niedziela, 19 lutego 2017

Wszystko sprawiedliwe

Wreszcie dojechaliśmy. Stanę się kolejnym pretensjonalnym bohaterem czyjejś historii. Przełom w moim życiu, upadek w innym. Wchodzę do przestrzeni, w której nie jestem narratorem. Nie jestem kreatorem historii.

Uchylił szybę wymarzonego wiśniowego cadillaca, wpuszczając więcej czystego powietrza do starego wnętrza. Deska rozdzielcza jest pokryta okazałą warstwą kurzu. Dokąd zaprowadzi go droga? Zerka na odbicie we wstecznym lusterku. Upewnia się, że srebrny peugeot przestał za nim jechać. Mimo to odrobinę przyspiesza. Skręca za budynkiem z czerwonej cegły. Przejeżdża obok biblioteki i zatrzymuje się na najbliższym wolnym miejscu. Wysiadłszy z auta, sprawdza, czy drzwi po tej stronie są zamknięte. Zatrzymuje się dwa kroki od samochodu i wzdycha, przyglądając się mu. Podchodzi do przedniej maski i głaszcze ją ręką. Przechodzi na drugą stronę i wyciąga z cadillaca skórzaną torbę leżącą na przednim siedzeniu. Mężczyzna zapina płaszcz, zawiesza torbę na ramieniu, a następnie pewnym krokiem udaje się do szarego budynku z okazałymi kolumnami.

- Nadal nie rozumiem, czego pan szuka. Jak mam znaleźć panu książkę, jeżeli nie poda mi pan ani jej tytułu, ani autora? - słychać głos zrezygnowanej bibliotekarki rozmawiającej z mężczyzną w szarej, przydużej marynarce i filcowym kapeluszu.
- Czy pracuje tutaj ktoś bardziej kompetentny od pani, z kim mógłbym poważnie porozmawiać? Ta sprawa jest pilna. Muszę zdążyć... - zamilkł, słysząc wchodzącą postać. Nerwowo obrócił się w jej kierunku. - Muszę zdążyć... na obiad - dokończył. Popatrzył na zegarek, przybierając pewną ledwie zauważalną sztuczność tej pozy.
- A, zresztą już jestem spóźniony. Przykro mi, że nie ma już tak dobrych bibliotekarzy, jak kiedyś. Do widzenia. Mam nadzieję, że nieprędko - powiedział, artykułując pewne wyrazy w taki sposób, żeby jeszcze bardziej okazać swoje niezadowolenie, po czym spiesznie wyszedł na korytarz, patrząc w podłogę, nieznacznie odwracając głowę od przybysza i opuścił gmach. Zdezorientowana bibliotekarka wróciła do swojej pracy.

Wchodzący mężczyzna przymknął drzwi pomieszczenia. Przywitał się z bibliotekarką i zaczął spacer między regałami. Zatrzymał się na dłużej przy poezji angielskiej, przyjrzał się paru tytułom. Obejrzał kilka okładek i przekartkował trzy książki. Chwycił za pasek torby wiszącej mu na ramieniu i powoli podszedł do pracującej tu kobiety. Przywitał się jeszcze raz.

- W czym mogę panu pomóc? - zapytała niepewnie bibliotekarka, bojąc się, że trafiła na kolejny ekstrawagancki charakter, który znów prawie lub może tym razem skutecznie doprowadzi ją do łez. Mężczyzna odpowiedział na pytanie uśmiechem, co ją w pewnym stopniu uspokoiło.
- Zwracam się do pani z nietuzinkową prośbą. Ta sprawa jest dla mnie bardzo ważna. Wie pani, niedługo będę miał operację i... Mam tutaj coś bardzo cennego. Nie materialnie, oczywiście. Podchodzę z wielkim sentymentem do tej rzeczy - zaczął spokojnie, wyciągając pakunek z torby. - Bardzo cenię sobie tę bibliotekę i postanowiłem... Wie pani, ja nie wiem, czy przeżyję, a chciałbym, żeby ktoś zaopiekował się nią. Moja prośba polega na tym, że chciałbym dać pani tę paczkę, a pani ją przyjmie i nie będzie sprawdzała, co w niej jest. Do której dzisiaj otwarte? - zapytał i zajrzał do kalendarza, mamrocząc niezrozumiałe słowa pod nosem, nie oczekując odpowiedzi na zadane pytanie. - Cóż, jeżeli... Jeżeli za tydzień się po to nie zgłoszę, to proszę przekazać to do zbiorów bibliotecznych.
- Dlaczego nie zawarł pan tego w testamencie? Wtedy mógłby pan mieć tę książkę, czy co tam się znajduje, u siebie, a wykonawcy testamentu przekazaliby ją do nas. Nie musiałby się pan sam tym zajmować - zdziwiła się kobieta.
- Wie pani, bo to dla mnie bardzo ważne. Ja... ja chciałem dopilnować wszystkiego osobiście. Zobaczyć bibliotekę możliwe że ostatni raz w swoim życiu.
- Rozumiem. To nie jest przyjęta praktyka, ale zrobię dla pana wyjątek. Moja kuzynka przechodziła ostatnio operację na glejaka mózgu. Obudziła się i chirurdzy byli dobrej myśli, ale kilka dni później zmarła. Jej organizm nie wytrzymał. Rozumiem pana strach. Och, ta historia nie jest dla pana zbyt pokrzepiająca. Pan nie wygląda na ciężko chorego, więc to pewnie nic złego. Zresztą, moja kuzynka umarła, więc ma pan większe szanse. Ktoś w końcu musi składać się na ten procent pomyślnych zmagań z chorobami. Zgadzam się spełnić pana prośbę. Potrzeba zrozumienia dla ludzi chorych.
- Dziękuję. Jest pani wspaniałą kobietą o złotym sercu. Proszę nikomu nie mówić, że dostała pani taki pakunek. Kiedy będę odbierał, proszę zadać mi jakieś proste pytanie. Wiem! Niech pani sobie zapisze: proszę zapytać, jaki jest klucz do wolności? Odpowiem, że złoty. Bardzo dziękuję. Do widzenia!

Uśmiechnął się, skłonił lekko. Odwrócił i wyszedł skupiony. Wrócił do samochodu. Obszedł go dookoła, przyglądając się dokładnie. Wsadził złoty kluczyk do zamka w przednich drzwiach samochodu i przekręcił. Wsiadł do środka. Zapisał coś w swoim skórzanym kalendarzu. Ruszył, wsłuchując się w ryk silnika. Uspokoił auto i włączył "All in love is fair" w wykonaniu Barbry Streisand. Zerknął na zegarek, uśmiechnął się przebiegle i postukał w kierownicę palcami do rytmu.

Zjechał na wiejską drogę, po której szły dwie postacie. Jedna niska, dość okrąglutka z długimi włosami zaplecionymi w dwa drobne warkocze, a druga wysoka, koścista. Długie chude palce trzymały pulchną rączkę. Głowa wyższej postaci zwrócona była w kierunku niższej i słuchała z zaciekawieniem.
- Musimy się zgęsić! - powiedziała stanowczo dziewczynka.
- Zgęsić? Chyba zagęścić? - podsunął jej propozycję dziadek.
- Nie! - odpowiedziała dziewczynka z pełnym przekonaniem w głosie. Westchnęła, uzbrajając się w cierpliwość potrzebną do tłumaczenia tak podstawowych rzeczy. Wzięła głębszy oddech i zaczęła mówić powoli i wyraźnie. - Zgęsić. Jak się nie idzie gęsiego po ulicy, a jedzie samochód z drugiej strony, to trzeba się zgęsić. Proste.

Dziadek uśmiechnął się na myśl o inteligencji swojej wnuczki. Podobało mu się, w jaki sposób potrafiła uzasadniać wszystkie swoje działania. Oglądnął się za mijającym ich samochodem. Pogłaskał wnuczkę po główce.

- Twój plecaczek jest dzisiaj dość ciężki! Nauczyłaś się już czytać? - zagaił.
- Dziadku! Przecież wiesz, że ja już dawno umiem.
- Te książki to chyba więcej tekstu mają niż obrazków, co?
- Tak. Ja już dobrze czytam. Płynnie - odpowiedziała z dumą. Uśmiechnęła się szeroko, a jej policzki wyglądały jak dwie różowe piłeczki. Cienkie wargi odsłoniły drobne ząbki.
- To ładnie. Musisz mi coś kiedyś przeczytać. Wiesz już, co chcesz wypożyczyć?
- Jakąś lekturę.
- Przecież jeszcze nie chodzisz do szkoły. Nie masz jeszcze lektur.
- Ale mama mówiła, że jak pójdę do szkoły to będę tam czytać lektury. To musi być coś super, skoro mama mówiła - powiedziała, pochylając główkę w dół.

1 komentarz:

  1. Heh, powiem Ci Kasiu, też tak parę razy zrobiłem na Rajskiej w bibliotece :D wiesz, mówię Pani, że bardzo lubię to, to i to i czy by mi Pani mogła coś wybrać co mi się spodoba :D ostatnim razem nawet całkiem trafiła :D

    OdpowiedzUsuń