środa, 28 grudnia 2016

Miłe złego początki

- Weź ze sobą buty do chodzenia.

Siedziałam na schodach, czekając. Z Beckettem w głowie wszystko szło nieoczekiwanie szybciej. Powinnam znać umiar. Zachowywać się lepiej. Może nie do końca tak, jak wszyscy oczekują, ale trzymać się pewnych granic.

Wyjeżdżam za granicę. Muszę przyznać, że to uroczy przypadek. Człowiek czasem chce zostać na miejscu, nie ruszać się, nie doświadczać kolejnych zmian, a jednak jakaś siła ciągnie go na zewnątrz. Wypycha na świat, żeby mógł boleśnie zachłysnąć się pierwszym oddechem. I tak wzrasta, wydaje mu się, w cierpieniu. W cierpieniu przyjemnym, przeszywającym, którym nasiąkają wszystkie tkanki. Wyciąga wnioski. Najczęściej takie, że nie ma żadnych wniosków. To też pocieszająca wiadomość.

- A coś do jedzenia masz?
- Tak, spakowane. Coś jeszcze?

Sięgam do szuflady po notatki. Trzymam się papierowych, bo przez to, że chodzę z głową w chmurach, wiem, że nie warto przechowywać tam cokolwiek ważnego. Otwieram na stronie z niedbale przerysowaną mapą. Mam nadzieję, że nie zbudowali nowych ulic. Jest ich tam już wystarczająco dużo, żeby pomylić drogę. Dopisuję komentarz, który akurat przyszedł mi na myśl i uznałam, że warto go zachować. Te notatki to zbiór pomysłów, bez których byłabym niczym. A tak, wmawiam sobie, że dzięki nim stanowię jakąś wartość. Może rzeczywiście tak jest? Nie zaprzątam sobie tym głowy. Wyjeżdżam, trzeba pić. Tfu, żyć. Świętować, przecież są okazje.

Sprawdzam godzinę, notuję. Jeszcze chwila i udam, że zapomniałam o tym wszystkim. Ludzie tak robią, nie jestem wyjątkiem. Zostaje po nich tylko stos papierów i śmieci w internecie. Udam, że znikam. Wszyscy zapomną. Głodna wrażeń czekam.

Podjechał samochód. Wsiadam. Z jedzeniem, butami do chodzenia. Butów do stania nie mam.