niedziela, 2 lipca 2017

Czekając na ryż

Chwyciłam nóż i, sprawnie posługując się ostrzem, posiekałam cebulę. Nie uroniłam ani jednej łzy. Słyszałam, że postawienie szklanki z wodą w pobliżu pomaga, ale wciąż nie mam potrzeby sprawdzenia. Wydaje mi się to komiczne, jak łatwo przychodzi mi płakać w nieoczekiwanych sytuacjach, bez żadnej kontroli, a mimo to nie reaguję na cebulę. Może to nie przypadek tylko wskazówka, że moja kariera powinna zboczyć w stronę gastronomii? Czasami chciałabym wierzyć, że jest mi pisany los szefa kuchni. Moja kreatywność miałaby ujście, a stworzone przeze mnie arcydzieła byłyby konsumowane. Każde pociągnięcie pędzlem z marynatą dawałoby zysk. Każda dekoracyjna plamka na talerzu wzmacniałaby efekt i zwiększała doznania. Obecnie tworzę jedynie plamy na obrusie - zawsze w nietypowy sposób rozlewając herbatę. Moja niezdarność nie służy środowisku, gdyż nie mam cierpliwości do ręcznego prania.

Czas na imbir. Fascynuje mnie jego intensywny zapach, a jeszcze bardziej tęsknię za jego smakiem. Podchodzę do niego ostrożnie i z wielką uwagą. Badam strukturę opuszkami palców. Przez chwilę myślę o czymś innym. Otwieram oczy i wracam do tego, co zaczęłam. Przypominam sobie przepis. I herbatę. Zostawiłam ją na starym fortepianie, kiedy ściągałam ze stołu obrus. Jest już lodowata. Powinnam zamknąć okno, jednak nie czuję się pewnie w domu z nie pierwszej młodości instalacją gazową. Ciężko jest posługiwać się nożem moimi skostniałymi palcami. Decyduję się zakończyć tę wolność płatków śniegu i zamknąć okno. Zmarzłam tylko na zewnątrz, ale ogrzanie zajmie chwilę. Patrzę na zegarek - czas ucieka. Szukam na podłodze cytryny. Niepotrzebnie doszywałam do krzeseł dodatkowy materiał. Miało być dostojnie, a wyszły mi kurtyny warzywnego teatru, do którego sięgam, gdy chcę wyciągnąć cytrynę zza kulis. Zresztą, czemu się dziwię? Też lubię się za nimi schować i oglądać przedstawienie z boku, nie przeżywając go w tłumie. Izoluję się i zmieniam perspektywę, żeby mieć poczucie, że obserwuję coś wyjątkowego. Często nie zdaję sobie sprawy, że zmiana pozycji wymusza zmianę nastawienia, a przy okazji umyka mi esencja spektaklu. Mimo wszystko, wierzę, że to niewielka cena za możliwość ogarnięcia podwodnej części góry lodowej razem z ważnymi dla mnie szczegółami. W pewnym momencie przestaje być dla mnie istotnę, czy wpadnę w jej szczyt, czy kolejny raz przypadkowo acz szczęśliwie uda mi się ją opłynąć. Nic trudniejszego nie może się stać.

Wydaje mi się, że gotuję od rana, a już nadchodzi wieczór. Rozkładam czysty obrus na drewnianym stole. Sięgam po filiżankę z przykurzonego fortepianu i wylewam zawartość do doniczki z gardenią o śnieżnobiałych kwiatach. Składam rozrzucone po podłodze nuty. Zrezygnowana opadam na fotel. Za oknem dostrzegam czarne ptaki bijące się o łupinę z orzechem włoskim. Któreś z dzieci sąsiadów musiało rzucić ją dla zabawy, a teraz patrzeć, niczym widz w cyrku przekonany o nieprawdziwości wydarzeń, na ich okrutną walkę. Wyrywają sobie skarb, przerzucają i przelatują z miejsca na miejsce. Kto z nich lepszy, kto zwinniejszy, kto ma najwięcej szczęścia, ten zdobędzie odrobinę pokarmu. Chyba że orzech po kolejnym upadku stoczy się do studzienki kanalizacyjnej i przepadnie w spływie ściekowym, jak zdarzyło się tym razem. Młodzi upajają się chwilą obserwacji zdezorientowanych i cierpiących z głodu ptaków.

Dlaczego czuję się lepsza? Też patrzę zahipnotyzowana.

2 komentarze:

  1. 221 - Czy rzeczywiście nie szanuję swojego czasu? ;)
    Czytając wszystko "za jednym zamachem" niemożliwym zdaje się być niezauważenie nagłej zmiany w stylu prowadzenia bloga. Początkowo autorka opisuje swoje przeżycia (często zawierające wspomnienia, czytając które przed naszymi oczyma ukazują się kolorowe chwile naszego beztroskiego dzieciństwa (zapewne idealizowane poprzez pryzmat czasu, który zdążył już upłynąć). Aż oczy zaczynają szklić się od wilgoci. Kiedy ten czas zdążył upłynąć? Co działo się w międzyczasie? - Pustka, tylko pojedyncze klatki wycięte z filmu), przelewa na papier coraz większą część siebie, dzieli się z czytelnikiem swoimi przemyśleniami. Nagle - śmierć, ostatni sygnowany wpis... Koniec? Nie! - W życiu nie ma miejsca na pustkę. Coś się kończy - coś się zaczyna. Nowy styl diametralnie różni się od poprzedniego. Rzeczywistość poczęła mieszać się z fikcją. Trudniej jest dostrzec dawny przekaz (nie jest już podany "na tacy"). Czy możemy zatem powiedzieć, że autorka pozostała tą samą osobą? Zapewne nie - w końcu zmieniamy się przez całe życie. Czy to źle? Absolutnie nie!
    Życzę powodzenia :)

    Odkłada pióro do małego pudełeczka stojącego obok kałamarzu. Ostatnie spojrzenie na zegarek - 22:36. Gasi światło i jeszcze przez chwilę wpatruje się w ciemność, Morfeusz może poczekać.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czym sobie zasłużyłam na tak wnikliwą analizę? ;)

      Bardzo dziękuję za życzenie. Nigdy nie miałam zamiaru obrażać swoich czytelników - po prostu niesamowite dla mnie jest to, że ktoś móże chcieć poświęcić tyle uwagi mojej twórczości, zwłaszcza tej, której jedyną wartość nadaje moja chęć zachowania osobistej historii mimo mieszanych uczuć względem niej.

      Usuń