślność była na wyczerpaniu. Po wielodniowym krążeniu wokół rezydencji w La Manga zrozumiał, że tym młodzieńczym sposobem nie zdoła rozbić drzwi skazanych na żałobę.

Gabriel Garcia Marquez, Miłość w czasach zarazy
 


sobota, 12 marca 2016

O nielotach


Już nie czuli się jak dopiero co zakochani, wbrew przypuszczeniom kapitana i Zenaidy, ani tym bardziej jak późni kochankowie. Było tak, jakby przeskoczyli uciążliwą mękę małżeństwa, docierając od razu do sedna miłości. Przemijali w milczeniu, niczym dwoje starych małżonków doświadczonych przez życie, poza zasięgiem pułapek namiętności, poza zasięgiem brutalnego szyderstwa, marzeń i pełnych ułudy rozczarowań: poza zasięgiem miłości. Bo zdążyli razem już tyle przeżyć, żeby pojąć, że miłość jest miłością o każdej porze i w każdym miejscu, ale im bliżej śmierci, tym bardziej jest intensywna.

Gabriel Garcia Marquez, Miłość w czasach zarazy


Nad polem unosiła się gęsta mgła. Zatopione w tej mlecznej mazi drzewa wyciągały swoje wierzchołki ponad powierzchnię niczym maszty statków wyłaniające się zza horyzontu. Gdybym mogła, spędziłabym resztę życia na wysokości, wypatrując najwyższego, aby to na nim osiąść i założyć swoje gniazdo. Skoro jednak zeszliśmy już z drzew, wypadałoby jednak szukać osady na swoim poziomie, zamiast przechodzić najśmielsze oczekiwania szybując w przestworzach. Podczas procesu znajdowania właściwego miejsca nasuwa się wiele pytań. Tym, które stanowi podwalinę całej metody, jest: czy w ogóle potrzebuję się zatrzymywać? Ja chowam się za pniami, uważając by żaden cień mnie nie zdradził. Promienie słoneczne nie przebijają się prosto przez mgłę. Jest jasno, ponieważ światło dochodzi zewsząd. Znikam, docierając do głębi lasu. A jednak ktoś mnie dogania. Znajduje w niezamierzonej kryjówce. Będąc ze mną, wspierając w wędrówce, stopniowo wyciąga mnie na powierzchnię, gdzie nie tonę, lecz lecę. Nie niosę ze sobą obciążenia - w końcu nie potrzebuję nic więcej.

Wspięłam się na skałę, z której można było dostrzec cokół po pomniku. Teraz stał pusty i żaden inny posąg nie kwapił się, aby zająć miejsce poprzednika. Zamykanie się w kamieniu nie jest w modzie. Ja zgodziłabym się na to tylko pod jednym warunkiem - że nie stałabym sama. Czy nie jest tak, że, jak tylko się da, unikam samotności? Nazwę to raczej pragnieniem szczególnego towarzystwa. Żądaniem obecności tego, kto skonstruuje mi skrzydła i pokieruje, jak lecieć. Nie jestem Ikarem. Szukam mentorów.

- Skończyłaś?
- A gdyby?
- Już?
- Hm... Nie przejmuję się, przejmuję Cię. Tyle chciałam powiedzieć.

____________

Im - lecieć w otchłanie,
Mnie - wzwyż!

      J. Kaczmarski, Lot Ikara

sobota, 6 lutego 2016

W kawałkach

Nie mogę uwierzyć, ile czasu minęło od ostatniego razu, kiedy mogłam pozwolić sobie na beztroskie zastanawianie się, czego jeszcze brakuje mi w życiu. Wszelkie nieuzupełnione miejsca krzyczą od razu swoimi lukami, żeby zmienić ten stan rzeczy; aby w końcu wypełnić pustki. Dotkniętemu taką przypadłością zdaje się, że owe wołanie psychicznych wnętrzności trwa od zawsze, podczas gdy zaczęło się dosłownie chwilę temu. Niemniej jednak ogłusza obezwładniającą skalą protestów i nagabywań, które potrafią złamać nawet najsilniejsze umysły.

Można się tak męczyć przez wieczność, lub też, jak to zazwyczaj bywa, do chwili, gdy wiercące się jednostki wyczerpią swoje pokłady energii. Przyznam się, że nie miałam jeszcze styczności z przypadkiem, który zmagałby się ze zbyt silnym atakiem ze strony własnej osoby. Większość odkrywa wreszcie sposób na stłumienie przeciwnych głosów, a niektórym wystarczy odrobina pomocy i wychodzą z tego bez szwanku. Kto znajduje się w gronie ocalałych, ten może zaczyna czuć, że jest kimś innym. Nieprzerwane poszukiwanie własnej tożsamości może doprowadzić nas na krańce tego, co chcemy poznać. Kiedy już przekroczymy granicę oswojonego przez nas otoczenia, rusza ciężka lawina informacji. Z początku wyłuskujemy z niej tylko te, które wydają się nam przystępne, czy też akceptowalne, ale dochodzą do nas również sygnały nie do zniesienia. Odbieramy je, nie godząc się na ich otrzymywanie. Jest to sytuacja tym mniej uprzywilejowana, im bardziej bronimy się przed następnymi atakami. Jednak nikt nie potrafi stać z założonymi rękami w obliczu prawdy. Przechodzimy do ofensywy, nieświadomi faktu, że każdy wymierzony cios celujemy w siebie. Po co wstrzymywać ten komiczny masochizm, jeżeli czujemy się lżej, żyjąc w swoistej niewiedzy? Z tego samego powodu, dla którego zaczęliśmy w ogóle te skomplikowane wędrówki meandrami świadomości. Jak odkryć własną tożsamość w chwili, w której się ją zwalcza? Trudne zadanie.

Leżymy zakopani pod śniegiem, usiłując złapać oddech. Przytłoczeni, ściśnięci, zamknięci.

Pora się uwolnić.

_____________

Kontekst inaczej

PS Dziękuję za korektę!