czwartek, 27 lipca 2017

Studium cierpliwości I

Siedząc na krześle, przycisnęłam stopy do krawędzi stołu. W ten sposób odchyliłam się nieznacznie. Chwyciłam blat palcami.

- Jak mówisz mi takie rzeczy, to z jednej strony wewnętrznie się buntuję i jest mi przykro, bo wiem, że taka nie jestem...
- Źle o sobie myślisz.
- ...ale z drugiej strony jest to niezwykle motywujące, bo chcę stać się taka, jak twoje wyobrażenie mnie.
- Wiesz, że nie musisz nic zmieniać.
- Muszę czy nie muszę - i tak w końcu zmienię. Świat nie może się zatrzymać, choćbyś bardzo sobie tego życzył. Albo nawet my oboje.
- Świat nie musi - wystarczy, że my staniemy.

Opuściłam stopy na ziemię. Wstałam i przesunęłam bliżej granatowy fotel z drewnianymi nogami. Wróciłam na swoje krzesło.

- Nie lubię stać. Wolę, żebyś też usiadł.

Spojrzał zrezygnowany. Już od dłuższego czasu nie widziałam tego wzroku. Kryło się za nim rozczarowanie i znużenie moją pasywną postawą. Gdybyśmy mieli stanąć, musiałabym działać. Teraz po prostu poddaję się wszystkiemu, co mnie dotyczy i nie myślę o tym, jakie będzie miało konsekwencje. Czy to w porządku, że pozwalam innym manipulować sobą? Właściwie to nie. Nie zgadzam się na to, moja bezradność nie wywołuje lawiny prób wykorzystania mnie. Nikt nie próbuje, ponieważ wie, że nie byłoby z tego żadnego pożytku, nic by nie zyskał, a tylko stracił nerwy, usiłując przekonać mnie do konkretnej aktywności. W tej chwili biorę i nie daję nic od siebie.

Zauważyłam ścierki gumki do mazania na powierzchni stołu. Przesunęłam stos kartek. Wzięłam notatki i parę razy uderzyłam nimi o blat, aby zsypać z nich pozostałości. Wyszłam do kuchni po ścierkę.

- Tęsknię za tobą - usłyszałam miękki głos. - Chcę ci pomóc, ale mnie ignorujesz. Wymyślasz powody, które mają mnie zniechęcić. Myślę, że zdajesz sobie jednak sprawę, że nie działają.

Wrociłam i przetarłam stół, zbierając resztki nieudanych pomysłów do szmatki. Zacisnęłam ją w dłoni, a drugą pogłaskałam swojego gościa po policzku.

- A ty doskonale wiesz, że gdybym naprawdę chciała się od ciebie oderwać, bez problemu znalazłabym pretekst, który zniszczyłby wszystko.

- Zmieńmy temat. Piszesz coś jeszcze? - uśmiechnął się i wyglądał na niecierpliwie wyczekującego odpowiedzi. Zaskoczył mnie tym pytaniem. Przeniosłam wzrok z niego na stos kartek. Pierwsze zdanie: "Wyjścia były dwa: boczne i awaryjne, ale każde prowadziło do dokładnie tego samego pomieszczenia." Za nim ciąg kolejnych bardziej lub mniej udanych konstrukcji, które prowadziły linię opowieści oplatającej moje rozważania. Wyglądał szczerze. Odpuściłam ironiczny komentarz z zamiarem wykorzystania go przy kolejnej okazji. Odwzajemniłam uśmiech.
- Piszę.

niedziela, 2 lipca 2017

Czekając na ryż

Chwyciłam nóż i, sprawnie posługując się ostrzem, posiekałam cebulę. Nie uroniłam ani jednej łzy. Słyszałam, że postawienie szklanki z wodą w pobliżu pomaga, ale wciąż nie mam potrzeby sprawdzenia. Wydaje mi się to komiczne, jak łatwo przychodzi mi płakać w nieoczekiwanych sytuacjach, bez żadnej kontroli, a mimo to nie reaguję na cebulę. Może to nie przypadek tylko wskazówka, że moja kariera powinna zboczyć w stronę gastronomii? Czasami chciałabym wierzyć, że jest mi pisany los szefa kuchni. Moja kreatywność miałaby ujście, a stworzone przeze mnie arcydzieła byłyby konsumowane. Każde pociągnięcie pędzlem z marynatą dawałoby zysk. Każda dekoracyjna plamka na talerzu wzmacniałaby efekt i zwiększała doznania. Obecnie tworzę jedynie plamy na obrusie - zawsze w nietypowy sposób rozlewając herbatę. Moja niezdarność nie służy środowisku, gdyż nie mam cierpliwości do ręcznego prania.

Czas na imbir. Fascynuje mnie jego intensywny zapach, a jeszcze bardziej tęsknię za jego smakiem. Podchodzę do niego ostrożnie i z wielką uwagą. Badam strukturę opuszkami palców. Przez chwilę myślę o czymś innym. Otwieram oczy i wracam do tego, co zaczęłam. Przypominam sobie przepis. I herbatę. Zostawiłam ją na starym fortepianie, kiedy ściągałam ze stołu obrus. Jest już lodowata. Powinnam zamknąć okno, jednak nie czuję się pewnie w domu z nie pierwszej młodości instalacją gazową. Ciężko jest posługiwać się nożem moimi skostniałymi palcami. Decyduję się zakończyć tę wolność płatków śniegu i zamknąć okno. Zmarzłam tylko na zewnątrz, ale ogrzanie zajmie chwilę. Patrzę na zegarek - czas ucieka. Szukam na podłodze cytryny. Niepotrzebnie doszywałam do krzeseł dodatkowy materiał. Miało być dostojnie, a wyszły mi kurtyny warzywnego teatru, do którego sięgam, gdy chcę wyciągnąć cytrynę zza kulis. Zresztą, czemu się dziwię? Też lubię się za nimi schować i oglądać przedstawienie z boku, nie przeżywając go w tłumie. Izoluję się i zmieniam perspektywę, żeby mieć poczucie, że obserwuję coś wyjątkowego. Często nie zdaję sobie sprawy, że zmiana pozycji wymusza zmianę nastawienia, a przy okazji umyka mi esencja spektaklu. Mimo wszystko, wierzę, że to niewielka cena za możliwość ogarnięcia podwodnej części góry lodowej razem z ważnymi dla mnie szczegółami. W pewnym momencie przestaje być dla mnie istotnę, czy wpadnę w jej szczyt, czy kolejny raz przypadkowo acz szczęśliwie uda mi się ją opłynąć. Nic trudniejszego nie może się stać.

Wydaje mi się, że gotuję od rana, a już nadchodzi wieczór. Rozkładam czysty obrus na drewnianym stole. Sięgam po filiżankę z przykurzonego fortepianu i wylewam zawartość do doniczki z gardenią o śnieżnobiałych kwiatach. Składam rozrzucone po podłodze nuty. Zrezygnowana opadam na fotel. Za oknem dostrzegam czarne ptaki bijące się o łupinę z orzechem włoskim. Któreś z dzieci sąsiadów musiało rzucić ją dla zabawy, a teraz patrzeć, niczym widz w cyrku przekonany o nieprawdziwości wydarzeń, na ich okrutną walkę. Wyrywają sobie skarb, przerzucają i przelatują z miejsca na miejsce. Kto z nich lepszy, kto zwinniejszy, kto ma najwięcej szczęścia, ten zdobędzie odrobinę pokarmu. Chyba że orzech po kolejnym upadku stoczy się do studzienki kanalizacyjnej i przepadnie w spływie ściekowym, jak zdarzyło się tym razem. Młodzi upajają się chwilą obserwacji zdezorientowanych i cierpiących z głodu ptaków.

Dlaczego czuję się lepsza? Też patrzę zahipnotyzowana.